Kategorie: Wszystkie | Filmy | Gry | Komiksy | Książki | Magazyn | Muzyka | Varia
RSS
czwartek, 30 sierpnia 2007
Jesień żywych trupów

Idzie wrzesień. Będzie chłodno, deszczowo, coraz mroczniej, melancholijnie. Czy może być lepsza pora na ekspansję żywych trupów? Oczywiście, że nie może, toteż z przyjemnością donoszę, że dla fanów zombiaków, inaczej niż dla ludzi, hmm, nazwijmy ich normalnymi, Święto Zmarłych zaczyna się już teraz.

Zombie Survival

Właśnie ukazał się na rynku „Zombie survival”, czyli „podręcznik obrony przed atakiem żywych trupów”. Pod tą dowcipną, napisaną lekkim, żywym (!) językiem, całkiem pokaźną (400 str.) książką nie mógł podpisać się byle kto i tak jest w istocie – autor Max Brooks to syn słynnego Mela i chłopak na szczęście – analogicznie do Owena, syna słynnego Stephena – pewne talenta odziedziczył w genach. Jak wiadomo, są i tacy, co to pewne talenta dziedziczą w genach na nieszczęście – jak na przykład Roman, syn słynnego Macieja, ale to już inna bajka. Chociaż też nie do końca – wszak od pewnego czasu po sejmowych korytarzach snują nam się, wypisz, wymaluj, żywe trupy, i w najbliższych miesiącach okaże się, które z nich będą nas dalej straszyć, a które poniosą polityczną, tym razem już nieodwracalną śmierć.

Tak czy siak, gorąco zachęcam do sięgnięcia po ten poradnik, by nie dać się zaskoczyć, jak Shaun z „Wysypu żywych trupów”, kiedy nagle nasz kumpel, ojczym czy, co gorsza, matka zamieni się w zombie. Że bzdura? Stosunkowo niedawno bzdurą wydawał nam się rząd złożony z wieśniaków i kryminalistów. Zresztą, proszę spojrzeć, taka Danuta Hojarska już została ugryziona i nikt nawet nie kiwnął palcem, by ją jakoś odseparować od reszty społeczeństwa.

Danuta Hojarska

Odseparowują za to w kinie autorzy świetnego zombie-movie „28 tygodni później”, nadzwyczaj udanego sequela filmu Danny'ego Boyle'a, który wchodzi na ekrany ostatniego dnia sierpnia. Za to o „Nocy żywych trupów 3D”, czyli remake'u remake'u (!!), który właśnie wyszedł na DVD, nie da się powiedzieć wiele dobrego. Film ma się tak i do „Nocy żywych trupów” Romera, i do „Nocy żywych trupów” Saviniego, jak „Szczęki 3D” do „Szczęk” Spielberga; jest zrobiony chałupniczo, chaotycznie i po prostu tak ch...owo, że prędzej czy później na bank trafi pod ostrza krytyki Jarka Loretza – naszego esensyjnego speca od recenzowania filmów tak złych, że nawet nie śmiesznych, tylko osłabiających.

Noc żywych trupów 3D

Podejrzewam, że niewiele lepszy okaże się „Resident Evil: Zagłada”, który wchodzi do kin 19 października, chociaż tutaj możemy się spodziewać profesjonalnego wykonania, no i przede wszystkim chętnie eksponowanych walorów Milli Jovovich, zaś jedyną szerzej kojarzoną twarzą „Nocy żywych trupów 3D” jest zerkający na nas z okładki Sid Haig, wątpliwej urody weteran kina klasy B, który ostatnio przeżywa drugą młodość dzięki występom w „Domu 1000 trupów” i „Bękartach diabła” Roba, nomen omen, Zombie.

Za to tydzień przed triquelem „Resident Evil” na ekrany zawita wreszcie długo wyczekiwany „Planet Terror” Rodrigueza, czyli zombie na wesoło, co nie znaczy, że nie na krwawo – fani gatunku na pewno będą wniebowzięci, fani dobrych komedii w gwiazdorskiej obsadzie też powinni (Bruce Willis gra tu żołnierza, który przez przypadek... zastrzelił bin Ladena – priceless!).

Żywe trupy

Osobiście jednak najbardziej się cieszę, że chyba nareszcie wyklarowały się plany dotyczące przekładanego w nieskończoność wydania kolejnych części genialnej komiksowej serii Roberta Kirkmana „Żywe trupy”. Jeśli wierzyć zapewnieniom wydawcy, czwarty odcinek cyklu już na 100% ukaże się w październiku, a piąty – w lutym. I oby tak było, bo od lipca zeszłego roku, kiedy to na rynek trafiła część trzecia, mój apetyt wzrósł już tak bardzo, że jeśli w październiku „Żywe trupy 4” jednak nie wyjdą, będę musiał kogoś zeżreć. Poważnie. Więc lepiej miejcie gdzieś pod ręką „Zombie survival”. No i koniecznie poćwiczcie tutaj.

Piotr Dobry

12:32, blog_esensja , Filmy
Link Komentarze (7) »
środa, 29 sierpnia 2007
Houston, mamy problem.

Najpierw linka.

Zazwyczaj, z racji wyuczonego i wykonywanego zawodu prawnika, jestem jak najdalszy od złośliwego czy krytycznego komentowania wyroków sądów i trybunałów RP, zwłaszcza takich gremiów jak Sąd Najwyższy czy Trybunał Konstytucyjny. Zwykle orzeczenia tych sądów poprawiają, a nie psują prawną rzeczywistość, którą zafundowali nam, pożal się Boże, posłowie.

Teraz jednak mam problem. Co więcej, ten blog ma problem, Esensja ma problem, a bardzo prawdopodobne, że i Wy, PT Czytelnicy, macie problem. Wystarczy, że macie stronę internetową czy bloga, na których co jakiś czas dodajecie jakieś nowe treści. Bowiem Sąd Najwyższy w uzasadnieniu do postanowienia z 26 lipca 2007 r. (sygn. akt IV KK 174/07, uzasadnienie będzie w pełni znane po 10 września) uznał, że jeśli strona internetowa nie tworzy zamkniętej jednorodnej całości i jest aktualizowana co najmniej raz w roku, to jest prasą. Gdy nowe informacje pojawiają się na stronie częściej niż raz w tygodniu, to mamy do czynienia z dziennikiem, jeśli rzadziej, to z czasopismem. Zarówno jedno, jak i drugie trzeba zarejestrować. Jak informuje Rzeczpospolita, "za wydawanie dziennika lub czasopisma bez rejestracji grozi grzywna, a nawet ograniczenie wolności. Co ważniejsze jednak, osoba prowadząca stronę w Internecie jest de facto redaktorem naczelnym z wszystkimi wynikającymi z tego obowiązkami, m.in. obowiązkiem publikowania sprostowań i odpowiedzialnością za teksty, w tym wpisy internautów. O tym, jakie będą konsekwencje postanowienia, zdecydują prokuratura i policja, gdyż to one będą decydować o ewentualnym ściganiu autorów stron WWW."

I co teraz? Podstawowa zaleta Internetu, jaką jest łatwość wypowiedzi, brak formalności i cenzury, w tej chwili w Polsce zanika. Teraz za każdego trolla może "beknąć" prowadzący bloga czy forum, za botowego posta z linkiem do hard porno można odpowiadać przed prawem, a zwykłe klikanie po pracy staje się oficjalną, zarejestrowaną i kontrolowalną działalnością. Skoro trzeba zarejestrować - to można i skontrolować, właściciela kontrowersyjnej strony skutecznie zidentyfikować, a potem np. pozwać lub inną pomstę wywrzeć.

Jak to odbije się na np. krytyce samorządowych urzędników na blogach i niezależnych forach, która wobec uwikłania mediów lokalnych bywa jedyną dostępną formą krytyki? Czy niezależne serwisy recenzyjne będą teraz musiały rezygnować z nieoficjalnego korzystania z krążących w sieci zdjęć, cytatów, fragmentów filmów? Czy spora część lub nawet większość niezależnych stron, stykając się z obowiązkiem rejestracji i "odtajnienia" swoich danych, a także z koniecznością monitorowania działalności swoich użytkowników, nie zrezygnuje z dalszej aktywności lub przejdzie na serwery zagraniczne? Czy amatorscy nowi "redaktorzy naczelni" dadzą sobie radę ze spadłymi na nich z jasnego nieba obowiązkami?

Oczywiście orzeczenia Sądu Najwyższego obowiązują jedynie w sprawie, której dotyczą - w Polsce nie ma prawa precedensowego. Jednak autorytet SN jest tak duży, że sądy powszechne zazwyczaj idą linią orzeczniczą przezeń wskazaną. Tak więc - czarno to widzę.

Michał Kubalski

13:20, blog_esensja
Link Komentarze (16) »
wtorek, 28 sierpnia 2007
Może lepiej niech się Polacy nie bawią

Jesteśmy narodem chłopów, niedawna od pługa oderwanych. I niestety, bardzo widać to po formach naszej zabawy. Śpiewać nie za bardzo umiemy, tańczyć również, za to testosteron aż kipi. Podlany alkoholem, prowadzi do przemocy i agresji, która zazwyczaj jest nieodłącznym elementem zabawy.

Pal licho, gdyby ograniczało się to do piłkarskich stadionów i sztacheta-disco w Pierdziszewie Dolnym. Ale jak sobie poczytam o co niektórych Juwenaliach… zgroza.

Elita przyszła, doprawdy.

Więc może zacznijmy się bawić tak za jedno, dwa pokolenia, jak już będziemy umieli coś więcej.

Eryk Remiezowicz 

11:02, blog_esensja , Varia
Link Komentarze (2) »
Polak umie się bawić. Ale zwykle się boi.

No to jak już tak komentujemy wsobnie...

Polak potrafi się bawić. Ale przy tym spętany jest siecią konwenansów, zwyczajów, społecznych i rodzinnych oczekiwań, presji otoczenia itepe, itede. I czasem chciałby poszaleć, ale tak naprawdę, lecz zaraz znajdzie się ktoś, kto mu syknie: "Trza być w butach na weselu!". I zapał siada, i konformizm rośnie, i smutek opanowuje.

I to nie chodzi o darcie mordy po pijaku (tu mamy już pewne godne odnotowania osiągnięcia, wbrew temu, co napisał kolega Marcin), nie chodzi o skakanie jak szympans na widok banana do rytmu walącego z fury (a tego u nas nie doświadczymy na każdym skrzyżowaniu?), nie idzie o radosne dupczenie bez konsekwencji (polecam lekturę tekstów zespołu Boys, ponoć megapopularnego obecnie w narodzie: Biba czy Figo fago) - jak widać, tego wszystkiego mamy w Polsce - wbrew tezie kolegi Marcina - pod dostatkiem.

I nie chodzi także o naśladowanie innych narodów. Czemu indywidualna radość i taniec uznawane są za pozerstwo, wariactwo czy świętokradztwo? Idzie raczej o możliwość nieinwazyjnego (bo nie piszę o sikaniu na środku Krupówek) uwolnienia swojej indywidualności, autoekspresji. O to, żeby nie patrzeć jak na wariata na kogoś, kto słysząc fajną muzykę, pokiwa sobie głową czy stojąc pod sceną, potańczy. O to, żeby ta sieć konwenansów została nieco uchylona. I o to, żeby ktoś tańczący czy radosny nie był z automatu uznawany za pozera naśladującego niemieckie parady czy amerykański "keep smiling!".

"Grunt, to być jak każdy inny. I jeśli ten inny nie ma ochoty się bawić, to Polak ma psi obowiązek robić to samo. Czyli stać jak kołek" - czy na razie nie jest właśnie tak? Obowiązuje konformistyczny smutek - "bo taka jest natura Polaków". A właśnie że nie jest. To tylko konformizm, który kolega Marcin tak zdecydowanie zarzuca jako paskudny i zły. No, to trzeba być konsekwentnym - nie nakazywać wszystkim tańczyć i śpiewać, gdzie popadnie - ale przyzwolić na to.

Bo w sumie - czemu nie? Taniec i śpiew naprawdę są fajne. A smutny konformizm jest fajny inaczej.

Michał Kubalski

09:46, blog_esensja , Varia
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 27 sierpnia 2007
Polak bawić się ma psi obowiązek?

Jeszcze mi się to chyba nie zdarzyło, więc z tym większą ochotą korzystam z okazji. Chciałbym mianowicie dość zdecydowanie odnieść się do notki, którą zamieściła moja redakcyjna koleżanka, dając wyraz smutkowi, a może nawet i irytacji wynikającej z faktu, że jeśli chodzi o zabawę, Polacy nie są tak spontaniczni jak inne nacje. Są to excusez le mot srułki, które zawsze podnoszą mi ciśnienie, ilekroć je słyszę.

Z tekstu wynika, że najwyraźniej Polacy cóż to za myśl straszna, aż ciary po plecach biegną! są zdania, że na wszystko jest miejsce i czas. Mają czelność uważać, huncwoty, że gdy przychodzą gdzieś posłuchać muzyki, wystarczy, że będą wtedy pracować ich uszy, a reszta ciała spokojnie sobie postoi, i co za bezczelność! nie uważają faktu, że gdzie indziej na świecie robią inaczej, za poważny argument. A przecież taniec jest taki ładny, amerykancki. Szkoda.

Polacy mają niewątpliwie wiele skandalicznych niedociągnięć. Prócz niedostatku niegasnącej chęci do gibania jest jeszcze brak nawyków do darcia mordy w pubie. Widział ktoś coś takiego? Co to w ogóle za pomysł wyskakiwać do barów, żeby sobie tak zwyczajnie i po prostu z kumplami porozmawiać?! "Groza" jak celnie zauważył umierający pułkownik Kurtz. A może by tak olewać wszystko i wszystkich, jak Latynosi? Przecież to tak zabawnie i śmiesznie brzmi, jak Cejrowski o tym prawi, że kwadrans i doba to u nich jeden czort. Dlaczego u nas tak nie jest? A karnawał? Żałość. W Brazylii, o! to to dopiero odlot! Całe miasto tańczy, potem się na potęgę wszyscy dupczą, kolorowo, wesoło, uciesznie. I cały świat na to patrzy z zachwytem, nie ma takiej stacji telewizyjnej, która by nie zrobiła z tego newsa. Nie mogłoby tak być u nas?

Gdyby chodziło o cechę nieróbstwa czy kombinatorstwa, które mają bezpośrednie przełożenie na stan państwa i kondycję polskich rodzin, mógłbym to utyskiwanie, jak i pokazywanie wzorców z innych kultur czy państw, zrozumieć, a i pewnie podzielić. Ale nie potrafię zrozumieć, że Polakom nie można już nawet decydować o tym, kiedy i jak chcą się bawić, a kiedy chcą się nie bawić, żeby zaraz ktoś nie przyleciał ze suwmiarką i nie zmierzył, jak bardzo odstają od wzorców wykutych z innych krajach. Bo najlepiej, żeby znowu nastały jak to pięknie ujął profesor Ryszard Legutko "czasy wielkiej imitacji". Jak to by było cudnie, gdyby wszyscy i wszędzie na dźwięk harmonijki, albo jakiejś "unc-unc-muzyczki" walącej ze stojącej na światłach fury, zaczęli skakać niczym szympans na widok banana. Bo przecież gdzie indziej tak robią, tańczą na ulicach! No jak nie, jak tak!

Grunt, to być jak ktoś inny. I jeśli ten ktoś inny ma ochotę bawić się, gdzie popadnie, to Polak ma psi obowiązek robić to samo. Dziękuję bardzo, ale jak to mawiał mój kolega z klasy "pie...lę takie na ramię broń". Nie mam ochoty, żeby mi jakiś dupek łaził z gitarą pomiędzy grobami moich dziadków, a reszta rodzinki śpiewała i popijała winko. Nawet jeśli w Meksyku tak właśnie obchodzą Wszystkich Świętych, bo taką mają mentalność.

Może i taniec jest fajny. Ale ponad wszelką wątpliwość jest jedna rzecz dużo gorsza, niż niechęć do niego i brak spontanu. Jest nią pozerstwo, w które zmieniłoby się małpowanie obcych, zupełnie nie przystających do naszej natury obyczajów i zachowań.

Marcin Łuczyński

19:55, blog_esensja , Varia
Link Komentarze (7) »
sobota, 25 sierpnia 2007
Polak bawić się nie umie?

 Naprawdę zaszaleć!

W Lublinie odbył się kilka dni temu Jarmark Jagielloński (swoją drogą, fantastyczna impreza, sprawozdanie wkrótce znajdzie się w dziale Varia) – oprócz rękodzielników, teatrów i kuglarzy uświetniły go występy kapel folkowych z różnych krajów. Szczególną popularnością wśród publiczności cieszył się zespół portugalski oraz węgierscy bębniarze wygrywający hipnotyzujące, dzikie rytmy. Każdy z występów przyciągał tłumy, lecz – co dość charakterystyczne – były to tłumy bierne, nieruchome i wręcz ponure.
Typowe. Ile razy na ulicy polskiego miasta pojawi się muzyka – czy to w postaci indiańskiej orkiestry z Andów czy festynu lokalnej stacji radiowej – tyle razy zaobserwować można, że nasi rodacy słuchają jej owszem, chętnie, ale w postawie niemal na baczność i z kamiennymi twarzami. Pamiętam motyw często przewijający się w opowieściach ludzi, którzy wyjeżdżali do Włoch czy Hiszpanii w czasach, kiedy jeszcze było to wielką rzadkością: “...i wyobraź sobie, oni tam tańczą na ulicach! Normalnie stoi jakiś facet z akordeonem i gra albo włączą sobie magnetofon i TAŃCZĄ!”. Turyści wyjeżdżający do Anglii i Niemiec z podobnym zdumieniem graniczącym z szokiem kulturowym opowiadali o tubylcach śpiewających w pubie – i to w dodatku niekiedy na trzeźwo!

Nie do pomyślenia, prawda? Tańczyć na ulicy, tak przy wszystkich. Polak z mlekiem matki wysysa informację, że tańczyć wolno wyłącznie w miejscach do tego przeznaczonych, na przykład na weselu, na studniówce czy w ostateczności na jakiejś imprezie. A jeżeli nie wyssie, to otoczenie prędko go nauczy właściwego zachowania – mnie pierwszej lekcji udzieliła przyjaciółka z liceum, kiedy to na wypadzie do Zamościa trafiłyśmy na festyn jakiegoś radia. Tłum ludzi na rynku, muzyka w stylu disco-polo, ja zaczęłam się radośnie gibać w jej takt, a przyjaciółka syknęła z furią: “Oszalałaś??” jakbym dopuściła się nie wiadomo jak nieprzyzwoitej rzeczy i jeszcze na dodatek ją skompromitowała. No fakt – w Polsce tańczy się w pomieszczeniu zamkniętym albo na koncercie rockowym gdzieś na odludziu, a nie w środku miasta, bo co sobie ludzie pomyślą. 

W czasie ostatniego występu Węgrów rozejrzałam się po publiczności, której na Placu po Farze zebrało się co najmniej ze dwie setki. Kapela grała na bębnach i piszczałkach, trefniś z paroma dwórkami wywijali hołubce, facet z tamburynem skakał i gestami zachęcał publiczność do klaskania w rytm. Ludzie tymczasem stali nieruchomo, z ponurymi minami i w zasięgu wzroku – a widok, stojąc na murku, miałam niezły – widziałam zaledwie trzech młodzieńców, dwie nastolatki i jedną starszą panią dość nieśmiało klaszczących do taktu. Osób, które ośmieliły się podrygiwać w takt muzyki, były na placu dwie. Słownie: dwie. Moja koleżanka z klubu fantastyki i ja (jak wiadomo, fantaści to ludzie niezupełnie normalni). Reszta wyglądała tak, że gdyby zrobić im zdjęcie i wkleić do informacji o uczczeniu jakiejś tragedii minutą ciszy – pasowałoby w sam raz. Poważny tatuś trzymał na barana poważną trzylatkę, u jego stóp poważny siedmiolatek z ośmiolatką dzierżyli w dłoniach baloniki na druciku, poważne małżeństwo z powagą fotografowało kapelę za pomocą komórki, grupka poważnych licealistek stała sztywno z założonymi rękami jakby chciały się bronić przed zbytnią wesołością...
Szkoda. Taniec jest fajny.

Agnieszka Szady

20:35, blog_esensja , Varia
Link Komentarze (1) »
piątek, 24 sierpnia 2007
Niemcy nas penetrują

Ktoś coś ostatnio mówił o Niemcach i polityce. A kultura? Czemu pomija się kulturę i napierające na nas melodie zza Odry? Takie „Männer sind Schweine”, piosenkę zespołu Die Ärzte, słyszałem już w polskiej wersji na kilku weselach, za każdym razem z innym tekstem.


„Ich Troje” rozpoczęło karierę, jak każdy wie, od naśladowania Die Toten Hosen („Alles aus Liebe”).
Co ciekawe, Die Ärzte doczekali się większej ilości naśladowców. Nieznany mi zespół przerobił przebój „Zu spät”. W wersji polskiej w refrenie jest „Pewnego razu zemszczę się na tobie i złamię serca wszystkich kobiet”. Jak ktoś zna nazwę tej kapeli, będę wdzięczny.

3:0 dla sąsiadów z Zachodu. A ja niecierpliwie czekam, aż ktoś ten wynik pogorszy i zrobi cover do „Schrei nach Liebe” tylko z lepszym teledyskiem.

Eryk Remiezowicz

19:35, blog_esensja , Muzyka
Link Komentarze (5) »
Szejk walczy! (można zgarnąć 10 tysiaczków)

Urlopując na Pomorzu, gorliwie śledziłem prasę lokalną (też tak robicie? Zawsze kupuję lokalne dzienniki, gdy wyjeżdżam z Wawy). Poza informacjami o Słonecznych Dziewczynach i Festiwalu Dorsza znalazłem także w "Dzienniku Bałtyckim" taką, która zatrzymała mnie na chwilę i w sumie podniosła na duchu.

Otóż Taha Kikhia, Syryjczyk prowadzący w Bytowie kebabownię "U Szejka", został dotknięty złośliwymi plotkami, rozsiewanymi zapewne przez konkurencję, a dotyczącymi surowca, z którego robione są jego kebaby. Jak plotka głosiła, Pan Kikhia korzystał z... psów i kotów. Plotka zaiste wredna, chociaż nieskuteczna. A przecież w Warszawie co rusz słyszy się, że w wietnamskich jadłodajniach "kuciak" = gołąb. To już właściwie urban legend... A jak tu walczyć z mitem czy plotką?

Ale Pan Kikhia nie stracił rezonu, nie zwiesił rąk w rezygnacji, co więcej - okazał więcej wiary w polski wymiar sprawiedliwości niż większość Polaków: będzie walczył przed sądem cywilnym i karnym. A za wskazanie osoby odpowiedzialnej za rozpowszechnianie plotki wyznaczył nagrodę - 10 tysięcy złotych.

Panie Kikhia! Brawo! Trzymam kciuki! A wszystkich odwiedzających Bytów zachęcam do wsparcia przez konsumpcję kebabów "U Szejka". A jak ktoś Wam szepnie: "nie jedzcie tu, tu podają psy!", to wylegitymujcie ktosia i pędźcie po nagrodę. :P

Michał Kubalski

16:28, blog_esensja
Link Dodaj komentarz »
środa, 22 sierpnia 2007
To kiedyś było śmieszne…

Ten wpis miał znaleźć się tutaj 1 sierpnia, ale najpierw blog odmówił współpracy, a potem miałem urlop :D No, ale co się odwlecze…

 

Kiedy pierwszy raz przeczytałem w raczkującym wtedy na polskim rynku „Newsweeku”, że Fisz jest DJ-em – roześmiałem się. Mieliśmy ze znajomymi kilka minut niezłej polewki. Kiedy potem gdzieś podano, że "Fakt" albo "SuperExpress" (a w sumie to wszystko jedno) zamieścił info o Fiszu (czyli Bartku Waglewskim) ze zdjęciem głowy jego ojca, Wojciecha Waglewskiego z Voo-Voo, również zachichotałem.

Jednak 1 sierpnia poważna gazeta, „Rzeczpospolita”, w artykule o tytule „Koncertowa jesień w stolicy”, poinformowała, że „18 października w Stodole zaśpiewa Fish. Usłyszymy starsze utwory, nagrane na początku kariery jeszcze z Marillion, i kompozycje z najnowszego, powstającego właśnie albumu Szkota „Thirteenth Star”, który ukaże się późną jesienią. (…) Dla wielu fanów muzyki progresywnej jego nagrania są wciąż ważniejsze od ostatnich dokonań Marillion występującego od lat z nowym wokalistą”. Już czujecie, co się stanie? No i słusznie, bo artykuł opatrzony był tym oto zdjęciem:

A niby megafon jest taki oczywisty.

Ja rozumiem, że Fish i Fisz, rozumiem, że album „Thirteenth Star” i album „Piątek 13” też jakieś podobieństwo przejawiają, ale jednak teksty i zdjęcia powinien zestawiać ktoś, kto się na popkulturze chociaż trochę zna, nieprawdaż? Bo to już przestaje być śmieszne.

 

Michał Kubalski

10:50, blog_esensja
Link Komentarze (4) »
wtorek, 21 sierpnia 2007
Komiks a marki produktów spożywczych w Polsce

Mało notek o komiksie na esensyjnym blogu jest, to fakt. Bo o czym pisać na blogu, o czym nie można by od razu do serwisu? Chyba tylko o bardziej tłustych erystycznych kąskach wyciągniętych tu i ówdzie. Dzisiejsza komiksowa notka nie będzie jednak dotyczyła dysput. Nawet - o zgrozo! - nie będzie dotyczyła samego komiksu per se. Dotyczyć będzie wyłącznie mojego małego okołokomiksowego odkrycia. A także istotnego wpływu zagranicznej popkultury na przemysł spożywczy w naszym kraju.

Otóż poniższy produkt spożywczy znalazłem jakiś czas temu w supermarkecie naprzeciwko.

 

 

Ciekawe, czy Albert Uderzo dostaje jakieś tantiemy z racji praw autorskich do nazwy. Oraz do tych jakże charakterystycznych skrzydełek.

Przepraszam za kiepską jakość zdjęcia, ale pękł mi LCD w cyfraku i muszę robić zdjęcia na ślepo. To znaczy w trybie auto i z błędem paralaksy. I dlatego wychodzi jak wychodzi.

 

Robert Wyrzykowski

19:16, blog_esensja , Komiksy
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3
Magazyn Esensja