Kategorie: Wszystkie | Filmy | Gry | Komiksy | Książki | Magazyn | Muzyka | Varia
RSS
sobota, 30 sierpnia 2008
Jeszcze o Batmanie. Jeszcze o Batmanie.
Mroczny rycerz
 

Wczoraj wreszcie udało mi się wyrwać na seans. No i faktycznie "Mroczny Rycerz" to świetny film i nie powiem w tym zakresie nic odkrywczego.

Ale.

Kumpel stwierdził, że wątek TwoFace'a był w sumie niepotrzebny. No i jednak się nie zgodzę. Raz, że ładnie wiąże on wątki Rachel, Jokera i Batmana, a dwa... Otóż to. Dwa. Wydaje mi się, że liczba 2 jest jednym z kluczy do tego filmu.

Przykłady:

- dualizm natury samego Batmana/Wayne'a;

- przeciwstawienie Batman-Joker;

- dwóch konkurentów do ręki Rachel;

- Biały Rycerz (Dent) i Mroczny Rycerz (Batman);

- dwa promy i na nich dwa wybory;

- moneta Denta i postać Two-Face'a;

- dwa miejsca i dwie osoby, które może uratować Batman;

- a nawet dwie historyjki Jokera o pochodzeniu blizn;

- i jeszcze pojazd Batmana dwa-w-jednym.

Fakt, że jest to drugi film Nolana z cyklu - nazwijmy go - "Batman Reinvented", także jest znaczący.

Ktoś miał podobne wrażenia i wnioski? A może jeszcze o czymś zapomniałem?

Michał Kubalski

14:28, blog_esensja , Filmy
Link Komentarze (6) »
czwartek, 28 sierpnia 2008
Jak napisać bardzo złe opowiadanie?

Popełniłam kiedyś poradnik dla początkujących autorów, którzy umieszczają swoje teksty na forach dyskusyjnych. A gdyby tak zawarte w nim uwagi potraktować jako anytrady i na tej podstawie stworzyć Najgorszy Tekst Świata? Spróbowałam. Oczywiście, żadna ze mnie Magdalena Samozwaniec (która genialnie sparodiowała Rodziewiczównę w swojej powieści „Na ustach grzechu”), daleko mi też do naprawdę najgorszych tekstów (takowe powstają tylko i wyłącznie spontanicznie, przy pełnym zaangażowaniu autora wierzącego, że tworzy dzieło wielkopomne i kwalifikujące się do natychmiastowego druku w ogólnopolskim czasopiśmie), ale może czytelnicy trochę się ubawią.

Oto rezultat. Oczywiście nie jest to opowiadanie – prawdziwe Najgorsze Teksty poznaje się po tym, że są początkiem z rozmachem zakrojonej powieści, która na wieki pozostaje niedokończona...

A działo się to w Królestwie Nimval, które miało 10000 lat i było roztoczone wokół przepływającej rzeki, zaś na północy obramowane górami. Rządził nim król Abrakus, który był mężny i sprawiedliwy. Miał 75 lat, a władał już od 50, było to więc bardzo długo, jednak nie tak długo, jak jego dziadek, który rządził przez 60 lat i umarł jak miał 99. Miał żonę, królową Betyan, która była bardzo mądra i niewymawialnie piękna.

W królestwie tym przebywał Guc. Stanowił on przykład odważnego wojownika, który miał więcej niż 25 lat i był bardzo silny, ponieważ w wieku 7 lat rozpoczął trenować walczenie mieczem oraz też inne rodzaje walki, jak np. wręcz, włócznią, z łuku itp. Czekał na polu za miastem, pod wielkim dębem, który był umieszczony na środku pola i miał dużo konarów. Kiedy tu przyjechał, to zsiadł ze swojego konia. Koń spokojnie objadał trawę, która rosła na ziemi i wymachiwał swoim ogonem, obraniając się w ten sposób przed muchami, które chciały usiąść na jego skórze w celu, żeby go ugryźć. Uśmiechnął się. Już wkrótce przybędzie tu jego elfi przyjaciel Mithrimiel, a naówczas przygoda stanie przed nimi otworem!

Nagle z oddali usłyszał na drodze gwałtowne tętnienie kopyt, które poinformowało go, że ktoś nadjeżdża. Tak! To był Mithrimiel, podążał z Południa gdzie leżało księstwo elfów. Leśne elfy mieszkały w pałacach wykonanych z żywego drzewa, które posiadały dużo pięknych rzeźbień w rozmaitych miejscach i były ozdobione klejnotami takimi jak: szafiry, rubiny, topazy. Wszystkie miały włosy z litego złota i oczy świetliste jak szmaragdy oraz patrzące w taki sposób, że zaglądały każdemu do jego jestestwa. Mithrimiel był jednak wyjątkiem, gdyż jego oczy były koloru szafirów, nikt nie wiedział, z jakiego powodu tak się stało, on sam też nie.

– Witaj Mithrimielu, mój przyjacielu – powitał Guc swojego przyjaciela, unosząc prawą rękę na wysokość głowy i machając nią.

– Niewzmożenie się cieszę, że cię widzę – odparł elf, który na swym szczerobiałym koniu przybliżał się wybujałym galopem w kierunku Guca. – Dostałem twój list, w którym napisałeś „Spotkajmy się pod wielkim dębem o 16:00”. Spowodowało to, że błyskawicznie dosiadłem rumaka mego, jechałem trzy dni i trzy noce i oto jestem. – powiedział Mithrimiel.

– To bardzo dobrze, że przyjechałeś, zaraz wyjawię ci, o co mi chodzi – rzekł zamaszyście Guc. – Ale to jest tajemnica! – dodał uprzedzająco.

– To bardzo interesujące – powiedział Mithrimiel tonem, który wskazywał, że jest on dość zaciekawiony.

Guc sięgnął swoją ręką do swojej kieszeni i wyciągnął zaśniedziały skraj pergaminu.
– To jest Starożytna przepowiednia, która była przechowywana w świątyni w naszym mieście. Nikt nie mógł jej przeczytać, lecz ja zakradłem się tam i ją zabrałem. Strzegło jej 30 strażników, ale dałem im do wypicia napar usypiający, który sam zrobiłem, i zasnęli. W ten sposób wykradłem tą przepowiednię. – zakończył Guc. – A napój ten wywołuje w swoich skutkach krótkotrwałą animozję, więc nie będą wiedzieli, że to ja go uczęstowałem – dodał.

– Ruszajmy zatem! – wydał okrzyk Mithrimiel, po czym obaj wzięli swe konie do galopu. Jechali tak przez cały dzień, gawędząc wesoło o dawnych latach, a wieczorem znaleźli polanę, na której rozbili obozowisko. Mithrimiel zabezpieczył je zaklęciami, aby nikt nie mógł się podkraść bez bycia zauważonym, po czym upiekli sobie na ognisku zająca, którego po drodze upolował elf. Mieli do niego także chleb, ziemniaki, ser żółty kozi i inne zakąski. Gdy skończyli jeść, to wyrzucili kości w krzaki, aby nikt nie zauważył, że tu byli. Następnie Guc popełnił pierwszą wartę, a elf położył się spać, jednak nie na długo, gdyż ciało elfów nie potrzebuje dużo snu. Rano zjedli na zimno to, co zostało z kolacji. Po czym Mithrimiel zaklęciem zgasił ognisko, a Guc wyczyścił rumaki i nałożył na nich uprząż. Wyruszyli dalej, po drodze zostali zaatakowani przez kilku zbójców, którzy rzucili się na nich samowtór, lecz Guc pokonał ich swą męską siłą. Przeżywali też inne przygody, lecz teraz nie czas o nich pisać. Po czterech dniach dojechali do miejsca wskazanego na mapie, która była załączona do przepowiedni.

Na okoliczność ewentualnych uwag krytycznych udzielam od razu zbiorczo standardowych odpowiedzi internetowych debiutantów, czyli: a skąd wiecie, może w tym świecie tak można; wszystkim moim znajomym się podobało, więc się nie czepiajcie, i: to jest literatura, a nie słownik do polskiego. :)

Agnieszka „Achika” Szady

15:15, blog_esensja , Książki
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 25 sierpnia 2008
Co oni przeskrob(low)ali?

Jak przystało na portal kultury popularnej idziemy z duchem czasu i uważnie śledzimy to, co zmienia się w niej najszybciej. Kiedyś muzyką wymieniano się poprzez rubryki dla czytelników w magazynach muzycznych. Przegrywane kasety przesyłano sobie pocztą, nierzadko dodając do nich wycinki z gazet. Teraz mamy last.fm i wszystko stanęło do góry nogami. Dziś, aby zarekomendować koledze ulubiony zespół, wystarczy kliknąć na jeden guziczek, by poznać się z innymi fanami tejże kapeli – drugi. Jeśli zaś chcemy popisać się muzyczną elokwencją przed uroczą koleżanką z równoległej klasy, nie musimy orbitować wokół niej na przerwie, nucąc najnowszy singiel Cut Copy – jeden rzut jej oka na nasze miesięczne statystyki spowoduje, że dziewczę z miejsca straci dla nas głowę.

Od wczoraj i my staliśmy się częścią tego najpopularniejszego wśród młodych (i nie tylko) odbiorców muzyki portalu. Dołączcie zatem do grupy Esensji na http://www.lastfm.pl/group/www.esensja.pl. Trapi Was zagadka, czego redaktor Franczak słucha przy porannym goleniu? Zastanawiacie się, na jakim koncercie najłatwiej spotkać Mieszka? Grupa Esensji zna odpowiedzi na wszystkie te pytania.

Jacek Sobczyński

16:13, blog_esensja , Muzyka
Link Komentarze (6) »
niedziela, 24 sierpnia 2008
Ale jazda!

Film mi się podobał (zaznaczam, że na oczy nie widziałam poprzednich dwóch filmów z mumią w tytule, więc siłą rzeczy nie mam do czego porównywać). W kategoriach Kina Nowej Przygody prawie dorównuje Jonesowi, który – nie zapominajmy o tym – ma niezwykle charyzmatycznego bohatera, a przecież Harrisonowie Fordowie na kamieniu się nie rodzą. Tutaj rodzinka głównych bohaterów jest sympatyczna, i to wystarczy, by kibicować jej przygodom. Co prawda tatuś na oko wygląda na niewiele starszego od swojego syna, ale po tylu filmach z matkami wyglądającymi jak starsze siostry swoich córek-licealistek jestem w stanie to przełknąć. Za to bohaterowie po bijatyce, przeciągnięciu za pędzącym rydwanem po asfalcie, strzelaninie, wyskoczeniu z wybuchającego auta i innych takich przygodach są rozczulająco starannie brudni i pokaleczeni, jakby twórcy filmu chcieli zawołać: “Patrzcie, to już nie te czasy, gdzie heroina po przepłynięciu bagna pełnego krokodyli nie ma nawet rozmazanych cieni na powiekach!”. I dobrze. Postaci drugoplanowe też przypadły mi do gustu, szczególnie w sympatyczny sposób cwaniaczkowaty i ciut ciamajdowaty brat głównej bohaterki.

Mumia 3

Pomysł z glinianą armią złego chińskiego władcy jest moim zdaniem nośny – wcale nie głupszy od indyjskich świętych kamieni albo zaginionej Arki Przymierza. Wszystko jak najbardziej w klimacie, pościgi po ulicach Szanghaju fajne, jazda wierzchem na terakotowym koniu bez głowy odpowiednio cyrkowa, fajerwerki na ciężarówce wybuchają jak trzeba i kiedy trzeba i ogólnie ubaw jest właśnie taki, jak powinien być na tego typu filmie. Przewidywalność rozwoju akcji (właściwie jeżeli ktoś obejrzał zwiastun, to trudno mówić o jakimkolwiek przewidywaniu...) nie przeszkadza, w końcu to nie powieść kryminalna.

Oczywiście są rozkoszne nielogiczności i wcale nie mówię o starożytnych klątwach czy naruszaniu praw fizyki, tylko o drobiazgach w rodzaju faktu, że chińska czarodziejka mieszkająca przez dwa tysiące lat w ukryciu w sercu Himalajów lat ni stąd ni zowąd doskonale zna angielski. No, ale to jest rzecz, która wpisuje się w konwencję filmów przygodowych. Tak naprawdę jedyną rzeczą, która mnie zirytowała, był cesarz przemieniony w trójgłowego smoka. Ja rozumiem, że “Dragon Emperor”, ale niechby chociaż był to smok chiński, a nie jak z siódmego tomu piątej części “Advanced Dungeons and Dragons”! Dla odmiany ubawiło mnie, że Yeti były wypisz-wymaluj podobne do strzygi na reklamie gry komputerowej o wiedźminie...

Efekty specjalne dobre, humor taki, jak powinien być, czyli bohaterowie nawet w obliczu śmierci co jakiś czas rzucają jakimiś bonmotami (ale nie do przesady), kiczowatość w normie, cesarz ładny, to znaczy, ładny jako żywy człowiek, a nie jako gliniana kukła zionąca ogniem. No i urocza scena, kiedy z grobowca wygalopował jego wierny rumak, strząsając z siebie po drodze resztki glinianej skorupy...

Wisienką na torcie były ładne, stylizowane grafiki na napisach końcowych, niemo streszczające  całą historię, a przed nimi – napis podsumowujący scenę, w której brat bohaterki opuszcza Chiny, bo ma ich już powyżej uszu. Ciekawe, czy informacja w nim zawarta sprawi, że wkrótce zobaczymy “Mumię IV”...

Agnieszka “Achika” Szady

15:51, blog_esensja , Filmy
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 19 sierpnia 2008
Pierwszy film o Bat-Manie czyli przygody Mrocznego Rycerza w latach 20.

Wiecie, że nakręcono „Batmana” przed wojną? Przepołowiony dwunastominutowy film „The Bat-Man” trafił jakiś czas temu na Youtube’a. Pierwsza jego część opowiada o powstaniu Batmana (wówczas jeszcze Bat-Mana) i objaśnia pochodzenie jego niesamowitych umiejętności:

 

Część druga wprowadza na scenę Jokera, Pingwina, Cat-Woman, Scarecrowa i R’as Al Ghula: 

A teraz parę słów wyjaśnienia. Tak, to prawda, że Batman powstał dopiero w 1939 roku, żaden więc film z mścicielem w pelerynie nie mógł powstać przed tą datą. Jednak wszystkie kadry z obu powyższych filmów są jak najbardziej prawdziwe. Tyle że pochodzą z rozmaitych filmów, wśród których znalazły się: „The Bat” (1926), „Człowiek śmiechu” wg Wiktora Hugo (1928), „Gabinet doktora Caligari” (1920), „Frankenstein” (1910), „Czarnoksiężnik z krainy Oz” (1910) i serial „Batman” (1943). Autorem powyższej składanki jest Andre Perkowski, który – używając technik filmu niemego – złożył w ten sposób hołd Bobowi Kane’owi i Billowi Fingerowi, rysującym przecież komiks o Batmanie właśnie w czerni i bieli. Hołd to bardzo piękny, bo „The Bat-Man” jest umiejętnie skonstruowany i opatrzony klimatyczną muzyką duetu Palker & Perkowski. I pomyśleć, że Perkowskiemu zlepienie tego filmiku zajęło tylko dwa dni...

Jarosław Loretz

11:37, blog_esensja , Filmy
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 14 sierpnia 2008
Diabli nadali

To był gorący dzień w Toruniu. Dosłownie i w przenośni.
Ojca Dyrektora od rana zasypywały setki listów, podań i druków, rozbrzmiewały dziesiątki dzwonków telefonów, potem audycja w radiu, bo trzeba było maluczkich życia nauczać...Słowem: prawdziwe piekło.

- Ojcze dyrektorze, ojcze dyrektorze!! - młody ksiądz właśnie wdarł się do gabinetu, zapominając z rozpędu zapukać w dębowe drzwi. - To oni, wracają, wracają!!!
O.D. poderwał się na równe nogi, aż spadły mu okulary.
- Kto, Żydzi? Masoni? Mówże, trzeba larum podnieść, kraju przed plagą bronić!!! - krzyczał duchowny.
- Nie, szataniści! - młody ksiądz pokazywał na trzymaną w ręce kartkę.
- To co mi dupę zawracasz - machnął ręką zrezygnowany O.D., klapnął na skórzany fotel i podniósł okulary. - Co i rusz się jakieś dziadostwo pojawi, jak nie mają pejsów, to mało mnie to obchodzi.
Młody stał jak wryty. Takiej reakcji się nie spodziewał, sądził, że O.D. wyda przynajmniej nakaz jakiejś małej krucjaty, a tu nic...
- Ale jak to? - zapytał prawie płacząc. - Hydra swój łeb podnosi, świat się kończy, moce ciemności zalewają Polskę, jak to? - niedowierzał.
- Hydra, śwydra - odparł ze zniecierpliwieniem O.D. i wyciągnął rękę po papier. - No dobra...S'thrash'ydło? Ciechanów? Ki diabeł? - mówił sam do siebie, czytając naprędce. - O, a to jakiś festiwal, rozumiem. Przyjadą, drzeć się będą, ci, no, mietalowcy. Wstyd normnalnie, że władze miejskie na takie głupoty pieniądze wydają. 40 tys. zł! Zamiast jakiś pomnik postawić. Już nawet nie musi być mój, nawet niech jakiś święty będzie. O! Ale widzę, że protest jest, że komuś zależy. „Apelujemy o niedopuszczenie do organizacji tej imprezy. Uważamy, że przyniesie ona więcej szkód niż korzyści zarówno uczestnikom, jak i miastu (...) Warto też wspomnieć o wpływie muzyki metalowej na słuchaczy. Dla człowieka poziom 80 dB (decybeli) jest progiem, od którego głośność dźwięku zaczyna być nieprzyjemna, natomiast powyżej 90 dB staje się szkodliwa. Na koncertach metalowych głośność muzyki dochodzi nawet do 110-120 dB. Element stylowy - beat ma znaczny wpływ na kondycję człowieka. Wywołane przez gitary basowe niskie tony z dodatkowym beatem powodują szereg zmian w płynie rdzeniowo-kręgowym. To z kolei bezpośrednio wpływa na gruczoł śluzowy, który kieruje wydzielaniem hormonów.” ** - brawo!
Tu wtrącił się młody kapłan, mimo, iż liczył się z ryzykiem ochrzanu.
- Są tam ludzie dobrej woli: dziennikarz Robert Tekieli, ks. Dariusz Oko, Dariusz Hryciuk z Centrum Przeciwdziałania Psychomanipulacji. Działają, dzielni są, chcą zdeptać, ukręcić żmii łeb, za długie włosiska ją wytargać... - zapalił się. Mówiąc wykonywał rękami sugestywny gest ukręcania żmiji łba.
- Co wy bredzicie młody? Żmija włosów przecież nie ma! - zirytował się O.D.
- A w "Rzeczpospolitej" też pięknie napisali, zacytuję Ojcu Dyrektorowi: ""Rzp": Czy muzyka połączona z przekazem treści satanistycznych może być niebezpieczna?
Marcin Zarzecki, socjolog religii z UKSW: - Tak. Już od starożytności wiemy, że muzyka ma moc przekonywania. Może być zatem nośnikiem treści ideologicznych. Satanizm zachęca często do czynienia zła i łamania prawa. W krajach skandynawskich istniała swego czasu organizacja terrorystyczna stawiającą sobie za cel niszczenie kościołów. Założyli ja właśnie muzycy blackmetalowi"**
O.D. uśmiechnął się z zadowoleniem i wskazał palcem na komputer. - Siadaj i pisz. Poprzemy protestujących, a do władz Ciechanowa napiszę, że obcym idolom służą. Zaapeluję też do słuchaczek, do naszego wiernego legionu i zobaczymy co wyniknie. I tyle. A potem przynieś mi notowania giełdowe, podobno hosanna ma nastąpić...

Szatan


***

To był gorący dzień w Ciechanowie.
Jarek vel Mordor, basista thrashdeathkurwametalowej kapeli Abblativus obudził się z potwornym bólem głowy. Szybko zebrał myśli: koncert, piwo, impreza, piwo, ognisko, piwo, dom kumpla, piwo...tyle. Więcej nie pamiętał. Żeby odświeżyć umysł sięgnął po omacku po puszkę "Wojaka". Wymagało to od niego nieludzkiego wręcz wysiłku, ale dopiął swego. Piwo było ciepłe i to go początkowo zniechęciło. Zastanawiał się nawet, czy warto. Jednak po krótkim namyśle doszedł do wniosku, że największą zaletą piwa, było to, że było piwem, co ostatecznie przekonało go do zrobienia "klik" zawleczką.
Syk otwieranego browara poderwał na równe nogi Maćka vel Dark Lorda, wokalistę thrashdeathkurwametalowej kapeli Abblativus.
- Daj - wymamrotał bezsilnie wyciągając rękę. Podobnie jak Mordor, nie oszczędzał się wczoraj.
Kilka łyków moementalnie poprawiło mu humor i przywróciło siły witalne. Mógłby góry przenosić, mógłby drzewa z korzeniami wyrywać, mógłby nawet do "Biedronki" po zgrzewkę pójść.

- Ale był koncert! Ósma edycja i tyle ludzi! Normalnie zajebiście - rozpromienił się na wspomnienie występu. - No i jaka organizacja. Psychoart pokazał klasę. A jak się te baby w moherach przed wejściem na scenę przyczepiły! Siwy dostał chyba od jednej po łbie torebką, nie?
Niestety, leżący obok siwy, perkusista thrashdeathkurwametalowej kapeli Abblativus, nie był chętny do responsu i nie mógł zweryfikować bądź sfalsyfikować tej informacji. Spał bowiem w sąsiednim łóżku, chrapiąc w najlepsze.
- Mnie też zaatakowały, ale olałem je - powiedział z dumą Mordor, choć wiedział, że kłamie. W głębi ducha bardzo się bał, żeby mohery nie zepsuły mu basu, który rodzice kupili mu na 18 urodziny. Obawiał się też, że babcie go tam na dół, pod scenę wciągną i łomot spuszczą, tak jak kiedyś jego babcia Helenka mu taki spuściła, kiedy był mały i zgubił jej kopertę z rentą, choć przecież nie chciał.
- S'thrash'ydło rządzi - oznajmił nagle wszem i wobec Dark Lord, beknął i wypił kolejny łyk piwa.
- No - przytaknął Mordor i dołączył do kolegi w akcie dopijania piwa. - I pomyśleć, że chcieli to odwołać, bo się jakimś palantom z satanistami pomyliło. Pfff, mam gdzieś i szatana i te ich katolickie zabobony.
Ale mówiąc to złapał na wszelki wypadek za dyndający na piersi krzyżyk, który ukrywał przed kumplami. Krzyżyk nie był odwrócony.

***

To był gorący dzień w piekle.
Szatan siedział przy biurku, co rusz poluzowując krawat. Odkąd przytył, strasznie ciężko było mu wytrzymać w robocie. Ale jak jest się szefem, to co można zrobić - wolnego nie ma. Oprócz tego, słabo stał ostatnio z duszami, a wpisywanie do rejestru ateistów nudziło go okropnie. Żadnego przyzwoitego seryjnego mordercy, zbrodniarza wojennego, tyrana i dyktatora. Gdzie Dżinigis Chan, albo choć jakiś Hitler czy Stalin?
No i jeszcze ten upierdliwy służbista w "Dziewiątce", który podkręcał temperaturę o 900 tys. stopni co minutę. Niech go diabli!
Pocieszały go tylko malutkie sukcesiki, ot błahostki codziennego dnia pracy. A to USA kogoś tam najechało w obronie Wolnego Świata, a to Muzułmanie ukamienowali pobratymca za małżeństwo niezgodne z szariatem. O, a to co? Festiwal w Polsce, doszedł do skutku, sataniści...O!
Złapał za telefon i warknął krótko „do mnie!"
W czasie krótszym niż ostatnie westchnienie grzesznika stał przed nim Boruta.
- Ta, szefie - zapytał ze spojrzeniem, które zdradzało dwie bezgraniczne rzeczy: głupotę i uwielbienie.
- Ten festiwal to u ciebie? - zapytał oschle Szatan.
- U mnie, wielka impreza, The Thorn, Acid Drinkers, Rootwater, Trauma -czołówka metalu...- zaczął pieczołowicie wymieniać pomagier.
- ...dobra, dobra - przerwał mu szef. - Ofiary w ludziach, czarne msze, zbiorowe gwałty?
- Errr, no, nie, raczej nie... - Boruta zwinął się w kłębek. Wiedział czym grozi złość szefa, do tej pory ludzie zastanawiają się, co to za wybuch zgładził dinozaury.
- Kota choć, kurde, zjedli?! - zapytał rozgniewany Książe Ciemności. Na północnej półkuli właśnie zdarzyły się dwa trzęsienia ziemi.
- Nnnniiiee - pisnął diabeł i prawie zniknął. Spodziewał się najgorszego.
- Czyli co, żadnego prawdziwego wyznawcy, sami niedzielni sataniści, jak ten ciota, LaVey? - grzmiał Szatan. W tej samej chwili w Japonii wybuchł wulkan.
Boruta tylko pokręcił głową, choć nie było tego widać, gdyż był mniejszy od ucha igielnego.
Zamiast eksplozji gniewu i furii, Szatan westchnął ciężko i usiadł z powrotem, syknąwszy z bólu. Dokuczały mu hemoroidy.
- Trudno, przynajmniej pokazali moje logo - stwierdził z rezygnacją. A do wychodzącego szparą pod drzwiami Boruty krzyknął:
- I podnieść temperaturę na ósmym kręgu. Nie są tu na wczasach w Islandii! Rozpieszcza ich ten Rokita!
Zza drzwi dało się słyszeć malutkie i cichutkie „ta jest, szefie".


* Festiwal S'thrash'ydło odbył się w sobotę 9 sierpnia w Ciechanowie na Błoniach Zamku Książąt Mazowieckich.
Zagrali The Thorn, Acid Drinkers, Rootwater, Trauma, Pandemonium, Squash Bowels, Dragon's Eye, Neyra, Smirnoff, Headbanger (PL) oraz Siepacz
** Cytaty z "Rzeczpospolitej": "Satanizm dobrze się sprzedaje" i "Przystanek Szatan?" z 8 sierpnia 2008 r. i strony www.fatimska.pl

Rydzyk

 

Paweł Franczak

14:18, blog_esensja , Muzyka
Link Komentarze (9) »
niedziela, 10 sierpnia 2008
Wall-E?... Wall-E!

Wbrew temu, czego się spodziewałam po recenzjach i zwiastunie, “Wall-E” nie jest historią “prostego śmieciarza zakochanego w pani doktor”, jak to określił pewien dziennikarz. Stwierdzenie to mogłoby sugerować, że główną częścią akcji będzie najpierw przełamywanie różnic społecz... znaczy, technicznych, a potem być może jakieś represje, które ze strony maszyn nowej generacji spotkają naszego bohatera w statku-bazie (o tym, że Wall-E tam trafi, wiadomo z pewnej sceny w zwiastunie). Oprócz historii miłosnej dostajemy bowiem intrygę sensacyjną, może niespecjalnie skomplikowaną, ale za to o dość zaskakującym początku, potem napakowaną pościgami, skradaniem się, a nawet walkami.

Wall-E

Robocik jest przesympatyczny – niesamowite, jak “ludzkie” efekty mimiczne można osiągnąć ukazując tylko poruszanie imitujących oczy kamer oraz gesty rąk (no, metalowych wysięgników, ale wyglądają prawie całkiem jak ręce). Początki zostały zrobione w “Krótkim spięciu”, gdzie główny bohater – robot Johnny Five też “robił miny” przechylając głowę i unosząc blaszane “brwi”. No, a ileż emocji potrafią przekazać Wall-E i Eva tylko poprzez wypowiadanie swoich imion z różną intonacją!

Najbardziej niesamowita w tym filmie jest oprawa graficzna, przekraczająca wszystko, co do tej pory widywaliśmy. Początkowe sceny, z małym, zdezelowanym robocikiem dzielnie przemierzającym opuszczoną metropolię z górami sprasowanych śmieci ułożonymi na kształt dodatkowych wieżowców, są tak realistyczne, że bez trudu mogłabym uwierzyć, że to film kręcony w prawdziwych dekoracjach ze zdalnie sterowaną maszynką. Później dostajemy przepiękne wizualnie ujęcia głębi Kosmosu, a na deser, czyli na napisach końcowych – sceny odbudowywania cywilizacji, naśladujące ewolucję sztuki obrazkowej: od rysunków naskalnych poprzez greckie i egipskie malowidła, bizantyjskie mozaiki aż do impresjonistycznych wizji w stylu van Gogha i Moneta.

Przed seansem “Wall-Ego” emitowany był – jak to zwykle bywa z produkcjami Pixara – krótki filmik animowany bez słów, o magiku wyciągającym królika z cylindra. Coś pieknego. Sztuczka polega na tym, że cylinder ma magiczno-teleportacyjne połączenie z czarodziejską tiarą, którą ma na łebku stojący za kulisami króliczek. Ale biały futrzak nie dostał przed występem marchewki, więc domagając się jej robi swojemu szefowi okrutne dowcipy: przystawia tiarę do kontaktu elektrycznego, wrzuca do niej koniec rozkładanej drabiny albo pułapkę na myszy itp. Publiczność oklaskuje dręczonego magika, sądząc, że to wszystko zaplanowana część programu. Brutalne, ale naprawdę bardzo śmieszne. Polecam.

Agnieszka „Achika” Szady

10:59, blog_esensja , Filmy
Link Komentarze (5) »
piątek, 08 sierpnia 2008
Niech nas zobaczą!

Spekulacje i domysły trwały miesiącami. Jedni mówili, że za tą enigmatyczną postacią kryją się Aphex Twin tudzież Norman Cook (znany bardziej pod pseudonimem Fatboy Slim). Inni podejrzewali o to wszystkich, wliczając członków rodziny i ludzi z najbliższego otoczenia. Ale czy, przykładowo, sąsiad spod piątki potrafiłby nagrać tak dobre płyty? Gdy atmosfera dociekań gęstniała z dnia na dzień on postanowił się ujawnić. I tak oto od wtorku wiemy że autor chyba najciekawszej płyty ubiegłego roku, „Untrue”, dotychczas znany jako Burial naprawdę nazywa się William Bevan. A wygląda tak:

 

 

Dla przypomnienia, oto okładka „Untrue”. Dostrzegacie podobieństwo?

 

 

Teraz czekamy na ujawnienie się Piotra Kaczkowskiego, Józefa Tkaczuka i Thomasa Pynchona. Jak szaleć to po całości.

Jacek Sobczyński 

09:49, blog_esensja , Muzyka
Link Komentarze (10) »
czwartek, 07 sierpnia 2008
100 bilionów euro - powiedzmy to głośno!

Jak się okazuje, Dan Brown miał jednak rację. Templariusze nie zaginęli w pomroce dziejów, żyją i mają się dobrze. A może będą się mieli jeszcze lepiej, bo właśnie złożyli w Hiszpanii pozew przeciwko papieżowi, z żądaniem odszkodowania w wysokości - bagatelka - 100 bilionów eurosów. Na taką kwotę wycenili szkody, jakie poniósł ich zakon w wyniku zawieszenia jego działalności przez papieża Klemensa V w 1312 r. i przejęcia majątku przez inne zakony lub władców świeckich.

Oczywiście, trudno z pełnym przekonaniem mówić o Stowarzyszeniu Suwerennego Zakonu Świątyni Chrystusowej jako o prawdziwych templariuszach. Trudno także uznać ich za jedynych czy wyjątkowych spadkobierców zakonu, skoro - pomimo jego likwidacji w większości państw europejskich - w Portugalii templariusze zmienili jedynie "logo", przyjmując miano Zakonu Rycerzy Chrystusa i funkcjonując (w świeckiej i zreformowanej postaci) do dziś. Inny zakon, Najwyższy Zakon Rycerski Świątyni Jerozolimskiej, również uznający się za dziedzica Zakonu Ubogich Rycerzy Chrystusa i Świątyni Salomona, ma dzisiaj nawet swoich przedstawicieli w ONZ.

Rzekomi templariusze zarzekają się, że nie chcą bankructwa Kościoła katolickiego, a jedynie rehabilitacji dobrego imienia zakonu, zaś kwota 100 bilionów euro ma tylko uzmysłowić sądom hiszpańskim i opinii publicznej ogrom poniesionych strat. Jednak trzeba przyznać, że współcześni rycerze wybrali na pole walki o opinię i kasę dobry teren - zapaterowską, nastawioną antyklerykalnie Hiszpanię. Kto wie, może nawet uda się im ugrać coś w tym na pierwszy rzut oka absurdalnym procesie?

Wypada przeprosić się z literaturą popularną i coś niecoś poczytać o tych templariuszach, joannitach i innych krzyżowcach. A może w następnym ruchu reformowani Krzyżacy zażądają zwrotu Malborka?!

Michał Kubalski

23:39, blog_esensja , Varia
Link Komentarze (8) »
wtorek, 05 sierpnia 2008
Spotkanie z Batmanem
To było parę ładnych lat temu. Wczasowaliśmy się z przyszłą żoną nad polskim morzem i pewnego pochmurnego dnia postanowiliśmy wybrać się do wesołego miasteczka. Atrakcji nie było wiele. Zaliczyłem tzw. młot (narzeczona się bała), ustrzeliłem pluszaka i już mieliśmy się zwijać, kiedy nagle... zobaczyliśmy JEGO! Oczywiście natychmiast podbiliśmy, bo z NIM nigdy nic nie wiadomo - jeszcze dostanie sygnał od Gordona i zaraz pryśnie...

Po wymianie uprzejmości ("Co tam w Gotham?", "Joker wciąż w Arkham?") poprosiłem o pamiątkową fotkę. Trochę się zdziwiłem, że multimilioner bierze piątaka od sztuki, ale co tam. Zapozowaliśmy przy batbike'u (!) i tu drugie zdziwko - zauważyłem, że gdyby nie uszy i buty na obcasach, byłby ode mnie niższy:

Ale nic to. Taki czy siaki i tak zapewnił mi tamtych wakacji prawdziwie transcendentalne przeżycie. Nigdy Cię nie zapomnę, Bruce.

Piotr Dobry
O Batmanie w Esensji:
Mrok nad Gotham - recenzja "Mrocznego Rycerza"
Saga o Mrocznym Rycerzu - tekst o filmowych przygodach Batmana
Batman - rysunek Macieja Pałki
La Jokeconda - rysunek Michała R. Wiśniewskiego
13:05, blog_esensja , Filmy
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2
Magazyn Esensja