Kategorie: Wszystkie | Filmy | Gry | Komiksy | Książki | Magazyn | Muzyka | Varia
RSS
niedziela, 31 października 2010
Listopad w kinach zapowiada się sztormowo

Po takim sobie sierpniu, słabiutkim wrześniu, przywoitym październiku listopad w kinach zapowiada się naprawdę sztormowo. Nie kilka, ale kilkanaście pozycji wydaje się być warte uwagi. Tutaj zwróćmy uwagę na dwie:

1. "Maczeta", czyli film odpryskowy od fikcyjnego zwiastuna z dwupaku "Grindhouse". Projekt przeszedł pewne modyfikacje, warto więc przypomnieć sobie ów zwiastun, który tak zachwycił widzów, że zaczęli domagać się prawdziwego filmu:

2. "Iluzjonista", czy kolejne dzieło Sylvaina Chometa, twórcy genialnego "Tria z Belleville". Przypomnijmy sobie nominowaną do Oscara piosenkę:

14:15, blog_esensja , Filmy
Link Dodaj komentarz »
sobota, 30 października 2010
Kilka utworów na nowy wiek

Przedstawione przez redakcję indywidualne listy najbliższych nam płyt ostatniej dekady dobrze pokazują, w jak różnych muzycznych światach żyjemy (i dowodzą, że wspólne przygotowanie obszernego zestawienia łatwym ni bezbolesnym zadaniem nie było). Teraz tym bardziej będzie mocno osobiście: już nie albumy, ale pojedyncze utwory – kilka z tych dla mnie najważniejszych, pochodzących z krążków nie zawsze uwzględnionych na liście własnej lub zbiorowej.

Za tydzień w Polsce pojawi się Rykarda Parasol; niestety – tylko na jednym, katowickim koncercie. Wokalistka trochę dłużej gościła w kraju swoich przodków dwa lata temu i wtedy najpewniej znany już wcześniej utwór „Night on Red River” zaklepał sobie część mnie tylko dla siebie. Ot, nie za bardzo skomplikowany, za to bardzo amerykański kawałek, z gitarą akustyczną, ale i odrobiną hałasu, chórkami oraz sporą porcją podlanej whiskey energii:

 

Z zupełnie innej bajki pochodzą The Legendary Pink Dots. Oni również nie znaleźli się ani w rankingu, ani w mojej prywatnej czołówce, bo swoje najlepsze chwile przeżywali w latach 80. i 90. Tak czy inaczej – na tegowiecznych krążkach pojawił się co najmniej jeden utwór powalający, przede wszystkim w wersji na żywo, i dobrze pokazujący, czym jest muzyka Różowych Kropek. Niepozornie zaczynający się numer „No Matter What You Do” stał się głównym punktem programu koncertów grupy, podczas którego miał miejsce obowiązkowy marsz saksofonisty Nielsa Van Hoorna po publiczności. Dobre wykonanie (i bardzo przyzwoita jakość zarówno obrazu, jak i dźwięku) owego psychodelicznego cuda poniżej:

 

Szkoda, że Van Hoorn opuścił w tym roku zespół, bo choć nie był jego mózgiem ani pierwotnym członkiem, stał się równorzędnym z Edwardem Ka-Spelem frontmanem. Pozostaje mu jednak Strange Attractor – spokojniejszy, obracający się wokół trip-hopu, nu-jazzu czy downtempa, ale również niepodatny na metkowanie. A wśród utworów projektu „Sleaze” – trochę inny niż większość, choćby dlatego, że zamiast delikatnego głosu Marie-Claudine kawałek ozdabiają partie wokalne basisty Bauhaus Davida J. Zwracam uwagę na to, co słychać po dwu minutach i 50 sekundach, kiedy wydaje się, że rzecz dobiega końca, ale tak naprawdę następuje drugi początek. I to jaki! Do legalnego odsłuchania tutaj.

Z kolei jednym z najbardziej poruszających momentów był obecny już na tym blogu „Coward” zmarłego przed rokiem Vica Chesnutta z wydanej na chwilę przed śmiercią płyty „At the Cut”. Mało jest numerów równie rozdzierających, więc warto przypomnieć:

 

Dyspozycją potrafi też zaskoczyć znacznie starszy (za to, na szczęście, nadal żyjący) bard – Bob Dylan. „Ain't Talking” toczy się powoli i dostojnie i jest jednym z najlepszych nagrań mistrza, którego głos, zniszczony, inny niż dawniej, inaczej hipnotyzuje. Na YouTubie niestety tylko w wersji bootlegowej:

 

Trudno uwierzyć, że to muzyka z tych samych czasów, co brutalny „Machine Gun” reaktywowanego tria Portishead. Na płycie nieco mniej „przerywany” niż w odsłonie z Berlina:

 

Jednak utwór dekady może być tylko jeden. „Emily” z „Ys” Joanny Newsom. W chwili, w której młoda harfiarka śpiewa swym uroczym głosikiem that the meteorite is a source of the light / And the meteor's just what we see / And the meteoroid is a stone that's devoid of the fire that propelled it to thee, zakochałem się od pierwszego usłyszenia. I tak już zostało. Tutaj trochę inaczej niż na krążku:

 

Mieszko B. Wandowicz

 

PS Choć i tak wszyscy wiedzą, że najważniejszy numer XXI wieku powstał w roku 1969.

18:54, blog_esensja , Muzyka
Link Komentarze (3) »
niedziela, 17 października 2010
Najlepsze filmy XXI wieku

Ufff... Udało się domknąć Wielki Ranking 100 Najlepszych Filmów Dekady. Po tygodniach głosowań, debat, lista wreszcie doczekała się publikacji. TUTAJ.

Jesteśmy przekonani, że każdy zna jakiś wybitny film... którego nie ma na tej liście. Ale mamy nadzieję również, że każdy na tej liście znajdzie jakiś film, którego wcześniej nie znał, ale dzięki nam sięgnął - i się zachwycił.

W każdym razie nie ma oczywiście rankingów w pełni obiektywnych. A my cieszymy się niezmiernie, że nasz triumfator zaskakuje (nawet nas). Jaka przyjemność z oczywistych rankingów?

Cały ranking - jak wspominaliśmy - TUTAJ.

16:31, blog_esensja
Link Komentarze (2) »
wtorek, 05 października 2010
Funky Koval powrócił!

Zapowiadany już od kilku miesięcy Funky Koval powrócił na łamy Nowej Fantastyki. Chyba spóźniony o kilka lat - dziś taki news nie elektryzuje, jak kiedyś. Ale zawsze dobrze, że wraca, bo przecież historia nie jest zakończona. Tylko, że obawy sa duże - część trzecia już ponad dekadę temu została uznana za bez wątpliwości najsłabszą scenariuszowo, a Bogusław Polch już od lat nie rysuje tak jak niegdyś.

I jakie wrażenia po pierwszym odcinku? Na razie niewiele można powiedzieć. Komiks zaczyna się dokładnie w punkcie, w którym został zakończony (chwała za "streszczenie poprzednich odcinków") i na tych 4 planszach zamieszczonych w Nowej Fantastyce wiele się nie dzieje. Musmy poczekać na rozwinięcie fabuły.

Natomiast można już coś powiedzieć o rysunku Polcha. Dwie rzeczy rzucają się w oczy i żadna nie budzi entuzjazmu. Po pierwsze - Polch praktycznie pomija drugi plan, koncentruje się na postaciach, rezygnując tła. A to przecież owo wycyzelowane tło było kiedyś największym atutem rysunku. Co gorsza, Brenda na niektórych rysunkach nie przypomina Brendy! Hmmm...

Kolejne wrażenia wkrótce.

 

Konrad Wągrowski

21:04, blog_esensja , Komiksy
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 04 października 2010
Moja pierwsza polska powieść fantastyczna

Zastanawiam sie, jaki tu wpis stworzyć, przy okazji startu rankingu na 50 najlepszych polskich powieści fantastycznych... Wiem, jaki na koniec owego rankingu - Wielcy Nieobecni, ale przecież dziś nie zdradzę Wam, że w zestawieniu nie ma dzieł Lucyny Penciak (kultowe "Neurony zbrodni"), cze Edwarda Wiekiery (równie kultowe "Marsjanie są wśród nas"). Na to przyjdzie czas w piątek.

Dziś więc próbuję sięgnąć pamięcią i przypomnieć sobie, jaką pierwszą "dorosłą" polską powieść fantastyczną czytałem. Z pewnością nie była to fantasy, no taki gatunek praktycznie nie istniał do czasów Sapkowskiego. Być może był to Lem, ale nie jestem przekonany - "Niezwyciężonego" i "Solaris" czytałem wystarczająco wcześnie, by ich za dobrze nie zrozumieć. Ale chyba było to coś mniej istotnego, coś ze słynnej KAW-owskiej serii... Jeden tytuł pamiętam dziś doskonale: "Planeta Zielonych Widm" Zbigniewa Prostaka. Rzecz z dzisiejszej perspektywy z pewnością naiwna do przesady, popełniająca wszelkie możliwe grzechy polskiej fantastyki w każdym wydaniu, ale wówczas... Podróż kosmiczna, obca planeta, kontakt - to się czytało!

Zapewne było coś wcześniej, ale przyjmijmy, że to "Planeta Zielonych Widm" dzierży palmę pierwszeństwa. Niech ma. Skoro - to chyba nie tajemnica - nie załapała się do naszego rankingu. :)

A u Was co było pierwsze?

 

Konrad Wągrowski

17:44, blog_esensja , Książki
Link Komentarze (4) »
Magazyn Esensja