Kategorie: Wszystkie | Filmy | Gry | Komiksy | Książki | Magazyn | Muzyka | Varia
RSS
czwartek, 31 lipca 2008
10 najsłynniejszych teorii spiskowych - uzupełnienie

Kolega z łamów, Konrad Wągrowski, w swoim tekście pt. „10 najsłynniejszych teorii spiskowych” przedstawił pokrótce dekalog najbardziej nośnych i barwnych „Opowieści ze świata pomiędzy” – że posłużę się znanym tytułem rodem z polskiej literatury fantastycznej. Świata, który stoi pomiędzy nami, prostymi ludźmi (bez obrazy), a oficjalnie wybranymi władzami świeckimi czy kościelnymi. Świata szarych eminencji, agentów wpływu, spiskowców, tajnych zakonów, bractw. Macek sięgających głęboko i szeroko. Ich.

To oczywiście temat-rzeka, nie ma najmniejszych szans zmieścić w jednym artykule wszystkich jego aspektów. Tym niemniej chciałbym dorzucić do tego swoje trzy grosze (dwa bardzo malutkie, jeden nieco większy).

1.

Jeśli idzie o rzekomą katastrofę kosmicznego statku w Roswell, warto wspomnieć o utworze „Hangar 18” z albumu „Rust in Peace” grupy Megadeth (jeszcze w jej legendarnym składzie: Dave Mustaine, David Ellefsson, Marty Friedman, Nick Menza), kończącym się świetnym gitarowym galopem. Teledysk (strasznie kiczowaty) można obejrzeć tutaj:

2.

Co do obecności Układu w polskiej rzeczywistości i jego wszechpotężnej władzy, nie sposób pominąć „Trylogii łotrzykowsko-heroicznej” pióra Waldemara Łysiaka, która dziś jest już właściwie tetralogią złożoną z powieści „Dobry”, „Konkwista”, „Najlepszy”, „Najgorszy” (do kompletu można dorzucić rzecz najświeższą, „Lidera”, tudzież „Salon. Rzeczpospolitą kłamców”, „Salon2. Alfabet szulerów” i „Stulecie kłamstw”). Potężna dawka spiskowej teorii dziejów na temat współczesnej historii Polski.

3.

Najmocniejszą reakcję wywołał u mnie punkt 9. artykułu mojego redakcyjnego kolegi, zatytułowany „Kosmici są wśród nas”. Najpierw przypomniał mi się przepocieszny Louis de Funes w komedii „Żandarm i kosmici”, walczący z obcą inwazją wodą laną strażackimi szlauchami. Potem niezwykle sympatyczna postać Claude'a, którą francuski komik stworzył w „Kapuśniaczku”. W ślad za tymi filmami podążyły dwa kultowe seriale "ALF" i "Trzecia planeta od słońca", oba - choć tym pierwszym kosmita jest małym, kosmatym stworzeniem ukrywającym się przed światem w domu rodziny Tannerów, a w drugim wysłana na Ziemię czwórka przyjmuje normalne postaci ludzi i zaczyna intensywnie badać wszystkie możliwe aspekty naszej cywilizacji - zasadzają się na dość nielogicznym, choć brzemiennym w zabawne skutki założeniu: że mianowicie istoty zaawansowane na tyle, by przemierzać wielkie odległości kosmicznych otchłani, jednocześnie wykazują się ogromną nieporadnością i naiwnością, gdy idzie o proste rzeczy, z którymi ludzie radzą sobie na codzień. Wszystko po to, rzecz jasna, by uwypuklić pewne absurdy naszego życia, tak powszechne i tak długo w nim obecne, że już praktycznie niezauważane. Seriale niby rozrywkowe, a jednak niosące sporą dozę refleksji o człowieku i o życiu.
Szybko zacząłem rozmyślać o koncepcie nieco odmiennym, niż ten eksploatowany przez powyższe tytuły, i chyba znacznie bardziej emocjonującym: „Kosmici byli wśród nas”. Wiąże się z nim wiele ciepłych wspomnień z czasów mojej wczesnej młodości, związanych z emocjonującą lekturą kilkunastu książek pewnego szwajcarskiego dziennikarza. Gdy się z nimi uporałem, sięgnąłem po innych autorów eksploatujących to samo poletko: Johannesa von Butlara, braci Fiebagów, czy Zecharię Sitchina. Tym niemniej najpierw było siedemnaście tytułów wydanych przez „Wydawnictwo Prokop”, które mam pod ręką, pisząc niniejszą notkę, wszystkie w tej samej szacie graficznej: białe okładki z komputerowymi grafikami na stronie tytułowej. „Wspomnienia z przyszłości”, „Z powrotem do gwiazd”, „Siejba i Kosmos”, „Mój świat w obrazach”, „Dowody”, „Objawienia”, „W krzyżowym ogniu pytań”, „Oczy sfinksa”, „Prorok przeszłości”, „Strategia bogów”, „Szok po przebyciu bogów”, „Dzień, w którym przybyli bogowie”, „Czy się myliłem?”, „Wszyscy jesteśmy dziećmi bogów”, „Podróż na Kiribati”, „Kosmiczne miasta w epoce kamiennej”, „Dzień Sądu Ostatecznego trwa od dawna”. Mowa o autorze, który swoimi koncepcjami dokonał przewrotu w myśleniu o naszej przeszłości, budząc szalone kontrowersje, zyskując fanatycznych zwolenników i takich samych przeciwników, stając się prekursorem myślenia, które zaowocowało serialami podobnymi do „Z archiwum X” (a dokładniej - prekursorem, który potrafił dotrzeć do masowego odbiorcy i uczynić swe nazwisko głośnym). O Erichu von Daenikenie.
Jego teorie dotyczące historii starożytnej ludzkości, choć dotykają niemalże każdej kultury, każdej cywilizacji i każdego rejonu geograficznego, w swej istocie zasadzają się na dwóch prostych założeniach. Pierwsze polega na uznaniu, że kształt ludzkiej istoty, proces jej rozwoju, wpływu na otoczenie, tworzenię przez nią pierwszych wspólnot, a potem całych cywilizacji nie jest efektem, lecz produktem. Nie jest efektem spontanicznych zmian, systematycznego rozwoju wspartego grą przypadków, sprytem, siłą i wynalazczością, lecz nade wszystko produktem procesu przebiegającego według dokładnego i precyzyjnie skonstruowanego planu. Planu wprowadzonego w życie i nadzorowanego przez kogoś znacznie potężniejszego i bardziej zaawansowanego niż ludzie.

Druga założenie mówi, iż ludzie pozostawili w szeroko rozumianej kulturze ślady funkcjonowania tego planu i bytności owego kogoś potężnego na ziemi. Że tymże właśnie są mity, legendy, podania, o tym traktują stare, święte księgi, kodeksy, malowidła, płaskorzeźby, to ku czci owych istot budowano świątynie, to opowieściami o nich zdobiono grobowce. Że właśnie ślady po nich, i to niezwykle trwałe, znajdziemy w języku, w kalendarzach, w obrzędach, strojach i rytuałach. I generalnie, że wszystko, co dotąd uważano li tylko za produkt bujnej ludzkiej fantazji, jest raczej echem bardzo realnych wydarzeń z zamierzchłej przeszłości. A zatem opowieści o bogach, o nauczycielach, o mistrzach, o dziwnych zdarzeniach i niewytłumaczalnych zjawiskach, o wizjach i cudach należy traktować jak najbardziej serio. Wszystko, co nosi charakter baśniowy czy bajkowy, jest produktem zderzenia prostych, czy prymitywnych wręcz mieszkańców ziemi z wysoko rozwiniętą cywilizacją dysponującą zaawansowaną techniką, która w oczach naszych pradziadów po prostu musiała wyglądać na wszechmoc i na arsenał istot boskich. Szok po tym zderzeniu, naturalna i oczywista chęć utrwalenia związanych z nim wspomnień i refleksji, połączona z prostym, pozbawionym fachowej terminologii językiem, niezdolnym, by w sposób jasny i klarowny opisać to, co widzi oko, zaowocowały opowieściami o „latających wężach”, o „ognistych kulach”, o „blasku jaśniejszym niż tysiące słońc”, o „łoskocie głośniejszym niż stado galopujących koni czy ryk setek tygrysów” – i tym podobnymi metaforami branymi dziś za rojenia i ekstatyczne wizje.

Pozostawiam zupełnie na boku spór, który wokół pierwszej książki Daenikena o wiele znaczącym tytule „Wspomnienia z przyszłości” - a także następnych - rozgorzał. Pomijam jakość argumentów, jakie przedstawiał on i jego przeciwnicy, formułowanych przezeń hipotez i kontrhipotez stawianych przez oponentów. Z punktu widzenia tego artykułu nie jest to istotne. Ważna jest „rozległość” tez Daenikena, na bazie których potrafił on stworzyć dość spójny obraz ziemi i żyjącego na niej człowieka, rodzącego się, rozwijającego i czyniącego swe pierwsze odkrycia pod czujnym okiem i z inspiracji tudzież z pomocą czuwających nad nimi przedstawicieli obcej cywilizacji. Daeniken grzebał w mitologii chyba wszystkich możliwych kultur (często sięgając po oryginały jej zapisów, by nie pracować na tłumaczeniach), zapuszczał się na drażliwe tereny religijne, analizował praktyki magiczne czy współczesne kulty cargo. Zjeździł cały świat wszerz i wzdłuż, docierając do najrozmaitszych monumentalnych budowli i badając je pod kątem możliwości ich wzniesienia przez tych, komu się owo autorstwo przypisuje. Stał się bez wątpienia najsłynniejszym przedstawicielem paleoastronautyki - dla jednych nowatorskiego podejścia do historii godnego epoki, która zaczyna eksplorować kosmos i przenikać atom, dla innych kolejnego dziwactwa epoki New Age.

Ale przede wszystkim skutecznie sprawił, że termin ‘obca cywilizacja’ przestał być wyłącznie synonimem groźby rodem z „Wojny światów” H.G. Wellsa, "Kontaktu" Carla Sagana, filmów w rodzaju "Gwiezdne wrota" czy "Dzień niepodległości". W jego ujęciu określenie to zaczęło oznaczać również nadzieję, dobroć i troskę. Niezwykłą więź człowieka z Wszechświatem. Z gwiazdami.

Cokolwiek kto tam myśli o tych koncepcjach dziś, cokolwiek myślę o nich ja, warto pamiętać o Erichu von Daenikenie, gdy się ogląda Muldera goniącego po śladach UFO na ziemi i uznającego za swe credo słynne: "Prawda jest gdzieś tam"...

-*-

Dla porządku dobrze byłoby jeszcze wspomnieć, jak trafiłem na książki tego autora. Otóż poprzez kultową już dziś sagę „Ekspedycja” przedstawioną w serii komiksów pędzla Bogusława Polcha, które na frontowej okładce miały dopisek: „Według Ericha von Daenikena”. Tytuły pamiętam do dziś: „Lądowanie w Andach”, „Ludzie i potwory”, „Walka o planetę”, „Bunt olbrzymów”, „Zagłada Wielkiej Wyspy”, „Planeta pod kontrolą”, „Tajemnica piramidy”, „Ostatni rozkaz”. Oczywiście, o ile była to ciekawa opowieść wsparta świetnym warsztatem Polcha, nie wyjaśniała ona za wiele, a raczej przenosiła tajemnicę istnienia życia na wyższy poziom - na planetę Des rządzoną przez Wielki Mózg. Tak czy siak, czytało się to świetnie.

Marcin Łuczyński

18:05, blog_esensja , Książki
Link Komentarze (2) »
środa, 30 lipca 2008
Wariacje wierszem (w hołdzie St. Barańczakowi)
Lektura książki “Pegaz zdębiał” bywa, jak wspomniałam w mojej recenzji, bardzo inspirująca. Na przykład barańczakowskie wariacje na temat limeryków sprawiły, że pożałowałam, iż nie wpadł on na pomysł limoneryku – byłby to wierszyk o plantatorze cytryn ze stolicy Peru, któremu kto podbił oko. Plantator może mieć na imię Eryk, ale nie musi, bo to byłaby, nieprawdaż, przesada...


Nawiasem mówiąc, układanie limeryków jest popularną zabawą na forum dyskusyjnym “Nowej Fantastyki”: każdy kolejny twórca zadane nowy temat, dzięki czemu trzeba się głowić nad, na przykład, Frankensteinem z gminy Kije:

Doktor Frankenstein z gminy Kije
Wniebogłosy zawołał: "To żyje!!!"
Gdy w świetle błyskawicy
Ujrzał, że ma w piwnicy
Mysz, schwytaną pułapką za szyję.

lub Świętym Mikołajem z Salamanki:

Święty Mikołaj z Salamanki
Wymienił swój powóz na sanki,
Bo Tormes skuł lód
I śniegu jest w bród
Ot - hiszpańskiej aury niespodzianki.

***

Swoją drogą, że też nie ujął Stanisław Barańczak w swoim tomiku tak interesującego gatunku, jak moskaliki. Wierszyki te dają ogromne pole do popisu, czego kilka lat temu dowiedli użytkownicy listy dyskusyjnej pl.rec.fantastyka.sf-f, tworząc mnóstwo moskalików nawiązujących do treści znanych powieści i filmów fantastycznych. Do moich ulubionych należą utwory Doroty Guttfeld, na przykład:

Kto by mniemał, że Paul z matką
Z harkonneńskiej są rodziny
Tego krysnóż przetnie gładko
W filtrnamiocie Sajjadiny.

Nie tylko zachowana jest pełna konstrukcja moskalika – czyli obietnica zrobienia czegoś krwawego w konkretnej lokalizacji (dla całkowitej, dwustuprocentowej poprawności powinna to być jakaś świątynia, ale o to nie we wszystkich powieściach łatwo) osobie wypowiadającej jakąś opinię – jeszcze na dodatek zarówno groźba jak i lokalizacja nawiązują do tego samego, co opinia – w tym wypadku do “Diuny” Franka Herberta.

Niektóre z fandomowych moskalików wymagają dobrej pamięci o szczegółach akcji danej książki, na przykład wierszyk Igora Wawrzyniaka:

Kto by sądził, że omlety
Są tuczące lub niezdrowe
Zginie szybko dość, niestety,
Gdzieś na stacji księżycowej.

 

Pełen zestaw moskalików do odnalezienia tutaj.

***

Mnie po napisaniu recenzji “Pegaza...” wzięło zasię na przerabianie pierwszej zwrotki francuskiego hymnu. Jak wiadomo, Marsylianka zaczyna się następująco:

Allons, enfants de la Patrie

Le jour de gloire est arrivé.

Contre nous de la tyrannie

L'étendard sanglant est levé...

(w kwestii wersji fonetycznej wystarczy wpisać do YouTube “la Marseillaise”).

Stanisław Barańczak zmienił to na:

Tam ląd sam cham Arafat ryje,

Lecz Wschód i Wschód - to sprawy dwie.

Tu co prawda też ciągłe chryje,

Byle lud krok w przód i się drze.

Napisał on zresztą własną wersję CAŁEJ Marsylianki (aczkolwiek z idealnym podobieństwem brzmieniowym dał sobie spokój). Ja poprzestałam na pierwszych czterech linijkach z rezultatem następującym:

1) wersja zoologiczna:

A co za farsa: lampart tyje!

Się żuraw dławi, ale żre.

Koty w rude łaty drą ryje -

Za ten dar sam wam strzelę w łeb!

2) wersja z półświatka:

Alfonsa fałsze lampa kryje,

Lecz żurnal mdławy pani rwie.

Kątem w burdelu tera pije...

Latem drań sandał weźmie? Źle!

3) wersja ułańsko-myśliwska:

A lonża won! Galopuj z kijem!

Szarżuje wiara... kary nie.

Koń trenuje, a ty rań żmije!

Letarg samca: lancę lew zje.

4) wersja makabryczna:

Alosza! Fantom daj pan w szyję!

Lej żur do gara! Diabli wie-

Dzą, że tu denatka mi gnije.

E, tam! Darł galanterie dwie.

5) wersja fandomowa:

Zażądał fandom LARP-a w Rio,

Że hurmem gnali – każdy wie.

Konwent tu do lata zrobi-ą,

Ze standardem: lans w TVP.

Próbowałam również ułożyć wersję angielską, ale wymyśliwszy tylko “Alone? Therefore get up a tree, yeah!” złożyłam broń. Może ktoś z czytelników dokończy?....

Agnieszka "Achika" Szady

14:32, blog_esensja , Książki
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 21 lipca 2008
Nowy layout Esensji!

Esensja ma nowy layout!

Oto on:

Co? Za małe? Niewyraźne? Zapraszam więc TUTAJ.

Konrad Wągrowski

21:57, blog_esensja , Magazyn
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 14 lipca 2008
Kotki są z Wenus, kocury z Marsa?

Nie powiem – ciężki orzech do zgryzienia miałam z w miarę obiektywnym (starałam się!) recenzowaniem “Prezesa i Kreski”. Nastawiłam się na anegdotki o kotach, a dostałam jakieś ni to bajki na dobranoc ni to mini-traktaty filozoficzne. No dobrze, podtytuł “Jak koty tłumaczą sobie świat” powinien mnie ostrzec, że skoro nie lubię filozofii i “tłumaczenia świata”, to może powinnam sobie dać spokój. Jednak miłość do kotów przeważyła.

Prezes i Kreska

Wiedząc, że Łukasz Orbitowski opisuje swoje własne, realnie istniejące koty, spodziewałam się jakichś ciekawych obserwacji na temat ich zachowań, tymczasem Prezes i Kreska głównie rozmawiają. Spora część opowiadań to tak naprawdę dialogi z dość nielicznymi “didaskaliami” w rodzaju “zeskoczył z odtwarzacza dvd”. Owszem, bywają fragmenty, w których główni bohaterowie prężą ogon czy wysuwają pazury, ale generalnie “kociego ducha” jest w tym tekście tak mało, że właściwie równie dobrze mogłyby to być inne domowe zwierzątka. No, może nie psy, bo te wychodzą na dwór, ale już szynszyle czy miniaturowe króliki pasowałyby całkiem nieźle.
Brak zainteresowania filozofią zapewne nie przeszkodziłby mi polubić tej książeczki... gdybym tylko choć trochę mogła polubić głównych bohaterów. Niestety – Kreska jest irytująco głupia (Kubusia Puchatka nie lubię za to samo), a Prezes, który jej łaskawie i przemądrzale wyjaśnia kolejne “zagadki Wszechświata”, też nie budzi mojej sympatii. Właściwie to przez większość czasu nieziemsko mnie wkurza... Ciekawe, swoją drogą, jak by się do tych opowiadań odniosły radykalne feministki: patriarchalny mężczyzna objaśniający zawiłości życia naiwnej kobiecince... Toż to gorsze, niż reklamy proszku do prania! ;-)
Podobały mi się natomiast scenki, w których jawa miesza się ze snem, a ze światem realnym – świat koci, z jego tajemnymi drzwiczkami czy znikaniem. Może trochę szkoda, że w paru miejscach Łukasz Orbitowski nie popuścił bardziej wodzy fantazji i poetyckości, bo lakoniczne opisy dają tylko przedsmak tego, czym mogłyby być te opowiadania, gdyby je odrobinę wydłużyć lub przenieść akcent z rozmów na koci obraz świata. Najbardziej przypadła mi do gustu “Kawa dla wiosny”, “Czarny kot i bury kot” i kilka innych, w których występuje ten specyficzny “koci obraz”, “kocia wizja”, polegająca nie na przedszkolnym dziwieniu się wszystkiemu dookoła, lecz na niezwykłej interpretacji zwykłych rzeczy i wyjaśnianiu, na przykład, dlaczego należy lizać plecak.

Komentarz ogólnokrytyczny: “Zbiór przypowieści Orbitowskiego definiuje podstawowe zagadnienia kondycji ludzkiej w dialogach dwóch osób przedstawionych dla niepoznaki jako koty”.
Komentarz feministyczny: “Szowinistyczne marzenie każdego faceta: przemawiać z pozycji mędrca do zapatrzonej w niego samiczki!”.
Komentarz ekologiczny: “Biedne zwierzęta, spędzające całe życie w zamkniętym pomieszczeniu bez kontaktu z przyrodą! Nic dziwnego, że mają problemy z psychiką”.
Komentarz koci: “Mru?”.

Agnieszka “Achika” Szady

16:19, blog_esensja , Książki
Link Komentarze (1) »
czwartek, 10 lipca 2008
Książę Kaspian

Druga część “Kronik Narni” była już recenzowana w Esensji, co pozwala mi wrzucić tutaj luźne i prywatne uwagi – jak to na blogu.

Film mi się podobał. Bardzo. Przede wszystkim urzekły mnie cudownie piękne krajobrazy – scena, kiedy kamera przefruwa nad górami, po których na wspaniałym karym fryzyjczyku galopuje uciekający Kaspian, jest dla mnie kwintesencją klimatów fantasy. Przepiękne jest morskie wybrzeże i niesamowicie błękitonozielona rzeka, po której płyną łodzią bohaterowie. Dodatkowo, mimo wykorzystania komputerowej scenografii (zamek Miraza), twórcy uniknęli perspektywicznego błędu z pierwszej części, kiedy to zamek Białej Czarownicy znajdował się w dolinie i jednocześnie jakoś dziwnie niemal w zasięgu ręki stojących na przełęczy bohaterów (podobne kiksy były w “Powrocie króla” z odległością między bramą Mordoru a Barad-Durem).  W kwestii efektów specjalnych nie można też nie wspomnieć o świetnej scenie przeniesienia się rodzeństwa do Narni, kiedy to w tunelu metra nie wiadomo skąd wiejący wicher stopniowo “zdziera” całą rzeczywistość, odsłaniając morze i skały. 

Młodzi aktorzy grają doskonale, szczególnie Łucja, której za dziecięcy wdzięk i ufność dałabym Oskara z miejsca. A już scena, kiedy stojąc na końcu mostu twarzą w twarz z wrogą armią niewinnie i niemal kokieteryjnie wyciąga mały sztylecik, jest po prostu przeurocza. Świetny jest czarnoskóry centaur o ponurym spojrzeniu i urocze małe centaurzątko, któremu tatuś czy mamusia wyżej podnosi rączkę, kiedy wszyscy robią szpaler z mieczy.

Podoba mi się też Miraz – fajnie wykreowany, bo nie bajkowo na zasadzie “u-ha, jestem Przerażająco Zły Władca, bójcie się!”, tylko normalnie i po ludzku: jako facet za wszelką cenę dążący do utrzymania władzy. Bardzo ciekawie wypadł też dowódca jego armii (ładnie i nienachalnie było po nim widać wątpliwości co do bycia lojalnym wobec seniora) i doradca, o którym, gdyby się nie nazywał Sobiepan (swoją droga, znaczące imiona to strasznie niepoważna sprawa), aż do momentu zdrady myślałabym, że jest postacią pozytywną...  

A propos bajkowości, to jest jej zdecydowanie mniej niż w pierwszej części (to oczywiście zasadniczo wynik tego, jak poszczególne części cyklu pisał C. S. Lewis), co filmowi wyszło zdecydowanie na dobre. Jednak zła królowa mieszkająca w lodowym pałacu i mająca na swoich usługach armię wilków jest jaka taka... niepoważna w zestawieniu z zupełnie ludzkim czarnym charakterem. W ogóle “Lew, czarownica i stara szafa” jest najbardziej dziecinno-baśniową ze wszystkich “Kronik Narni” – faun z parasolką, herbatka u bobrów, pojawiający się ni z gruszki ni z pietruszki Święty Mikołaj... “Książę Kaspian” jest poważniejszy i nawet sceny batalistyczne wypadają tak dramatycznie, że niemal się nie zauważa, iż pomimo zwałów trupów nie przelewa się tam ani kropla krwi. No, z wyjątkiem rozciętej wargi Piotra. Oczywiście nie wymagam, żeby w filmach przeznaczonych bądź co bądź dla młodszych nastolatków (z premedytacją nie piszę “dzieci” – to nie jest widowisko dla nich) jucha tryskała hektolitrami niczym w “300”, ale ta wszechobecna sterylność zaczyna być irytująca.

Zmiany dokonane w akcji zupełnie mi nie przeszkadzały, bo raz, że akurat tej części "Kronik Narni" jakoś nigdy nie mogę porządnie zapamiętać, dwa – niektóre sceny z książek nie wychodzą dobrze w filmach i wtedy lepiej jest zmienić, oczywiście jeśli się nie narusza ogólnej wymowy. Tutaj co prawda kwestia wiary i dochowania wierności swoim przekonaniom nie jest aż tak podkreślana jak w książce, ale została zaznaczona (Łucja jako jedyna widzi Aslana, a Zuzanna trochę jej tego zazdrości). Co bardziej radykalni fani Lewisa kręcą nosami na rzekomy “wątek miłosny między Zuzanną a Kaspianem” – jaki tam wątek, ot, parę razy na siebie przychylnie spojrzeli, jak to przystojny chłopak z ładną dziewczyną w wieku adekwatnym... Fakt, że ten pocałunek w finalnej scenie był na siłę i niepotrzebny. Ech, Amerykanie.

Czekam teraz na ekranizację “Podróży >>Wędrowca do Świtu>>”, choć trochę się boję: pokusa “skomputeryzowania” scenografii może tam być większa, niż w “Kaspianie”, zaś postaci Eustachego grozi przerysowanie. Z drugiej strony, będzie tam zapewne więcej Ryczypiska – a to ju coś. 

Agnieszka „Achika” Szady

15:25, blog_esensja , Filmy
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 07 lipca 2008
HEINEKEN OPEN’ER FESTIVAL – DZIEŃ 3

- Nie cierpię Lao Che. Nie mam pojęcia, jakim cudem znaleźli się na dużej scenie festiwalu, w dodatku jako support Goldfrapp, do której pasują jak pięść do nosa. Wiedzą to natomiast tysiące fanów tej płockiej kapeli, tłumnie stawiając się na ich koncercie. Tylu osób na występie polskiego wykonawcy jeszcze na tegorocznej edycji Open’era nie widziałem. Co więcej, wszystkim najwyraźniej się podobało. A może to ja już jestem stary, nie znam się na muzyce i powinienem dać sobie spokój z pisaniem?
- Gdybym choć trochę lubił muzykę Alison Goldfrapp, z całą pewnością byłbym zachwycony jej gdyńskim koncertem. Niestety, twórczość Brytyjki nie grzeje mnie choćby ciutkę (ukłon w stronę fanów serialu „Mała Brytania”), toteż na pierwszej części jej występu nudziłem się jak mops, rejterując chwilę później w stronę straganu z apetycznie pachnącymi kebabami.
- Nie widziałem występu Massive Attack na Openerze A.D.2004, trudno więc o jakąkolwiek skalę porównawczą, ewentualnie analizę drogi, jaką weterani trip-hopu przeszli przez ostatnie lata. W niedzielę było duszno, mrocznie i zaskakująco gitarowo. Plusik za „Risingson” i minimalistyczne efekty wizualne. Podobało się.
- O ile oprawa świetlna na Massive Attack urzekała prostotą, o tyle Chemical Brothers za pomocą tysięcy błyskotek zgwałcili nam gałki oczne, zaś bombastyczna orgia stroboskopów przejechała się przez tłumy osłupiałych widzów jak walec. Całe szczęście, że w pobliżu nie było żadnych japońskich dzieci. Sam koncert to takie „The Best Of” ujęte w formie didżejskiego setu, ale miło powrócić przynajmniej raz na jakiś czas do elektroniki
à la lata 90. A jaka piosenka zakończyła tegoroczny festiwal?
(wyniki sondy):
- „Hey Girl, Hey Boy” – 68%
- „The Test” – 13%
- „Block Rockin’Beats” – 8%
- „Star Guitar” – 7%
-
Przeżyj to sam” – 4%
8 procent fanów nie mogło się mylić, choć uznajemy także odpowiedź
Przeżyj to sam”, ale tylko w przypadku, gdy respondent wracał na Dworzec Główny w Gdyni wraz z grupą uczących sie polskiego Wyspiarzy.
- Trzeciego dnia też nie padało. I jak tu nie kochać Trójmiasta? Do zobaczenia za rok na Radiohead.

Jacek Sobczyński

13:30, blog_esensja , Muzyka
Link Komentarze (3) »
niedziela, 06 lipca 2008
Heineken Open'er Festival - dzień 2

Sobota była tym dniem festiwalowym, na który sprzedano najwięcej biletów pojedynczych. Nic dziwnego - na Babich Dołach spotkali się fani punk rocka i hip hopu, dla których w zasadzie był to jedyny interesujący dzionek. Tych pierwszych można było spotkać już na przystanku autobusowym, proszących o dorzucenie symbolicznej złotówki do biletu. Drudzy z kolei okupili dużą część przednich rzędów na koncercie zespołu Interpol tylko po to, żeby na występie Jaya-Z stać najbliżej barierek. Co ciekawe, podczas setu nowojorczyków również bawili się dobrze.
- Dzień zacząłem od występu Cool Kids of Death na dużej scenie. Zespół w dobrej formie, usłyszeliśmy piosenki z wszystkich płyt, jako bonus otrzymując nigdy niewykonywane wcześniej na żywo numery z ciepłego jeszcze "Afterparty" - "Joy", "Biec" i "Ruin gruz" (w tym gronie mój zdecydowany faworyt). Udana rozgrzewka przed tym, co miało się za chwilę wydarzyć.
- Bałem się, że ten występ będzie porażką. Tymczasem ubrani w standardową czerń panowie z Interpolu zagrali koncert, który można określić wyłącznie przymiotnikiem "piękny". Przy szybszych numerach (w tym moim ukochanym "Obstacle 1") poczułem się, jakbym na nowo miał 16 lat, zapomniałem o kartach kredytowych oraz kuponach festiwalowych w kieszeni i rzuciłem się w sam środek skaczącego tłumu. Więcej o tym wiekopomnym wydarzeniu w dłuższej relacji poopenerowskiej.
- Podobnie jak o koncercie Jaya-Z, który - nie wierzę, naprawdę nie wierzę - okazał się jeszcze lepszy od Interpolan. Skoro na blogu najmilej widziane są wypowiedzi lakoniczne czy nawet lapidarne, ograniczę się do stwierdzenia, że z wrażenia spadło mi obuwie, a resztę poczytacie sobie Państwo niebawem.
- Pomiędzy Interpolem a Jayem-Z w namiocie zagrały sympatyczne skądinąd panie z Cocorosie, jednak z całym szacunkiem, ale w zestawieniu z muzycznymi bombami detonowanymi na dużej scenie set sióstr Casady mogłem odebrać co najwyżej jako drętwe popierdywanie dla nadwrażliwych studentek polonistyki. Nie omieszkałem zajrzeć za to na scenę namiotową przy okazji stypy pod hasłem "pierwszy koncert Sex Pistols na terenie Polski". Słowo "zajrzeć" pasuje jak ulał, bowiem kordon słuchaczy otaczał olbrzymi namiot ciasnym pierścieniem o szerokości kilkunastu metrów. Sam występ Pistolsów przypominał mi nieco sztandarowe dzieła George'a A. Romero i tylko ciekawe, gdzie sprytnym ogranizatorom udało się ukryć na scenie butle tlenowe. W momencie, gdy Johnny Rotten zaczął udawać małpę, wymiękłem i powróciłem na dużą scenę, w sam raz na początek koncertu Eryki Badu.
- Który to występ zapamiętam przy użyciu słów kluczy "magia", "kameralny/kameralne", "intymność" oraz "zabrakło moich ulubionych przebojów ale co z tego, skoro i tak było przeuroczo".
- Znowu nie padało!
- Nie polecam dania makaronowo-kurczakowo-mięsnego. Sama woda.
- Po raz kolejny bawiłem się świetnie.
- Andrzej Buda prowadzi w Sieci krucjatę antyopenerową, nie będąc przy tym na żadnym koncercie. Przypomina mi to nieco sytuację z Poznania, która miała miejsce przy okazji kinowej premiery "Dogmy" Kevina Smitha. Grupa staruszek pikietowała pod lokalnym Multikinem przeciwko filmowi, zawierającemu treści "niemoralne" i "bluźniercze". Na pytanie dziennikarza, czy któraś z pań widziała ów film, usłyszeliśmy odpowiedź iż nie trzeba jeść zatrutego mięsa, aby wiedzieć, że jest ono zatrute. Nie mam więcej pytań. Do zobaczenia na Massive Attack.

Jacek Sobczyński 

Heineken Open'er Festival - DZIEŃ 1

Garść spostrzeżeń z pierwszego dnia festiwalu:

- Polska jest chyba jedynym krajem, w którym pociąg 300 km pokonuje w 6 godzin. Przy okazji tylko tu możemy natrafić na prawicowców, potrafiących w ciągu 15 sekund płynnie przejść z tematu szkodliwości dymu papierosowego do krytyki Unii. I tylko czekałem, kiedy pojawi się coś o TW "Bolku".
- Infrastruktura Open'era rozłożona jest w tym roku o niebo lepiej niż podczas ubiegłej edycji. Na wymianę opaski czekałem minutę, na piwo i pizzę - podobnie.
- Nie padało!
- Editors mają szanse stać się w Polsce zespołem pokoleniowym. Chwytliwe piosenki które gdzieś już słyszeliśmy, na pierwszym planie gitary i głos podobno przystojnego wokalisty, posiadającego (z całą pewnością) bardzo fajną ekspresję sceniczną. Dziewczyny piszczą.
- The Raconteurs zagrali kawał klasycznego rocka. Co za miła odtrutka od wszechobecnego, bamboszowego indie! Przy "Steady as She Goes" cała widownia (30 tys.?) skakała aż miło, a kto nie skacze, ten trzyma z policją.
- Nie spodziewałem się że Fischerspooner ma w Polsce aż tylu fanów. Namiot wypełniony był po brzegi, stojąc ściśnięty z tyłu (i oglądając koncert na telebimie), wytrzymałem 15 minut. Szkoda.
- Chyba każdy facet na świecie chciałby posiąść Roisin Murphy. Zwłaszcza jeśli zainteresowana wyłazi na scenę w takim wdzianku jak wczoraj.
- Fujiya/Miyagi: hm, ciekawe. Zaczynali grać dla 50 osób, kończyli w ogłuszającym huku owacji calutkiego namiotu. Sam występ monotonny, ale wciągajacy.
- A i tak wszystkich zjedli rodzimi Mitch and Mitch. Macio Moretti to mój nowy idol. Czy ktoś wie, gdzie na Allegro można dostać pukiel jego włosów?
- Nie padało!
- Cola kosztowała tyle samo co Burn.
- Punktem kulminacyjnym wieczoru były dantejskie sceny, dziejące się około 4 rano na dworcu Gdynia Główna. Co się dzieje, kiedy parę tysięcy osób usiłuje wejść do kolejki, mieszczącej max 1/4 z nich? Jeśli nie wyobrażacie sobie, jak wygląda połączenie Monty Pythona i "Na krawędzi" ze Stallonem, to trzeba było wpaść wczoraj o czwartej rano na gdyński dworzec.


Jacek Sobczyński

16:02, blog_esensja , Muzyka
Link Dodaj komentarz »
piątek, 04 lipca 2008
Podróży nadszedł czas

Literatura podróżnicza ma w Polsce znakomitą tradycję i chyba nie będzie wielkim odkryciem stwierdzenie, że w ostatnich latach przeżywa swój renesans. Zresztą nie tylko literatura. Coraz łatwiej znaleźć sponsorów i patronów medialnych dla zapierających dech w piersiach wypraw na najodleglejsze krańce świata, a telewizja chętnie rejestruje takie wydarzenia. Zapewne ma to niebagatelny związek z bogaceniem się społeczeństwa i rokrocznym wzrostem odsetka Polaków wyjeżdżających na wakacje za granicę. Do tego dochodzi przecież technika, szybkość i bezpieczeństwo podróży - świat staje się coraz mniejszy. A na półkach w księgarniach już od wiosny królują przewodniki i właśnie książki podróżnicze.

Polacy uwielbiają przecież towarzyszyć w podróżach legendarnym odkrywcom sprzed lat w rodzaju Tony'ego Halika czy Czesława Centkiewicza, ale też współczesnym obieżyświatom takim jak Wojciech Cejrowski czy Jacek Pałkiewicz. Dają się oprowadzać po baśniowym Angkorze lub wybierają się w podróż w poszukiwaniu Eldorado. Czytelnicy chcą poczuć się jak biały gringo wśród dzikich Indian i marzą o odkrywaniu nowych dopływów Amazonki...

Powyższe linki to tylko kilka recenzji książek podróżniczych – w wakacje znacząca ich w Esensji przybędzie... również dzięki czytelnikom.

A to dlatego, że Esensja ogłosiła właśnie KONKURS.

Jeśli przeczytaliście ostatnio wartą uwagi (lub ostrzeżenia) książkę, albo lektura sprzed lat wryła się Wam w pamięć - napiszcie o tym! Najświeższe wydania i pozycje odrobinkę starsze, powieści podróżnicze, reportaże, wspomnienia.... Wszystko, co mieści się w szerokiej definicji "książki podróżniczej".

Możliwość publikacji, stałej współpracy, nagrody książkowe i pieniężne... – jednym słowem: warto!

Więcej szczegółów w serwisie.

Jakub Gałka 

11:11, blog_esensja , Książki
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 03 lipca 2008
Don't cry for me Argento

Kurde. Co roku unikałem jak ognia festiwalu Etam Nudne Horyzonty, mimo że Bartek Sztybor od kilku lat usilnie mnie namawiał. Potem zresztą zdawał mi często szczegółowe relacje, jak to na przykład podobał mu się 1 na 100 filmów, czy jak to zrezygnował już po 3 jeziorach z seansu ulubionego filmu pana Romana Gutka.

No a teraz, kiedy akurat wyjątkowo nie mogę jechać, szanowni organizatorzy postanowili zrobić przegląd filmów króla giallo Daria Argenty! W cyklu "Nocne szaleństwo" pokażą:

- "Ptaka o kryształowym upierzeniu" ("L'uccello dalle piume di cristallo")

- "Kota o dziewięciu ogonach ("Il gatto a nove code")

- "Głęboką czerwień" ("Profondo rosso")

- "Odgłosy" ("Suspiria")

- "Matkę łez" ("La Terza Madre")

Niech was nie zmylą pretensjonale tytuły, cztery pierwsze z tych filmów to klasyka horroru, a i "Matka łez", nakręcona w ubiegłym roku z córką Daria, uroczą Asią w roli głównej, to przyzwoity kawałek gore.

Marzy mi się szersza dystrybucja tych filmów, choćby wydanie ich na DVD, ale to zapewne w dużej mierze zależy od przyjęcia Argenty na ENH. Więc przyjmijcie go ciepło, proszę.

Piotr Dobry

10:20, blog_esensja , Filmy
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
Magazyn Esensja