Kategorie: Wszystkie | Filmy | Gry | Komiksy | Książki | Magazyn | Muzyka | Varia
RSS
poniedziałek, 29 października 2007
Jak sprzedać listę płac

W kinie idą na łatwiznę - przewijają rolkę z nazwiskami, puszczają wiązankę motywów z całego filmu i już. W co trzecim przypadku dołączają w promocji, na samym końcu, scenę dodatkową, w nadziei, że ktoś wysiedzi kwadrans, żeby ją obejrzeć. Oczywiście ludziom zwykle nie chce się czekać tyle na kilkusekundowy dowcip, szczególnie jeśli można go potem ściągnąć z Sieci. W każdym razie mnie się nie chce. No, ale ja jestem wychowany na grach komputerowych.

Można lepiej? Można spróbować i trochę się dziwię, że kinematografia nie wykazuje na tym polu większej inicjatywy.

Można pojechać tak, jak Valve w Portalu. Portal to skromna gra w zasadzie logiczna, zrobiona z tzw. jajem. Jeszcze nie grałem, ale już się naczytałem, bo rzecz robi furorę, jak się wydaje, zasłużoną. Liście płac towarzyszy piosenka z prostym patentem - jej autor zagrał w betę i naszpikował tekst odniesieniami do gry. Rozwiązanie nie jest idealne, bo trzeba zagrać albo naczytać się spoilerów, żeby zrozumieć dowcip, niemniej fani zrywają boki, nazywają rzecz najlepszym zakończeniem wszechczasów i, oczywiście, oglądają do samego końca.

Można inaczej, fani się nie znają.

Można, i to jest dość typowy pomysł, dołączyć szkice koncepcyjne. Jeśli kogoś stać, to dodatkowo wykorzystuje utwór znanego zespołu. Być może to zasługa samej gry - Homeworld był fenomenalny - ale pamiętam, że w swoim czasie wysiedziałem całe dziewięć minut z hakiem. Nie wiem, jak piosenki, ale szkice nic nie kosztują. Powstają tego całe tony w preprodukcji i potem nie ma co z nimi zrobić.

A tak w ogóle to kto powiedział, że film musi się skończyć przed napisami? Fakt, że grom jest łatwiej, bo takie scenki skleja się z elementów przygotowanych na potrzeby właściwej gry, a kukiełkom nie płaci się za nadgodziny (autorom też).

Można się wycwanić i puścić listę płac na początku. To nie jest intro! Właściwe wprowadzenie zaczyna się dopiero gdy gość widoczny na końcu wychodzi z metra. Poprzedzająca je animacja jest formalnie zbędna, nie przekazuje żadnych informacji poza nazwiskami. Gdyby chodziło tylko o tzw. klimat, wystarczyłoby 30 sekund zamiast trzech minut. Swoją drogą, tutaj autorzy też się nie wykosztowali, wszystkie widoczne w animacji miejsca odwiedza się wielokrotnie w trakcie gry. Mafia to takie trochę Grand Theft Auto, tylko znacznie lepsze.

Jeśli ktoś się nie wstydzi, to może kazać autorom przebrać się za głównego bohatera. Autorzy nawet to lubią; w ten sposób stają się troszkę mniej anonimowi. No bo ilu umiecie wymienić projektantów gier? A ilu aktorów? Czy to jest sprawiedliwe?

Być może tak. Niedawno widziałem całostronnicową reklamę na końcu gazety. Zdążyłem pomyśleć, że to musi być jakiś wyjątkowo durny film, zanim zauważyłem, że to anons gry.

Jacek Wesołowski

23:31, blog_esensja , Gry
Link Komentarze (3) »
czwartek, 25 października 2007
"I believe that pop will save the world…"

Chcąc przybliżać naszym czytelnikom cudowny świat muzyki, postanowiłem niniejszym podzielić się (nie)poufnymi informacjami na temat wydarzeń w baśniowej i radosnej krainie music industry. Dzisiaj ograniczę się do najbardziej nierealnej części tejże krainy, czyli do popu. Co zatem nowego w popie piszczy?
Na początek zapiszczy Natalie Imbruglia.
„Artystka” ta cechuje się dwiema rzeczami: ładną buźką i tupetem. O ile pierwsze mi nie przeszkadza, o tyle drugie nieco irytuje. Imbruglia postanowiła bowiem wypuścić (werble proszę!)… wszystkie single z lat 1997-2007. Przetarłem oczy, położyłem sobie na czole zimny kompres i poprosiłem o ostatnie namaszczenie, gdyż jako żywo nie mogłem sobie przypomnieć żadnego singla owej pieśniarki oprócz „Torn”. Przeszukiwałem przepastne pokłady prywatnej pamięci (ale mi aliteracja wyszła!), lecz nic innego do głowy nie przychodziło. Nie jestem Australijczykiem (skąd Imbruglia pochodzi) – być może tam pierwszy lepszy kangur potrafi wymienić dziesięć jej przebojów, ale na Starym Kontynencie nie jest gwiazdą pierwszego, drugiego czy nawet ósmego formatu. Skąd więc ta buńczuczność? Żeby mi tu zaraz jeden drugim nie wyjechał z zarzutem, że „przecież wydawała single”, mówię: owszem, coś tam wydała, ale przecież takie kompilacje wypuszczają tylko ci, którzy naprawdę mają się czym pochwalić: Depeche Mode; The Prodigy; U2, a z rodzimego podwórka choćby i Myslovitz. Gdyby nawet zrobiła to Britney, wszystko by grało, ale w tym przypadku jest to kuriozum. Za karę – albo w nagrodę – ciekawa, dosłowna interpretacja "Rozdarcia":

Piszczą i inni.
Ot, chociażby Pete Doherty i jego, pożal się, Panie Boże, formacja Babyshambles. Były członek The Libertines wydał drugą płytę „Shotters Nation”. Tu uprzedzam: nie słyszałem „Shotters Nation”, ale znając jego poprzednie dokonania, spodziewam się solidnej dawki fałszów, jęczenia, bzdurnych tekstów inspirowanych heroiną i grania „o siedmiu zbójach”. Jeśli się pomylę i okaże się, że „Shotters Nation” to „Dark Side of the Moon” XXI wieku, gotów jestem wpłacić duża sumę pieniędzy na konto fundacji na rzecz leczenia narkomanów. Albo na wieloryby jakieś.

Piosenka o adekwatnym tytule:

Innym świeżym newsem jest to, że Amy Winehouse zatrzymano w Norwegii za posiadanie narkotyków. Naprawdę współczuję. Nie zatrzymania naturalnie, bo kogo, kto obserwuje jej karierę, to dziwi, ale tego, że biedna Amy nie ma wyboru: ćpać musi. Nie dlatego, że uzależniona. Jest to bowiem jedyny sposób, aby dotrzeć na pierwsze strony brukowców, a jak wiadomo, jest to rzecz bezcenna. Przypuszczam więc, że piosenkarka ma w kontrakcie klauzulę mówiącą o tym, że musi raz na jakiś czas coś tam nosem wciągnąć i wyjść w opłakanym stanie na ulicę, coby papparazzi pożywkę mieli. Biedaczka: pewnie kiedy ma ochotę posiedzieć spokojnie przy kawie, pójść na siłownię czy pobiegać, to nie wolno jej, bo menadżerów szlag trafi, że psuje sobie image. Zamiast porannej owsianki: kokaina; zamiast wylegiwania się przed telepudłem: ostra impreza. Spacer w parku? Zapomnij! Trzeba pobić jakiegoś fotoreportera. Kolacja w miłej knajpce? Zabronione! Musisz pokłócić się z chłopakiem. Ciężkie jest życie popstar, oj, ciężkie. Oto klip, w którym wyżej wymieniona zarzeka się, że na odwyk nie pójdzie. Pożyjemy, zobaczymy:

http://pl.youtube.com/watch?v=LD5sahXoj0U

And last but not least: oto Największe Wydarzenie w Historii Muzyki, a przynajmniej Największe Popowe Muzyczne Wydarzenie w Tym Tygodniu.
Wracają Spice Girls!!!
Ziemia zadrżała w posadach, Słońce przygasło, umarli wstali z grobów, ludzie rzucili się sobie w ramiona, zapanowała era pokoju i miłości!

Hip. Hip. Hura.

Tym, którzy nie będą mieli czasu ani ochoty na wsłuchiwanie się w „Headlines”, najnowszy singiel podstarzałych gwiazdeczek, spieszę donieść, że jest on smętną, źle zaśpiewaną balladą, traktującą o sprawach mało ważnych. Czyli: wszystko po staremu, można spać spokojnie. Gorzej, jeśli „Spicetki” zdecydują się iść w ślady Stonesów.
Tłumaczę dlaczego: zmarszczki Jaggera – dobrze. Cellulitis u wyfiokowanych pań po sześćdziesiątce – niedobrze.

Na koniec co nieco z naszego podwórka.
Dowiedziałem się właśnie o istnieniu niejakiej Sary May, dzielnej pieśniarki popowej, odważnie bojkotującej polskie media. Nie ma jej piosenek w radiu, nie ma w telewizji. Dlaczego nieulękła Sara kontestuje? Gdyż nie chce wchodzić w żadne układziki ze stacjami radiowymi „jak jakaś Doda”. Zresztą, jak sama powiedziała: „To, co jest w radiu puszczane, jest gorsze od tego, co nie jest puszczane.”
Nic dodać, nic ująć.


Paweł Franczak

23:10, blog_esensja , Muzyka
Link Komentarze (7) »
czwartek, 18 października 2007
Planet Error
"Horror Roberta Rodrigueza, będący drugą częścią projektu zrealizowanego wspólnie z Quentinem Tarantino. W małym amerykańskim miasteczku rządy sprawuje brutalny szeryf, ale żaden z mieszkańców nie ma odwagi mu się przeciwstawić. Pewnego dnia w mieście pojawia się Cherry (Rose McGowan) – była tancerka go-go, która dysponuje dwoma rodzajami broni: obezwładniającym seksapilem i karabinem maszynowym... zamiast nogi. Tak uzbrojona, postanawia zaprowadzić porządek w ogarniętym korupcją miasteczku. Pomoże jej w tym były partner Wray (Freddy Rodriguez), z którym teraz łączy ją wspomnienie dramatycznego wydarzenia."
 
To streszczenie "Planet Terror" ze strony sieci kin "Silver Screen" (a może i z ich gazetki - nie sprawdzałem). I nie mówcie mi, że nie warto szukać popkuriozów w wydawnictwach niszowych. Właśnie tam można znaleźć takie rzeczy, że Spock sie chowa w wulkanie!
 
Konrad Wągrowski 
11:42, blog_esensja , Filmy
Link Komentarze (4) »
wtorek, 16 października 2007
UPS!

Pierwszy Jarek polskiej polityki dzieli krajanów na prawdziwych i nieprawdziwych. Tym pierwszym, w tym sobie, przyznaje monopol na rację. Tych drugich stawia tam, gdzie kiedyś stało ZOMO. Nazywa lumpenliberałami. Walczy z wyimaginowanym Układem. Jest ultrakonserwatystą. Przynajmniej na takiego pozuje.

Pierwszy gej polskiej krytyki dzieli kinomanów na prawdziwych i nieprawdziwych. Tym pierwszym, w tym sobie, przyznaje monopol na rację. Tych drugich stawia tam, gdzie dziś stoją Transformersi. Nazywa dzidziusiami-piernikami. Walczy z wyimaginowanym Układem. Jest ultraliberałem. Przynajmniej na takiego pozuje.

Tych panów wiele dzieli: wiek, poglądy, orientacja seksualna (znaczy, pierwszy gej chociaż jakąś ma). Ale, jak wynika z powyższych akapitów, sporo też łączy. Przede wszystkim skłonność do tworzenia sztucznych podziałów.

Nie żebym miał coś przeciw podziałom. Podziały są cool. Bez podziałów nie byłoby czegoś tak fajnego jak polemika. Czegoś tak potrzebnego jak opozycja. Ale nawet dzielić trzeba umieć. Dzielić trzeba konkretnie. Mądrze. Nie na prawdziwych i mityczny Układ. Nie na prawdziwych i lumpenliberałów, bure suki, ścierwojadów, małpy w czerwonym, dzidziusiów-pierników czy „maniaków używających języka szalikowców” (WTF?). Obydwaj wspomniani panowie uciekają się do słów-kluczy, pustych haseł, jak ognia unikając nazywania rzeczy po imieniu. Unikając konkretnych nazwisk.

Piszę o tym, bo w ostatnich dniach znalazłem najwspanialszy z możliwych dowód obalający tezę pierwszego geja o podziale na akademickich nudziarzy i dzidziusiów-pierników piszczących na widok Transformersów, którą to tezę, żeby było zabawniej, pierwszy gej przypisuje nie sobie, a „ideologom kina rozrywkowego” (znów bez konkretów). Otóż pierwszy raz od jakichś siedmiu czy sześciu lat zdarzyło mi się przyznać dychę filmowi. A zaraz potem drugą! Samo w sobie jest to już niesamowite, ale najbardziej niesamowite jest to, jak bardzo te filmy się różnią. Są jak ogień i woda, czerń i biel, piękna i bestia, pierwszy Jarek i poczucie humoru. Ponury, gorzki rumuński dramat o aborcji i wesoły, landrynkowy hollywoodzki musical o akceptacji odmienności. Trudno o większą skrajność. Dzieli te filmy praktycznie wszystko. Ale łączy to, że obydwa to w swoim gatunku dzieła wybitne. Obydwa zasłużyły u mnie na dychę.

No więc, Panie Żurawiecki, zdziecinniałem, schamiałem? Na to wygląda - przecież jestem, jak to ładnie Pan ujął, bodyguardem produkcji masowej. Ale zaraz, zaraz, jestem też bodyguardem filmu zaangażowanego. No to jak to - mogę stać jednocześnie po obu stronach barykady? Tam, gdzie stoją Transformersi, i tam, gdzie stoją akademiccy nudziarze? Przecież się, kurna, nie rozdwoję. I nie dam sobie wmówić schizofrenii. Nie podzieli mnie Pan. I nie przypisze do żadnego Układu. Bo z nas dwóch tylko Pan zdaje się być w Układzie. Razem z pierwszym Jarkiem. W Układzie Podziałów Sztucznych. UPS!

Piotr Dobry

02:28, blog_esensja
Link Komentarze (46) »
niedziela, 14 października 2007
Zachwyt nad „Gwiezdnym pyłem”

Blog redakcyjny to dobra rzecz. Gdyby go nie było, musiałabym zapewne wyrazić swój zachwyt nad filmem „Gwiezdny pył” za pomocą napisania recenzji. A recenzja jak to recenzja – powinna być spójna, poruszać takie zagadnienia jak poziom aktorstwa czy podobieństwa między filmem a książką Neila Gaimana, na której podstawie został nakręcony, podsumowywać temat i tak dalej... Na szczęście wszystko to zrobił już Borys Jagielski w swojej recenzji, więc ja mogę poprzestać na wydawaniu okrzyków zachwytu.

Wydawanie okrzyków zachwytu ma to do siebie, że czasem się przy tym człowiekowi coś wypsnie, więc osoby wrażliwe na spoilery proszę o zaprzestanie czytania tej notatki i wrócenie do niej po obejrzeniu filmu. Oczywiście nie zamierzam zdradzać zakończenia, ale wymienię pewne istotne dla akcji elementy.

sobota, 13 października 2007
Nie mów nikomu

Po dziś dzień dziw mnie bierze, że jak dotąd nikt w Fabryce Snów nie zekranizował żadnej z książek Harlana Cobena. Facet pisze tak, że trudno się od jego prozy oderwać. Proste, banalne wydarzenia potrafi opakować na cebulkę w rozmaite zmyłki, podwójne i potrójne dna, tkając to precyzyjnie – niektóre powieści wypada czytać, rysując schematy blokowe. Jeśli blurb na okładce pisze, że rozwikłanie zagadki następuje dopiero na ostatnich stronach i że do tych ostatnich stron książka trzyma czytelnika w napięciu, to naprawdę nie jest to zwyczajowe pieprzenie. Jego proza jest wartka, pełna znakomitych refleksji o świecie, a bohaterami zwykle są prości ludzie, choć z powikłaną przeszłością. "Niewinny", "Tylko jedno spojrzenie" czy "Jedyna szansa" to absolutne perełki tego gatunku.

Mam nadzieję, że nakręcone przez Francuzów "Nie mów nikomu" to dopiero pierwszy krok, i że wkrótce doczekamy się kolejnych produkcji "based upon the novel". I że wyjdą znacznie lepiej. Bo jedynym atutem tego filmu jest skonstruowana przez Cobena fabuła, w bardzo niewielu szczegółach różniąca się od pierwowzoru. Jako kilkukrotny czytelnik "Nie mów nikomu" nie odnotowałem w ekranizacji absolutnie żadnej wartości dodanej. Szkoda.

Ale może to złe miłego początki.

Marcin Łuczyński

22:50, blog_esensja
Link Komentarze (1) »
środa, 10 października 2007
Patrzę: ceny obniżone o 100 procent!

Od dzisiaj na stronie www.inrainbows.com można nabyć nowy album Radiohead w wersji cyfrowej.

Za ile? Za ile chcecie. W formularzu trzeba wpisać konkretną sumę „quidów”, podać dane i hopla: empetrzaski z hukiem wskoczą na naszą skrzynkę pocztową. Rzecz jasna, można „In Rainbows” kupić w formie namacalnej, z pudełkiem i innymi takimi, ale kosztuje to funtów 40 i na dodatek trzeba poczekać do 3 grudnia na przesyłkę. Media zastanawiają się już, czy oznacza to koniec zarobków wielkich wytwórni, fani zastanawiają się ile dać za płytę, ja zastanawiam się, czy nie dać sobie raz na zawsze spokoju z kupowaniem plastikowych krążków.

To do tego już bowiem doszło, że za płytę najpopularniejszego zespołu świata można zapłacić funciaka i będzie to legalne w świetle prawa i moralnie nieskazitelne. Żyć, nie umierać! Jest to tendencja światowa.

Niedawno Nine Inch Nails udostępniał „Year Zero” całkiem za friko. Podobnie The Charlatans – ich najnowsza płyta też ma być nieodpłatna, na razie są single. Jest też wielu innych twórców, np. Artysta Poprzednio Znany Jako Prince A Teraz To Już Nie Wiadomo Jak, który swoją płytę „Planet Earth” dołączył do gazety Mail on Sunday. Arctic Monkeys też rozdawali swe „własności intelektualne” poprzez MySpace i dobrze na tym wyszli (choć teraz się na MySpace obrazili i go nie lubią), ale nie w tym rzecz. Zastanawiam się po prostu, co będzie kolejnym krokiem. Wszystkie nowe płyty w mp3 będą darmowe? A może nagrania w formacie digitalnym będą nam wrzucane na mejla jak ulotki pod drzwi? Może za jakiś czas świeżuteńki album The White Stripes będzie dołączany do spamu? W końcu wszyscy nagle zrobili się dobroduszni niczym Dickensowski Scrooge. Nie oszukujmy się: jest w tym tyle dobrej woli, co sprytnego marketingu, ale pewnym jest, że dystrybucja płyt zmienia się dramatycznie. W tym roku sprzedaż CD spadła o 11 procent, a przyszłość nie maluje się w kolorowych barwach. Można więc się spodziewać, że większa ilość artystów pójdzie w ślady Radiohead.

Czekam teraz niecierpliwie aż Doda zacznie rozdawać swoje płyty za nic. A najlepiej: niech dopłaca, żeby ktoś to wziął.

 

Paweł Franczak

 

21:21, blog_esensja , Muzyka
Link Komentarze (11) »
Popkuriozum września

W międzyczasie udało nam się przyznać kolejne Popkuriozum. Szczegoły znajdziecie w tekście:

Popkuriozum Miesiąca: Wrzesień 2007

Swoją drogą myśleliśmy, że nie będzie łatwo co miesiąc przygotowywać obszerniejszą listę nominacji. A tymczasem kandydatury spadają nam z nieba jedna za drugą i musimy wśród nich przebierać!

Co nie zmienia faktu, że liczymy na Waszą pomoc w wyszukiwaniu prasowych bzdur i wpadek.

Konrad Wągrowski 

11:26, blog_esensja , Magazyn
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 08 października 2007
Kosmiczna starość

Pięćdziesiąta rocznica wystrzelenia sputnika za nami. Skojarzyło mi się to z anegdotą o statku pasażerskim, który rozbił się na nieopisanej rafie w tropikalnym archipelagu. Zrządzenie losu rzuciło na jedną wyspę trzech mężczyzn w różnym wieku, na drugą zaś, sąsiednią, kilka pięknych, niezbyt obficie ubranych dam. Dwudziestolatek entuzjazmuje się: „To co panowie? Płyniemy?”. Czterdziestolatek: „Eee, a może by tak tratwę zbić?”. Sześćdziesięciolatek rezonuje: „A po co to wszystko, przecież widać”.

No i tak to z tym naszym podbojem Kosmosu. Jeszcze czterdzieści lat temu: „Księżyc! Mars! Wenus! Alfa Centauri! Dolecimy! Zdobędziemy! Taaak!” A teraz: „A może by tak bezzałogowo?”, albo „A w sumie po co lecieć, z Hubble’a też w sumie widać.”

Eryk Remiezowicz

00:34, blog_esensja , Varia
Link Komentarze (3) »
niedziela, 07 października 2007
Czytając CJC (5): Wzorce myślenia
Rozkoszuję się obecnie ponowną lekturą powieści Carolyn Janice Cherry, jednej z największych pisarek speculative fiction.

Paidhi Bren Cameron, tłumacz między ludźmi a obcymi, nieustannie napomina samego siebie, żeby stosować jak najczęściej ich język. Dzięki temu będzie mógł lepiej rozumieć, jak myślą, czego chcą i jak dojść do porozumienia.
Cherry sama uczyła kiedyś języków obcych (łaciny) i rozumie, że przyswojenie ich wymaga nie tylko pamięci, słuchu i woli, ale również gotowości do zaakceptowania innych wzorców myślenia. Trzeba przyjąć, że narzędzie tak podstawowe, tak silnie wpływające na ogląd świata, może być skonstruowane w sposób zupełnie inny od naszych przyzwyczajeń – bo tak! Bez przyczyny, bez uzasadnienia: bo tak!
Turcy mawiają: ile znasz języków, tyle razy jesteś człowiekiem. Rozwijając – ile znasz języków, z tylu stron widzisz świat. Czy będzie to anglosaski indywidualizm, podkreślany wiecznie wielką literą „I”, czy rosyjska akceptacja satrapii, z jej niechęcią do ”być” i „mieć” - każdy język, którego się dobrze nauczysz, będzie czymś więcej niż tylko narzędziem.
Eryk Remiezowicz
16:43, blog_esensja , Książki
Link Komentarze (11) »
 
1 , 2
Magazyn Esensja