Kategorie: Wszystkie | Filmy | Gry | Komiksy | Książki | Magazyn | Muzyka | Varia
RSS
czwartek, 27 września 2007
Dobre? Nie, powierzchowne!

Dzisiejszy "Przekrój". W krótkiej niczym statystyczna tetryczna notka recenzyjce "Lakieru do włosów", opatrzonej błyskotliwym nagłówkiem "Lakier? Nie, lukier!", Ola Salwa punktuje musical Shankmana epitetatami: "przesłodzona parada landrynkowych kolorów", "tylko kicz" oraz "powierzchowne jak polewa na musicalowym pączku".

Nie dość, że bardzo ogólnikowe to zarzuty, to jeszcze idiotyczne. Po pierwsze dlatego, że "Lakier..." to kicz świadomy – reżyser i scenograf w jednej osobie z góry przyjmuje taką konwencję, a aktorzy (wszyscy bez wyjątku znakomicie obsadzeni) specjalnie grają z przesadną emfazą.

Po drugie, zarzucać filmowi pod tytułem "Lakier do włosów" powierzchowność… cóż, oczywiście można, tak jak można zarzucać ją np. Tarantino, który tylko bawi się kinem. Pytanie tylko – dlaczego w poprzednim "Przekroju" nie mniej powierzchowny "Katyń" został oceniony pozytywnie?

Co zaś do tych "landrynkowych kolorów" – a to ci dopiero heca! Musical o latach 60. powinien być przecież odpowiednio poszarzały, stonowany, a najlepiej nakręcony na czarno-białej taśmie. A tak w ogóle, to jeśli komuś – tak jak mnie – lata 60. kojarzą się między innymi z rock'n'rollem, rozwojem popkultury, narodzinami ruchu hippisowskiego, tapirowanymi fryzurami, to ten ktoś musi być skończonym durniem. Lata 60. powinny się przecież kojarzyć wyłącznie z polską szkołą filmową! Ze skrajnie nielandrynkowym kinem Wajdy czy Kutza! No, może jeszcze z poziomkami Bergmana. Oczywiście nieprzesłodzonymi.

Wszędzie na świecie musical Shankmana chwalą. Przede wszystkim za to, że zawiera ogromny ładunek czystej, bezpretensjonalnej rozrywki, że emanuje na widza pozytywną energią. Chwalą tak widzowie, jak i krytycy. Prawie wszyscy. Rzecz jasna, za wyjątkiem polskich krytyków. Ci są ponad to. Dla tych – zgodnie z narodową, martyrologiczną tradycją – jeśli coś nie jest głębokie, nie roztrząsa ważkich treści, nie umartwia, nie daje się odczytać na pięciu poziomach – to po prostu nie może być dobre. I nie piję tu tylko do pani Salwy – negatywnie ocenił "Lakier..." Andrzej Zwaniecki w "Filmie", zjechał go też Artur Pietras w "Kinomaniaku" (jak zwykle debilnie argumentując, wyżywał się bodaj na aktorach, ale nie pamiętam na tyle, by móc dokładnie przytoczyć).

 

 

Ale to recenzyjka pani Salwy zajeżyła mnie najbardziej. Nie dość bowiem, że sprowadza się tylko do trzech bzdurnych zarzutów, to jeszcze zawiera ewidentny błąd faktograficzny. I to powielony. Najpierw pani krytyk informuje w leadzie o "nowej ekranizacji sławnego musicalu", zaś w tekście pisze: "Jest to kolejna po filmie Johna Watersa z 1988 roku ekranizacja słynnego broadwayowskiego musicalu".

Skoro taki ten musical sławny i słynny, to dlaczego recenzentka nie ma zielonego pojęcia, że wystawiono go po raz pierwszy w roku 2002? Zatem by John Waters mógł go zekranizować, musiałby przenieść się w czasie o 14 lat wprzód, wrócić i wziąć się do pracy. Z tego co się jednak orientuję, prawda jest taka, że to broadwayowski musical powstał w oparciu o film Watersa, nie odwrotnie. Film Shankmana nie jest więc "nową", a pierwszą ekranizacją tegoż scenicznego musicalu.

Niniejszym nominuję panią Olę Salwę do naszej sławnej i słynnej nagrody Popkuriozum.

Piotr Dobry 

15:36, blog_esensja , Filmy
Link Komentarze (94) »
środa, 26 września 2007
Tylko pierwsza M jak miłość

W najnowszym numerze wybitnego czasopisma telewizyjnego "T jak Tydzień", ...znaczy: "Teletydzień" czytamy:

Andrzej Młynarczyk w "M jak miłość" będzie uczył Małgosię strzelać. Czy połączy ich uczucie? - mówi aktor, który występuje też w serialach "Tylko miłość" i "Pierwsza miłość".

Rany boskie, nie popieprzy mu się to wszystko???

Konrad Wągrowski

19:55, blog_esensja , Filmy
Link Komentarze (27) »
wtorek, 25 września 2007
Dobre rady
Przyzwyczaiłem się już, że tam gdzie zwykły czytelnik nie dostrzeże nic poza interesującą fabułą, rasowy krytyk literacki stworzy wielopoziomową interpretację, której konkluzje będą zupełnie oderwane od analizowanego tekstu. Mimo to zamarłem z podziwu dla p. Magdaleny Miecznickiej , która w recenzji najnowszej książki Mario Vargasa Llosy napisała:

„A więc nie można napisać ciekawej książki o ludziach, którzy czują się dalekimi krewnymi świata? Owszem, można. Ale trzeba by z ich dystansu zrobić świadomą zasadę. Wyostrzyć ich obcość, zintensyfikować świadomość własnej inności. A poczucie nieuczestniczenia musi być tak zrobione, żeby czytelnik nie mógł w nim nie uczestniczyć.”

Prawda, że nie jest trudno napisać wspaniałą powieść? Szkoda tylko, że p. Magdalena Miecznicka nie udzieliła tych rad pisarzowi przed napisaniem przez niego „Szelmostw niegrzecznej dziewczynki", bo powstałoby dzieło powalające krytyków na kolana...

Marcin Mroziuk
15:02, blog_esensja , Książki
Link Komentarze (2) »
Czytając CJC (2): w Kosmosie nikt ci nie odpuści dolara

Rozkoszuję się obecnie ponowną lekturą powieści Carolyn Janice Cherry, jednej z największych pisarek speculative fiction.

Czas ciążenia

 

„Czas ciążenia” rozpoczyna się od akcji ratunkowej. Kiedy jednak jeden z ratujących, urodzony na Ziemi Morris Bird, myśli o ocaleniu poszkodowanego, to drugi z nich, Ben Pollard, myśli o funduszach, które uzyska, przejmując ratowany statek.

Taką postawą Pollard od pierwszych stron budzi obrzydzenie. Ale w jego bezwzględnym pościgu za dolarem widać coś, co często umyka piszącym o eksploracji Kosmosu. Absolutną władzę pieniądza.

Poza Ziemią nic nie ma za darmo. Nie ma kawałka wolnego gruntu, haustu darmowego powietrza, kropli niczyjej wody – wszystko trzeba było ogromnym kosztem przywieźć lub wyprodukować. Ben Pollard urodził się i wychował w Kosmosie i w pełni tę prawdę pojmuje. Ludzki instynkt pomocy drugiemu został u niego zastąpiony świadomością ekonomicznej konieczności. Jeśli kiedyś wyjdziemy na stałe poza naszą planetę, nasi potomkowie też się z tą prawdą będą musieli zmierzyć.

 

Eryk Remiezowicz
09:58, blog_esensja , Książki
Link Komentarze (4) »
sobota, 22 września 2007
Czytając CJC (1): wszyscy jesteśmy paidhiin

Rozkoszuję się obecnie ponowną lekturą powieści Carolyn Janice Cherry, jednej z największych pisarek speculative fiction.

C. J. Cherryh (wikipedia)

Cykl o atevich obejmuje już dziewięć tomów, ale w Polsce wydano jedynie cztery pierwsze. Osią fabularną jest zderzenie ludzi z cywilizacją atevich, gatunku humanoidalnego, ale o kulturze i psychice znacząco od naszej różnej. Między te kamienie młyńskie trafia Bren Cameron, paidhi, tłumacz i pośrednik, człowiek zobowiązany do rozumienia obu kultur i pośredniczenia między nimi.

Cameron nieustannie musi napominać sam siebie, aby nie przypisywać atevim ludzkich postaw. Czasami zawodzi, antropomorfizuje, szukając w obcych uczuć właściwych naszemu gatunkowi, ale życie zmusza go do weryfikacji takiego myślenia. Wydaje mi się, że postawa ta nie jest jedynie pustą koncepcją, właściwą kontaktom kultur bardzo od siebie odległych. Wręcz przeciwnie: każdego dnia, przy każdej rozmowie winniśmy się zastanowić, czy nie powinniśmy dokonać takiej samej analizy.

Często wydaje się, że mówimy coś oczywistego, jasnego, że przecież ten drugi człowiek, połączony wspólnym językiem i kulturą, w lot pojmie nasze myślenie. Błąd. Tak naprawdę, wszyscy jesteśmy paidhiin, tłumaczami, którzy nie maja pewności, jak nasze wypowiedzi zostaną odczytane. Chcąc przekazać najprostszą nawet ideę musimy się dobrze zastanowić, co odczyta ten drugi, obcy, choć pozornie podobny.

Eryk Remiezowicz

21:43, blog_esensja , Książki
Link Komentarze (3) »
piątek, 21 września 2007
OMG WTF STFU THX BYE :P

Kolega podesłał mi dziś linka do filmiku na tubce, który ponoć jest zupełnie prawdziwą reklamą jednego z salonów optycznych. Reklama OK. Ale ciekaw jestem, czy zamawiający zdają sobie sprawę, co widnieje na tablicy, którą pokazuje "okulista"?

linka
 

Jeśli ta reklama jest prawdziwa, to chyba mamy pretendenta do Popkuriozum miesiąca.

Michał Kubalski

13:55, blog_esensja
Link Komentarze (14) »
O nadmiernym zanurzeniu w światy po katastrofie
 ...
 
Jadąc ostatnio drogą krajową nr 10, biegnącą środkiem Puszczy Bydgoskiej, zobaczyłem szereg ustawionych na poboczu samochodów. Potem drugi. I trzeci. „Co się stało? Kryzys, wojna, żałoba narodowa?” Jąłem wypatrywać oznak na twarzach ludzi stojących przy autach, Wściekłość to, czy rozpacz? Dlaczego tylu ich zjechało z drogi i stoi?
Grzybiarze. Cholerni grzybiarze. A ja wypatrywałem na horyzoncie atomowych grzybków.
Eryk Remiezowicz
 
09:47, blog_esensja , Varia
Link Komentarze (1) »
Drobiażdżek, acz irytujący

W naszej nieustającej walce z błędami i wypaczeniami w pisaniu o popkulturze dziś drobiażdżek, ale irytujący. W bieżącym numerze „Newsweeka” (38/2007) Robert Ziębiński pisze o wydaniu DVD „Infiltracji” Martina Scorsesego. Znajdujemy tam słowa: „Ta brutalna opowieść o mafijnej wtyczce w policji i tajnym policyjnym informatorze w mafii wbrew powszechnej opinii nie jest remakiem jednego filmu, a trzech – trylogii „Infernal Affairs”. I za to już należą się Scorsese wielkie brawa, bowiem rozwlekłą historię z tamtych filmów skumulował w jednej przewrotnej fabule”.

No fajnie, ale to po prostu nieprawda. Gdyby film Scorsesego miał być rzeczywiście remakiem całej trylogii, powinna się w nim znaleźć historia dziwnej przyjaźni szefa policji i szefa mafii (czyli tu: Nicholsona i Sheena), bo ona właśnie jest tematem drugiej części - prequela - „Infernal Affairs”. Historia u Scorsesego powinna też obejmować śledztwo po śmierci kreta w mafii (czyli tutaj: Leonardo di Caprio), bo to jest główny wątek części trzeciej. Faktem jednak jest to, że Martin Scorsese przeniósł na ekran fabułę tylko i wyłącznie pierwszej części „Infernal Affairs”, zmieniając nieco końcówkę. A zważywszy, że świetnie skonstruowany, zwarty film hongkoński trwa 101 minut, a amerykański remake aż 151, można stwierdzić, że jest zupełnie odwrotnie niż pisze Ziębiński – rozwlekłą historię mamy akurat u Scorsesego.

W sumie drobiazg, ale zirytowało mnie coś innego. Autor tekstu stara się wyraźnie sprawić wrażenie, że świetnie zna hongkońską trylogię, choć mimowolnie udowadnia, że jest dokładnie odwrotnie. Po jaką cholerę więc robić publicznie z siebie kłamczuszka?

Konrad Wągrowski

09:37, blog_esensja
Link Komentarze (9) »
środa, 19 września 2007
"Czy fantastyka jest ucieczką od rzeczywistości?"

To chyba najbardziej stereotypowe pytanie, jakie można zadać pisarzowi fantastyki. I najbardziej - niestety - częste.

Przed chwilą zadała je Anna Popek Jarosławowi Grzędowiczowi i Mai Kossakowskiej w Programie Pierwszym Polskiego Radia. Jeremiasz chyba zwątpił - wszak jego pierwszy felieton dla Nowej Fantastyki dotyczył bzdurności tego właśnie pytania - i scedował pytanie na żonę. Niestety, ani ona, ani on nie weszli w polemikę z błędnymi założeniami tego pytania, nie spytali choćby wrednie: "A czy kryminał jest ucieczką od rzeczywistości? A powieść historyczna?". Pani Popek bardzo się spieszyło, ale zajdlowemu małżeństwu udało się naprostować przynajmniej kilka jej naiwnych stwierdzeń. Niestety, nie to najczęstsze. Ale chwała im choćby za to.

Ciekawe, kiedy znowu usłyszymy pytanie o eskapizm fantastyki...

Michał Kubalski 

21:33, blog_esensja
Link Komentarze (13) »
sobota, 15 września 2007
Szanuj pracę redaktora swego. Nawet gdy jesteś producentem zabawek.

Mój pięciomiesięczny synek dostał właśnie w prezencie zabawkę "Moja pierwsza ciężarówka". Szmery-bajery, kuleczka na szczycie, obraca się, w kuleczce piesek, obok niby-światełka. A na pudełku opis tych cudów: "Kiedy dziecko popycha ciężarówkę, światła na dachu pojawiają i chowają chyba gasną byłoby lepiej się."

Wniosek: jeśli już zatrudniasz kogoś do redakcji notek na twoim produkcie, zadaj sobie trud przeczytania jego uwag przed puszczeniem tekstu do druku.

Michał Kubalski

09:50, blog_esensja
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3
Magazyn Esensja