Kategorie: Wszystkie | Filmy | Gry | Komiksy | Książki | Magazyn | Muzyka | Varia
RSS
poniedziałek, 23 lipca 2007
Niech wszyscy piszą o tym, na czym się nie znają!

Nie da się ukryć – Kamil M. Śmiałkowski jest cały czas o jeden krok przed nami. Najpierw skradł nam obiecujący do skomentowania temat felietonu Bartosza Żurawieckiego poświęconego „Szklanej pułapce 4”, teraz znów wyprzedził w skomentowaniu wypocin Wiesława Kota na temat Quentina Tarantino, które ukazały się w zeszłotygodniowym „Wprost”. Odpłacę się Kamilowi i w tym wpisie wyprzedzę jego samego w odpowiedzi na replikę Żurawieckiego.

 

Ale jeszcze dwa słowa o Kocie. W artykule „Grzybnia z patatajcem” przywala on Tarantino za „Grindhouse”. Nie wnika nad przesłankami powstania tego filmu, nie interpretuje jego formy, odkrywa jedynie, że Tarantino bawi się starymi rekwizytami. Jakże to odkrywcze i warte aż dwóch stron poczytnego tygodnika.

 

Tygodnika, w którym zresztą dział kultury przeżywa interesującą metamorfozę. Pół roku temu wydawało się, że ma dorównać „Przekrojowi” (który, przyznajmy, tygodnikiem jest przeciętnym, ale akurat działem recenzji kulturalnych bije na głowę całą konkurencję – ciekawe, czy się to nie zmieni po zmianie naczelnego). Zwiększano wówczas we „Wprost” miejsce na kulturę, pojawiało się dużo recenzji, był lokalny dodatek „WiK” (Wprost i Kultura, dawniej Warszawski Informator Kulturalny). A potem wszystko poszło w diabły. WiK zmienił się w przewodnik po restauracjach, a dział kultury zamienił się w potworka o nazwie „Kultura i styl”, w którym znajdziemy, obok omawianego artykułu o Tarantino, teksty o ubiorach prezenterów telewizyjnych, o globalnym ociepleniu i energetyce jądrowej, wreszcie przegląd warszawskich burdeli (!). A w ramach wyjątku kiepski tekst o George’u Michaelu, koncentrujący się na skandalach związanych z orientacja seksualną, a nie muzyce, tekst autorstwa jednego z byłych jurorów „Idola”, który zasłynął tym, że publicznie zapowiedział, że w drugiej edycji nie weźmie udziału, po czym wziął i w niej, i w dwóch następnych.

 

Wszystko to doprowadza mnie do smutnej konstatacji, że po prostu we „Wprost” nikogo dział kultury nie obchodzi. Ostatecznie tygodnik, który prawie co tydzień ma jakiś wystrzałowy materiał polityczny, zupełnie nie musi się martwić o to, co pisze w rubryce, którą interesuje się może 3% czytelników. Pewnie naczelni już nawet tam nie zaglądają – podobnie zresztą jak większość czytelników.

 

Ale, ale, miało być o Bartoszu Żurawieckim (dwa słowa mi się zadziwiająco rozciągnęły). Niestety ten znakomity krytyk (piszę to bez żadnej ironii) odpowiada na polemikę Kamila tak, że aż wystawia się na ciosy – można mi więc zarzucić, że idę na łatwiznę, tekst ten komentując. Ale dzięki temu mam okazję przypomnieć dość chyba oczywiste twierdzenie, które popularyzuję od dawna (m.in. w felietonie na Stopklatce) – „Nie każdy krytyk powinien pisać o każdym filmie!”. Żurawiecki, który w tekście o „Szklanej pułapce” wystawił się strzał niekumaniem bazy, czyli niezrozumieniem konwencji i błędami rzeczowymi, radzi Kamilowi, aby ten poszedł w jego ślady (czyli pisał o tym, na czym się nie zna) i stworzył tekst o Bergmanie. Pomysł doskonały – w ten sposób już wszyscy będą pisali o tym, na czym się nie znają (Kamilu, jeśli Bergmana masz w małym palcu, to szczerze przepraszam, ale nie znałem Cię z tej strony do tej pory, więc czynię pewne założenie), nikt tego czytał nie będzie (bo po co miłośnikom kina Bergmana opinia Śmiałkowskiego, a miłośnikom kina Willisa opinia Żurawieckiego) i będą setki ciekawych możliwości rozwoju dla działów kultury tygodników opinii.

 

 

Konrad Wągrowski

10:11, blog_esensja
Link Komentarze (5) »
sobota, 21 lipca 2007
Rep słucha rapu

Piosenka „What’s Your Number” wykonywana przez Cypress Hill powoduje, że czuję się staro. Po pierwsze, nie sposób nie zauważyć, że tak naprawdę mamy do czynienia z „Guns of Brixton” The Clash (1979), jedynie tekst jest nowy, na miarę naszych czasów. A ja od jakiegoś czasu mam wrażenie, że trzy czwarte nowości brzmiących w popularnych stacjach radiowych to remiksy, premiksy, zamiksy, przemiksy i wymiksy: zwykłe, odjechane, zmienione o dwie nutki i inne. Teza „znane lepiej się sprzedaje” zaczyna wygrywać w pewnych segmentach kultury z poszukiwaniem, potrzebą nowości, po której można rozróżnić chałturnika od artysty.

 

 

Ale śloz nad muzyki wtórnością lał nie będę, bo jest wolny rynek - zmienię stację i będzie dobrze. Jeszcze da się dorwać do czegoś świeżego w radiu. Nie, mnie do kategorii zmierzłych repów spycha zupełnie co innego, a mianowicie przedstawiona w piosence scena zawiązania intymnej przyjaźni damsko-męskiej. Chłopak patrzy na dziewczynę i mu się podoba. Myśli, myśli, po czym podchodzi, pyta o imię i oferuje drinka. Odpowiedź: „If you want my name, you gotta do better than that” (brawo, mała). On się nadyma i odwraca, nie zdając testu na inteligencję, wytrwałość i dowcip jednocześnie. I co? I babka go prawie że przeprasza, zamiast cieszyć się, że kiepszczak odpłynął w inne rejony baru. Kończy się to zaś tradycyjnym „banging in the back of a Benz” (eeech, mała).

Jeśli ktoś z czytających podświadomie oczekuje, że zaraz zacznę z pianą na ustach potępiać rozpasanie młodzieży i propagować przedmałżeńską czystość, to przykro mi, ale nic z tego. Moich uczuć nie uraża fakt, że sobie młodzi używają, ale to, że w całej opisanej powyżej procedurze podrywu brak klasy. Będąc fanem Starszych Panów (których piosenki bardzo często opiewają miłość i jej skutki, niespecjalnie krępując się więzami małżeństwa), porównuję powyższe zdawkowe umizgi Anno Domini 2004 z rozbudowanymi, błyskotliwymi zalotami, których forma była równie ważna co treść. I tej właśnie staromodnej elegancji żal.

Eryk Remiezowicz

22:12, blog_esensja , Varia
Link Komentarze (5) »
czwartek, 19 lipca 2007
Esensja się poleca (1)

Zgodnie z zapowiedzią, pozwalamy sobie po raz pierwszy na odrobinkę bezczelnej autopromocji. Z esensyjnych publikacji w ostatnich dniach chciałbym w szczególności polecić następujące teksty:

Agnieszka Szady - Pisanie o pisaniu czyli warsztaty literackie dla początkujących

Mały, ale bardzo przydatny i dowcipny poradnik dla początkujących autorów prozy (głównie fantastycznej, ale nie tylko). Zwracam też uwagę na ilustracje autorki.

Piotr Dobry - Michał, przestań pieprzyć!

Michał Walkiewicz - Piotrze, dajże mi jeszcze trochę popieprzyć…

Ostra dyskusja na temat filmu "Gang Dzikich Wieprzy". Zaczęło się od polemiki Piotra do recenzji Michała z magazynu "Film", na którą to polemikę Michał odpowiedział na naszych łamach. Aby oddać temperaturę dyskusji, pozwolę sobie zacytować wstępy do obu tekstów:

Mój nowy kolega z tabeli tetrycznej, Michał Walkiewicz, w lipcowym „Filmie” bezceremonialnie rozprawił się z „Gangiem Dzikich Wieprzy”. Pal licho, że przyznał komedii Beckera tylko jedną gwiazdkę – de gustibus non est disputandum. Gorzej, iż w samej recenzji – pozwolicie, że konsekwentnie będę się trzymał terminologii łacińskiej – pieprzy jak potłuczony.

Michał Walkiewicz odpowiada na tekst Piotra Dobrego „Michał, przestań pieprzyć!” i, jak sam twierdzi, „specjalnie dla niego, za darmo, pisze trzy razy dłuższą recenzję niż ta, za którą zapłacił mu FILM”.

Z dobrze poinformowanych źródeł wiadomo, że dyskuja będzie kontynuowana.

Dodatkowo informuję, że w stałym plebiscycie "Esensji" i "Stopklatki" na najlepszy film kwartału tym razem wygrał "Zodiak" Davida Finchera.

Szczegóły TUTAJ .

Konrad Wągrowski

10:53, esensja1
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 16 lipca 2007
Nie idzie nadążyć...

Kupiłem dziś magazyn "Laif". Czasopismo o klubach i muzyce klubowej, aspirujące do bycia polskim "Mixmagiem", chociaż raczej niedosiężne to aspiracje. Nieważne. Aktualny numer ma na okładce Lily Allen, znaną zapewne niektórym z Was angielską wokalistkę, "niegrzeczną dziewczynkę" z Londynu.

No i właśnie. Niby nadal Lily Allen jest nową postacią na scenie muzycznej, niby wszystko jest w porządku. Ale osoba mająca na co dzień do czynienia z internetem tylko ziewnie: "it's soooo last Tuesday". Po prostu przerób popkultury jest tak szybki, że zwyczajny cykl wydawniczy raczej nie nadąża. Materiały do miesięcznika trzeba zamówić, sprawdzić, zredagować, złożyć, znaleźć zdjęcia, wydrukować, rozesłać, wreszcie sprzedać magazyn. Możliwe, że coś pominąłem, ale obraz jest widoczny. A w internecie? Wszystko zdaje się powstawać o wiele szybciej, zwłaszcza jeśli nie myślimy o przemyślanych i opracowanych tekstach na poziomie Esensji (:P), lecz o blogach, vlogach, flogach, MySpace'ach, youtube'ach, Facebookach, metacafejkach czy forach. Wszędzie tam twory ludzkiego umysłu - dobre, niezłe, słabe, koszmarne - są umieszczane praktycznie od razu po powstaniu. I rozchodzą się z szybkością ograniczaną jedynie przez przepustowość łącza. Od razu pojawiają się też komentarze, riposty, do filmiku tworzone są również filmowe ciągi dalsze lub alternatywne wizje, nowe piosenki ulegają zremiksowaniu, tysięczne posty wylatują spod palców milionów użytkowników. W tym świecie odpowiedź na posta sprzed dwóch dni jest odgrzewaniem dawno zaschniętej jajecznicy, nawiązywanie do komentarza sprzed tygodnia budzi zdziwienie, a wypadnięcie autora popularnego webstripa z obiegu na miesiąc powoduje, że jego skrzynkę zasypują gniewne maile od 10% czytelników, a 70% pozostałych znajduje sobie nowy komiks jako obiekt codziennej lektury. Miesiąc w internecie - to epoka. Nie można wypaść z obiegu - coś modnego dziś jutro może być kamieniem obrazy. A wszystkiego jest coraz więcej... Nie idzie nadążyć.

W tej rzeczywistości pisanie przez tradycyjne miesięczniki o nowych zjawiskach w tonie przedstawiania ich czytelnikom jest coraz trudniejsze, o ile nie niemożliwe. Bo czytelnicy zazwyczaj siedzą też na sieci i nowości rekomendują sobie nawzajem, nie czekając na wskazówki recenzentów z miesięczników.

A czemu akurat wizerunek Lily Allen na okładce skłonił mnie do napisania tego wpisu? Bo Lily Allen wypromowała się sama - właśnie na MySpace - i słyszałem o niej od sieciowych znajomych dłuuugo przed pojawieniem się jej nazwiska w prasie.

Nie idzie nadążyć.

 

Michał Kubalski

21:18, blog_esensja , Varia
Link Komentarze (4) »
sobota, 14 lipca 2007
Kategoria wagowa Anny Marii

Ludzie lubią etykietki. Być może takim stwierdzeniem wpływam na mieliznę banałów, ale nie przestaje mnie to dziwić. To jak szufladkowanie, kategoryzacja i segregacja pomaga w sprzedaży nad wyraz wyraźnie widać w branży muzycznej. Fonograficzne koncerny do spółki ze sklepami dwoją się i troją, żeby tylko dobrze sprzedać jakiegoś gniota. Ich spece od marketingu nie śpią i nie jedzą, obmyślając od ranka do wieczora strategię sprzedaży dla gwiazdki popu, która przecież nie może zwać się „gwiazdką popu”, bo jak to brzmi: „gwiazdka popu”! Toż to prawie obelga! Że co, że Kozidrak jakaś? Nie, tu trzeba znaleźć jakiś haczyk, coś, co przyciągnie klienta, a najlepiej połechce jego ego. Siedzą więc tacy niewyspani i głodni spece w swych szklanych, warszawskich biurowcach i kombinują. I jeden mówi np. tak:
– Jak wypuścimy tę nową Annę Marię Jopek pod szyldem pop, to nikt tego nie kupi. Ludziska wstydzą się przecież, że słuchają tego, co wszyscy. Ale gdybyśmy nazwali to jakoś inaczej, jakoś fajniej…
– Dobrze mówisz – przytakuje inny spec. – Najlepiej tak, żeby klient kupując płytę kupował sobie prestiż społeczny, żeby myślał, że jest wyjątkowy i lepszy od innych.
– Wiem! – odkrzykuje jeszcze inny, zapewne najbardziej wyspany i najedzony fachowiec. – Pamiętacie jak określiliśmy tę płytę Katie Melua? Tak jakoś snobistycznie… „Dżes”, czy jakoś tak… Sprzedała się jak świeże bułeczki. Może by tak i z tą Jopek, co? Ona podobno „dżesowa” jest bardzo.
Pozostali przyklaskują koledze: toć to doskonała idea. Na dodatek ktoś z wytwórni potwierdził, że na albumie grają wspaniali muzycy „dżesowi”, więc spece mają czyste ręce. Wiadomo wszak, że jak na płycie gra taki koleś, co się nazywa Marsalis, to cała płyta jest dżesowa, że hej! To już, do dzieła! Zrobi się to tak: wyśle się taką płytkę recenzentowi ze znanego pisma branżowego. Chłop załamie oczywiście ręce, bo muzyka nudna to i nieciekawa, choć wśród muzyków legendy synkopowanej muzyki, ale przecież to porządny Polak: krajowego wykonawcy nie skrzywdzi. I posypią się recenzenckie gwiazdki. Następnie płyta trafi na snobistyczną półkę z napisem „Jazz”. A potem wypromuje się ją ogłaszając wszem i wobec: „Oto rasowa, jazzowa płyta, fani Możdzera i Mino Cinelu, oto album sygnowany nazwiskami najlepszych jazzmanów świata, a jakby tego było mało jest made in Poland, kraju mlekiem i jazzem płynącym, gdzie tworzył Komeda i tworzy Stańko - szczegół, że niewielu Polaków o tym wie.
Nie lękajcie się jednak gospodynie domowe, i wy, kierowcy ciężarówek, i wy, pryszczate nastolatki! Toć to przecie Anna Maria, nasza Ania kochana, uosobienie „krainy łagodności”. Znacie ją i lubicie. Gwarantujemy, że słuchając tej muzyki nie będziecie musieli zbytnio mózgów trudzić, ani rodziny przy kolacji rozpraszać. Pomyślcie, jakaż to perwersyjna przyjemność móc sąsiadce powiedzieć: „Wiesz, ja to teraz tego dżesu słucham i powiem ci, że bardzo mi się podoba, bardzo”.


Płyta: 57 złotych; radio z odtwarzaczem CD: 300 zł; mina sąsiadki: bezcenna.

Paweł Franczak

22:25, blog_esensja , Varia
Link Komentarze (4) »
czwartek, 12 lipca 2007
Szczerbata inteligencja
W szalonym pędzie dzisiejszych czasów już nawet zdissować kogoś można nie zdążyć, bo zawsze inny chętny może cię ubiec. Chciałem właśnie w tym oto miejscu wyżyć się nieco na Bartoszu Żurawieckim za pożałowania godny felieton o czwartej „Szklanej pułapce”, ale niestety Kamil Śmiałkowski mnie wyprzedził. I zrobił to na tyle sprawnie, że już nie mam nic do dodania.

Na szczęście krytyków niekumających idei kina stricte rozrywkowego ci u nas dostatek, a „Szklana pułapka 4.0” jakoś szczególnie rozpaliła w nich chęć produkowania pseudointelektualnych protestów przeciw takiemu kinu. W to mi graj – Żurawieckiego podpieprzyli, to chociaż na osłodę mam Jacka Szczerbę.

Szczerba co prawda nie myli ani aktorów, ani obiektów rządowych, ale za to napina się  do granic śmieszności. Zaczyna ulubionym sloganem krytykanckiej elyty, czyli pustosłowiem, którego szczerze nienawidzę, a które z niewiadomych powodów zrobiło nadzwyczajną karierę w kręgach krytyków filmowych. Mowa oczywiście o „obrażaniu inteligencji widzów”, tj. argumencie równie wartościowym co „świerzbienie widzów pod pachami”. Coś cię podczas seansu obraża? Coś cię świerzbi? To pozwij właściciela kina, producenta filmu, reżysera. W skrajnie optymistycznym scenariuszu wypłacą ci odszkodowanie. Ale bardziej realne, że cię wyśmieją i powiedzą, że twój świąd czy twoje zaburzenia IQ to nie ich biznes.

Dla obrażonego inteligenta Szczerby „Szklana” ma jednak jedną zaletę: „może służyć za wzorzec niedobrego filmu akcji, gdyż zawiera wszystkie charakterystyczne dlań duractwa”. Owe „duractwa” autor postanawia ująć w pięciu punktach – i we wszystkich jest ujmująco wręcz anachroniczny, tudzież pocieszny. W skrócie, te 5 „duractw” to wg Szczerby: komputery jako narzędzie zbrodni, dwie osoby ratujące Amerykę, spektakularne efekty specjalne, wątek familijny oraz haker gadający sam do siebie.

Nieźle, nie? To teraz wpisujcie w komentach, ile znacie niedobrych filmów akcji zawierających wszystkie te „duractwa”. Szczerba najwyraźniej zna ich wiele, skoro elementy te jawią mu się jako „charakterystyczne”. Ja nie przypominam sobie żadnego, ale za to pamiętam, że komputer jako zagrożenie pojawił się w kinie już w latach 50. („Gog” Herberta L. Strocka, gdzie sabotażystą był superkomputer NOVAC), więc dowodzenie, że „komputer to dziś najwspanialszy scenariuszowy wytrych”, trochę mija się z prawdą. „Trochę”, czyli o jakieś pół wieku – bagatelka... Zaś stwierdzenie, że „pojawienie się (komputera) odmieniło nie tylko nasze życie, ale i kino”, również jest – łagodnie rzecz ujmując – niespecjalnie odkrywcze.

Lecz jeszcze bardziej osłabiające jest wciskanie kitu (proszę Wysokiego Sądu, Jacek Szczerba obraził inteligencję czytelników „Wyborczej”!), iż dwie osoby ratujące Amerykę to składowa charakterystyczna dla złego filmu akcji. Czy szanowny autor urwał się z choinki? Czy naprawdę nigdy nie oglądał żadnego klasycznego actionera z Arnoldem lub Sly’em, gdzie ci panowie W POJEDYNKĘ ratowali ŚWIAT? Oj, podejrzewam, że oglądał, tylko musiał po prostu wyrobić wierszówkę i pewnie nawet gdyby w „Szklanej” trzech facetów ratowało zaledwie Teksas, to i tak uznałby to za symptomatyczne dla niedobrego filmu akcji.

Nie kumam też wysuwanych przez Szczerbę pretensji, że „ambicja twórców sprowadza się do tego, by (efekty specjalne) były nowatorskie”. Czyli co – lepiej kręcić kolejne filmy akcji wg jakiegoś sprawdzonego szablonu, nic nie ulepszać, nic nie podkręcać? Zarzut tym bardziej pozbawiony sensu, że akurat w czwartej „Szklanej pułapce” stosunek „staromodnych” kaskaderskich sztuczek do komputerowych efektów jest mniej więcej proporcjonalny, czego w dzisiejszych blockbusterach, niemal całkowicie kreowanych cyfrowo, praktycznie się nie spotyka.

Najlepszy z tego wszystkiego i tak jest jednak akapit, którym Szczerba kończy swoje wywody. Najpierw mamy jakże polską zazdrość („Aż strach pomyśleć, że na ten chłam wydano aż 110 mln dol.”), następnie jakże polskie sugestie („A nie lepiej było przetransferować tę forsę do Polski?”) – niby z jakiej paki??? – a na koniec jakże kosmiczne marzenie („Machulski nakręciłby »Kuriera z Warszawy«, Pasikowski »Stankiewicza«, Zanussi »Jadwigę Andegawenkę« i jeszcze zostałaby kupa szmalu dla innych). O kurde, pamiętając ostatnie (i nie tylko) dokonania tych twórców, wolałbym jednak bardziej racjonalne spożytkowanie tego szmalu. Na przykład dołożenie jeszcze 100 zielonych baniek i nakręcenie z rozpędu „Szklanej pułapki 5”. „Czwórka” podobała mi się zresztą na tyle, że właśnie na to liczę.

Piotr Dobry
10:14, blog_esensja , Filmy
Link Komentarze (13) »
środa, 11 lipca 2007
Kulejący mistrzowie

Najgorzej, jak człowiek zasmakuje w dobrej literaturze. Trafi na jednego czy drugiego pisarza, którego bibliografia po jakimś czasie zasili półki domowej biblioteczki. Chce się więcej. Zaczyna się szukać, gdzie popadnie. Kupuje się furę książek, nowości i staroci. Gdzieś w tym gąszczu jest Ten autor, jest książka, której lektura sprawi, że z zachwytu kopara opadnie niżej pięt.

Ilość czasu, jaką trzeba zainwestować w przedzieranie się przez plewy, jest niestety znacząca. A potem człowiek "zamyka miesiąc" z czterema przeczytanymi książkami, które nie wzbudziły w nim jakiejkolwiek głębszej emocji. To nie to, że nie ma ich za co zachwalać. Szkopuł w tym, że nie ma ich też specjalnie za co "rozszarpać" negatywną recenzją. Są nijakie. Porządego tekstu z tego nie będzie, a byle czego nie wypada na renomowane, bądź co bądź, łamy pchać, bo i portalowego brandu żal, i nazwiska w sumie też.

Ten blog ma być dla mnie złotym środkiem na wyjście z takich sytuacji. Skoro się już nacierpię, czytając kolejną popłuczynę po Danie Brownie, w dodatku wiedząc, że nie ukręcę z tego żadej sensownej recenzji, bo mi się zwyczajnie nie chce, niechaj chociaż ze dwa akapity na blogu kogoś przed podobną męką ustrzegą. Nawet jeśli nie będą najwyższych lotów.

-*-

Na początek dwóch dość ciekawych pisarzy. Philipp Vandenberg to na dobrą sprawę autor jednej książki: Spisku Sykstyńskiego. I to się niestety nie zmienia. Jego "Zapomniany pergamin" to po prostu kolejna pozycja Brownowskiego chowu, nie najgorsza, ale bez fajerwerków.

Niespecjalnie radzi sobie obecnie David Morrell, potentat, jeśli idzie o thrillery i sensacje. Autor tak kapitalnych rzeczy jak "Desperackie kroki", "Ostre cięcie" czy "Podwójny wizerunek", ostatnio płodzi książki mało zaskakujące, pozbawione kapitalnych suspensów, do których czytelników przyzwyczaił. Jego "Infiltratorzy" sprzed roku, czy ich kontynuacja pt. "Łowca", świeżo na półkach polskich księgarni, to rzeczy może i niezłe, ale zupełnie nietrzymające poziomu, do którego przywykłem, gdy idzie o tego pisarza.

Coś mistrzowie ostatnio kuleją.

-*-

Eryk napisał uzasadnienie swego poparcia dla ruchów czynionych przez Ministerstwo Edukacji wokół listy lektur. Jest to jeden z najsensowniejszych głosów w tej sprawie, jakie słyszałem. A były na ten temat opowiadane najrozmaitsze dyrdymały. Już myślałem, że hitem wiodącym będzie powtarzana bujda, że tu niby ktoś komuś zabrania czytać tego czy owego pisarza, ale przebił to wywiad z grupką uczniów, którzy "stanowczo protestowali". O tym, jak się setnie ubawiłem, widząc szlachetny gniew młodych lwów, nie będzie wiedział nikt, kto nie ma świadomości, jak malowniczo nasza młódź olewa wszelkie lektury, jadąc głównie na streszczeniach (drukowanych również w wersji mikro, żeby było wygodnie z czego zrzynać podczas zadań klasowych). Że niby "my chcemy Gombrowicza"? Jak rany, do kogo ta mowa?!

Jeśli mnie pamięć nie myli, do podobnego co Eryk wniosku doszedł redaktor Sianecki z TVN. Tyle że usunięcie z kanonu lektur dzieł ambitnych (nazwijmy je tak dla świętego spokoju) i ich wymianę na lekką prozę Sienkiewicza potraktował ze strasznym przekąsem, że niby minister chce się dochować głąbów. Nie przyszło mu do glowy, że głąbów to my już mamy pełen urodzaj, i to z tym coś trzeba zrobić.

Marcin Łuczyński

00:34, blog_esensja , Książki
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 10 lipca 2007
Dlaczego popieram ministra Giertycha

A konkretnie: popieram jego decyzję w sprawie usunięcia Lema, Gombrowicza i Schulza ze spisu lektur szkolnych i zastąpienie ich Sienkiewiczem. Otóż mam wrażenie, że jest to krok we właściwym kierunku. Uzasadniany w sposób niemądry, poczyniony z pobudek, których nie akceptuję – ale jednak we właściwym kierunku.

Ci, którzy sprzeciwiają się decyzji ministra argumentują, że odcinamy młodych Polaków od źródeł niezwykłych doznań literackich i zawężamy ich spojrzenie na świat. Otóż młodzi Polacy z zawężaniem swojego horyzontu myślowego radzą sobie doskonale sami i minister Giertych i jego zabawy z lekturami nic tu nie zmieni. Ksiązka znika ze świadomości młodzieży w tempie piorunującym, wypierana przez telewizję i Internet. Aby wygrać tą walkę i dopchać się do uczniowskich łepetyn, należy im zaoferować rozrywkę (zastanawiam się nawet, czy kontaktu z literaturą nie należałoby w podstawówce zaczynać od komiksów). Należy ich nauczyć, że ksiązka to frajda. Zabawa. Że czytanie nie musi być drogą przez mękę ku wiecznemu „co autor miał na myśli”.

Kto lubi czytać, może sięgnie z czasem po rzecz trudniejszą, bardziej wymagającą. Komu czytanie obrzydzono – przepadł. Dlatego nie zgadzam się, kiedy ustawia się listę lektur, zakładając, że ich przeczytanie naszych młodzianków ze zjadaczy chleba w aniołów przechodzi. Otóż, i pragnę, żebyśmy to sobie zakonotowali – większość z nich zostanie zjadaczami chleba. Dla kultury i edukacji będzie jednak lepiej, jeżeli ci zjadacze nie wyjdą ze szkoły z ostrą awersją do słowa pisanego – a taką właśnie funkcję spełniają lektury obecnie. Na kopy liczyć mogę znajomych, których czytany w szkole pod przymusem Pirx odepchnął od twórczości Lema na zawsze.

Przypadkiem wicepremier zrobił coś, z czym się zgadzam – zastąpił ksiązki trudne prostą przygodówką (Sienkiewicza się jednak fajnie w młodym wieku czyta). Dodatkową, choć krótkotrwałą korzyścią z jego działań jest podjęcie dyskusji nad spisem lektur i wzmożone zainteresowanie literaturą. Nie sądzę, aby minister Giertych poszedł dalej i wprowadził do szkół, dajmy na to, „Kajka i Kokosza”. Gorzej – przypuszczam, że będzie wpychał do programu przeidelogizowane nudy, wydłużając listę zniechęconych do czytania w szkole. Ale na dzień dzisiejszy, zyski przewyższają straty.

Eryk Remiezowicz

Odczuwamy brak osobistego kontaktu z człowiekiem

Witamy na blogu redaktorów serwisu Esensja.pl.

 

Jeśli jakimś dziwnym trafem nie wiecie jeszcze, co to jest „Esensja”, oto kilka słów wyjaśnienia.

„Esensja” jest internetowym magazynem kultury popularnej (niektórzy mówią: serwisem), istniejącym w sieci już lat 6 z hakiem pod niezmiennym adresem http://esensja.pl. Pisujemy o filmach, komiksach, książkach, grach, muzyce, publikujemy opowiadania i nie tylko. Unfortunately, no one can be told what Esensja is. You have to see it for yourself.

 

Ostatnio jednak nasze łamy wydają się być zbyt ciasne. A może – jak ta bomba atomowa ze starej miniatury literackiej – odczuwamy brak osobistego kontaktu z człowiekiem (czyli czytelnikiem). A może po prostu idziemy z postępem i osiągnięciami. Postanowiliśmy więc uszczęśliwić czytelników dodatkowo naszym blogiem. Blogiem redaktorów. Właśnie tu jesteście.

 

Chcemy, aby ten blog pozwalał nam na szybkie (a mam też nadzieję – inteligentne, dowcipne, błyskotliwe, celne, złośliwe, przewrotne) komentowanie tego co dzieje się w popkulturze. Chcemy móc zjechać seriale w stylu „Dylematu 5” już 5 minut po starcie pierwszego odcinka, zachwycić się komiksem Bilala, gdy tylko wpadnie nam w ręce egzemplarz, natychmiast wkurzyć się na Lucasa, jeśli zapowie, że sam wyreżyseruje 7, 8 i 9 część „Gwiezdnych Wojen. A także wyśmiać recenzenta np. „Polityki”, który myli Michaela Moore’a z Alanem Moorem. Wszystko szybko i bezkompromisowo. I pewnie bardziej swobodnie, niż robimy to w serwisie.

 

Blog będzie pisany kolektywnie – każda notka będzie podpisana właściwym nazwiskiem, abyście wiedzieli, na kogo możecie bluzgać czy też kogo cytować w dyskusjach.

 

Od czasu do czasu będziecie nam też musieli wybaczyć małą reklamę – zamierzamy tu promować bowiem ciekawe teksty z samej „Esensji”. Niekoniecznie każdy swoje. Ale to też możliwe.

 

Możecie już „dodać nas do ulubionych”. Zaczynamy.

Konrad Wągrowski

22:41, esensja1
Link Komentarze (2) »
1 ... 46 , 47 , 48 , 49
 
Magazyn Esensja