Kategorie: Wszystkie | Filmy | Gry | Komiksy | Książki | Magazyn | Muzyka | Varia
RSS
sobota, 28 lipca 2007
A to mi się dowcip udał

Dawno, dawno temu, zrobiłem recenzję Wilq'a - zeszytu "Zebry z Bronxu", w której, dla pewnego odbanialnienia formy, postanowiłem sparodiować przeintelektualizowane teksty różnych -logów, którzy zamiast czytać komiksy i oglądać filmy, wolą czytać o nich. Po latach żarcik nie wydawał mi się już aż tak zabawny, aż do dziś...

Otóż w owej recenzji napisałem W królestwo banału wkracza nietuzinkowy Wilq i robi tam swoisty porządek - owego zabiegu udaje się autorom dokonać, balansując na granicy modnej dziś przeszarżowanej intertekstualności, aczkolwiek unikając większości pułapek postmodernizmu, na co oburzył się nasz wykształcony komiksowy redaktor Daniel Gizicki - a dokładnie uwierała go zbitka "modna intertekstualność". W redakcyjnej dyskusji napisał: Weź to zdanie jakoś przeformułuj, najlepiej nie używając słowa "intertekstualność", bo to ani nie jest moda, ani nie jest nadmierna, ani nie wiadomo co i nijak się ma do niczego. W "Ulissesie" Joyce'a jest multum nawiązań, tak samo w "Myszeidos" Krasickiego, "Jej wysokości Afrodycie" Allena, "Bracie, gdzie jesteś" Coenów czy w każdym innym dziele kultury, tak samo jak w "Wilqu". Grzecznie wyjaśniłem, że to miał być dowcip, i rozstaliśmy się w pokoju.

A dziś kupiłem oto sobie "Gazetę Wyborczą" i w dziale Hit-Kit "Wysokich Obcasów" (bo wszystko dziś jest albo be, albo cacy) Joanna Szymczyk prezentuje najbardziej kitową recenzję "Death Proof" Tarantino. Nie chce mi się robić tu sekcji zwłok tego wykwitu niezrozumienia filmu i pisać, że to banalne czepialstwo pasowało bardziej do poprzednich dzieł Q, ale zacytuję jeden przecudnej urody fragmencik. Otóż wedle recenzentki przepis na Tarankino to m.in. "wszystko zakisić w sosie modnej dziesięć lat temu intertekstualności". I cóż mogę zrobić, jeśli nie skopypastować Daniela sprzed lat: intertekstualność nie jest modna! struktura tekstu nie jest modna! kod DNA nie jest modny! podział na płeć nie jest modny! sposób rozmnażania się nagonasiennych nie jest modny! te rzeczy po prostu są! oderwane od mody!

A to mi się dowcip udał.

Michał R. Wiśniewski

17:09, blog_esensja , Filmy
Link Komentarze (1) »
piątek, 27 lipca 2007
Konkurs na komiks Muzeum Powstania Warszawskiego - wyniki i refleksje

Wpadłem wczoraj do Muzeum Powstania Warszawskiego na rozdanie nagród i wyróżnień z okazji konkursu komiksowego . Nie poszedłbym tam wcale, gdyby nie spora liczba znajomych biorących udział w tym konkursie. A że jedna z tych osób przybyła do stolicy aż z Katowic, to nie wypadało nie towarzyszyć.

Było jak na typowym rozdaniu nagród - przemowy organizatorów (Jan Ołdakowski, dyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego) oraz jurorów (Papcio Chmiel, Przemysław "Trust" Truściński i Tomasz Kołodziejczak) na temat wysokiego poziomu konkursu, ciekawych zamysłów scenariuszowych, a także niebagatelnej roli, jaką komiks jako medium może odegrać przy edukacji młodych Polaków... No i oczywiście samo rozdanie nagród. Potem zrobił się lekki ścisk i bałagan organizacyjny, ale nad tym już nie będę się pastwił. Pomówmy o czymś przyjemniejszym, czyli o samych nagrodzonych komiksach. Jaka była recepta na sukces w tym konkursie?

Miejsce pierwsze zajął komiks Tymka Jezierskiego i Moniki Powalisz pt. "Ostatni koncert", oparty na autentycznych wspomnieniach mieszkańca tzw. "Szklanego domu". Powstanie z punktu widzenia cywili, trochę to przywodzi na myśl "Pamiętnik z powstania warszawskiego" Mirona Białoszewskiego. "Ostatni koncert" jest pracą niezłą graficznie, elegancko narysowaną i skomponowaną... chociaż nie mogę pozbyć się wrażenia, że to jednak bardziej nowela graficzna (czy też - "nowela ilustrowana"), a nie komiks per se. Jezierski tak naprawdę głównie zilustrował tekst oparty na wspomnieniach pana Stefana (wepchniętych pomiędzy rysunki), mało tu dynamicznych przejść między kadrami. Co nie zmienia faktu, że z czterech wyróżnionych komiksów, które dane nam było obejrzeć na rzutniku (oraz na płytce CD), ten jest zdecydowanie najlepszy.

Ostatni koncert - Jezierski&Powalisz

Drugie miejsce przypadło świetnie narysowanej pracy pt. "Koniec wakacji" Rafała Bąkowicza i Michała Lebiody. Zaskakuje tu bardzo niecodzienne przedstawienie powstańców - nie jako spiżowych bojowników o wolność, jeno rozwydrzonych figlarzy (niewiele różniących się od dzisiejszych dwudziestoparolatków) zabawiających się w wojnę, co to na barykadzie chyba się znaleźli zupełnie przez przypadek. Większość fabuły to takie hahahihi: żarciki, brawurowe rajdy po czapkę trupa, flirty z sanitariuszką, snucie planów o przyszłości, wylane powidła imitujące krew. Całą tę sielankę przerywa niemiecki szturm na barykadę, który brutalnie kończy radosne wygłupy młodych chłopaków, kompletnie nienadających się do walki z niemieckimi maszynami do zabijania (znamienne ostatnie kadry). Trochę smutne, że czytelnik z niejakim uczuciem ulgi przyjmuje śmierć powstańców, którzy po paru stronach tej historii zaczynają solidnie działać mu na nerwy. Brawa za świetny pomysł przedstawienia powstańców w nieco innym, lżejszym świetle. Szkoda tylko, że w tym przypadku na samym pomyśle się skończyło.

Koniec wakacji - Bąkowicz&Lebioda

Miejsce trzecie to "Target for tonight - Warszawa" Piotra Chudzika. Punkty za oryginalność - przedstawienie powstania z punktu widzenia lotników zrzucających pomoc dla powstańców. Świetnie odrysowane liberatory; trochę szkoda, że czasami kompozycja kadrów została podporządkowana właśnie tym samolotom i sama historia przypomina bardziej katalog lotniczy niż komiks... Dialogi strasznie drewniane, postaci ludzkie oddane znacznie gorzej niż liberatory. Ale ogólnie to niezły komiks edukacyjny jest, wspominający nieco mniej znany epizod powstania, jakim były zrzuty.

Target for tonight – Warszawa - Chudzik

Wyróżnienie otrzymał komiks "Morro" Artura Śmigrockiego - biografia kpt. Andrzeja "Morro" Romockiego. I zupełnie nie wiem za co, biorąc pod uwagę żenujący poziom tej pracy. Nędza graficzna, mierna kompozycja, brzydkie liternictwo, totalne niezrozumienie języka komiksu... Wszystko jest tu szpetne, całość wygląda jak wyrysowana w zeszycie na nudnej lekcji. Szkoda, że jury nie zdecydowało się jakoś uzasadnić swoich wyborów - ja sam widziałem trzy konkursowe zgłoszenia, bijące "Morro" na głowę. Czyżby tylko za to, że ten komiks jako jedyny z wyróżnionych prezentuje najbardziej tradycyjne podejście do tematu Powstania Warszawskiego?

Morro - Śmigrocki

Jan Ołdakowski wspomniał w pewnym momencie o sali w Muzeum, jako żywo przypominającej grę komputerową, dodając przy tym, że komiksy są innym narzędziem, jakie stara się wykorzystać Muzeum do dotarcia do młodych ludzi. Tomasz Kołodziejczak w swoim speechu podzielił komiksy biorące udział w konkursie na trzy grupy – paradokumentalne (czyli te oparte na autentycznych historiach), te z interesującą fikcyjną fabułą i te bardziej metaforyczne, które temat Powstania Warszawskiego starały się podjąć bardziej ponadczasowo. Zauważył, że wyróżnione prace należą przede wszystkim do tej pierwszej grupy, z lekkim uwzględnieniem drugiej. Wniosek? Nie ma sensu wypruwać sobie żył na jakieś artystowskie zagrania czy też moralne dylematy. Najlepiej zrobić porządny komiks edukacyjny dla "trzynasto-czternastolatków", bo taką grupę docelową powstańczych komiksów określił w pewnym momencie dyrektor Ołdakowski.

Wkrótce powinna ukazać się antologia prezentująca 8-10 najlepszych prac konkursowych, z uwzględnieniem tych wyróżnionych (szkoda, że nie wiadomo, jakie jeszcze komiksy wejdą w jej skład). Jest szansa, że niżej podpisany weźmie ją na warsztat, a wyniki analizy opublikuje w "Esensji". Tymczasem!

 

Robert Wyrzykowski

14:00, blog_esensja , Komiksy
Link Komentarze (2) »
środa, 25 lipca 2007
Wszystkie kolory tęczy

Odwiedzałeś, szanowny Czytelniku, nasz esensyjny portal ostatnimi dniami? Zauważyłeś może, jak tam kolorowo? Czerwień jakoby karmin ust niewieścich, błękit jak głębia jej ócz przecudnych, brąz niczym ślady słonecznych pieszczot na skórze...

Temat publicznie eksponowanej w mediach żałoby wraca raz po raz i jak dotąd nie ma chyba zgody, co tak naprawdę podczas rozmaitych tragedii powinno się dziać "w telewizorze" czy też "w przeglądarce". Z jednej strony brak jakiejkolwiek reakcji budzi pewien niesmak. Gdzieś tam kogoś dotyka jakieś nieszczęście, a w tiwi po staremu telenowela dla kucharek, pyskówka polityków i durnowaty gwiazdor przekonujący widza do bieli bielszej od bieli. Z drugiej jednak strony trudno się oprzeć konstatacji, że żałoba nie wychodzi naszym mediom zbyt dobrze, że to wszystko jest jednak jakieś nienaturalne, sztuczne, nieszczere. I trudno żeby było inne, bo żałoba to stan umysłu, którego nie da się spowodować na zawołanie, nie da się go włączyć jakimś pstryczkiem. Trzeba udawać, a fałsz zawsze się przebije na wierzch, bo marny stworzono kanon medialnych zachowań w tego rodzaju sytuacjach. Prezenter musi mieć grobową minę, chociaż dusza może mu się wyrywać do śmiechu, bo off-the-record kamerzysta właśnie świetny dowcip opowiedział. Muszą być westchnienia, pełne politowania kiwanie głową, wyrywające z butów pytania poszkodowanych: "Jak się pan/pani teraz czuje?", musi być obowiązkowo wyrażona solidarność z ofiarami i współodczuwanie, chociaż pewnie nikt z ekipy nie utracił bliskiej osoby w tragicznym wypadku i guzik może w tej sprawie współodczuwać.

To, że cały ten teatrzyk kręci się w taki właśnie sposób, niekoniecznie musi cieszyć, wszelako istota problemu leży gdzie indziej - w wyczuciu momentu, kiedy instytucjonalnie zareagować, które zdarzenia mają po temu stosowną rangę. Przykładem poprawnym była żałoba narodowa ogłoszona po śmierci Jana Pawła II. Wtedy wspomniana sztuczność była pomieszana z autentycznymi emocjami, to wyczekiwanie, kto pierwszy poda wiadomego hiobowego newsa mimo wszystko było zepchnięte gdzieś głęboko pod spód, a na wierzchu były takie spikerki jak Beata Grabarczyk, stojąca na Placu Świętego Piotra i zdająca relację łamiącym się głosem. Mimo wszystko tchnęło to jakąś naturalnością, bo media zostały wrzucone w realia szczerej, spontanicznej żałoby, która była oczywista i powszechnie odczuwalna. Została przez media podtrzymana, podjęta, obsłużona - a nie wykreowana.

A tak się dzieje w pozostałych przypadkach - i to z powodów dla mnie niepojętych. Już o tym raz pisałem w innym miejscu (przy okazji wybuchu w Halembie), dając tekstowi tytuł: "Omalże grecka tragedia w kopalni". Tytuł narzucił się sam, gdy stał się dla mnie jasny wyróżnik, dzięki któremu te, a nie inne zgony skupiły na sobie powszechną uwagę mediów. Jedność miejsca, czasu i akcji - tylko to decyduje o ogłoszaniu od czasu do czasu stanu parawyjątkowego w państwie. Tylko to, wszak chodzi przecież o śmierć zupełnie anonimowych, nikomu nieznanych i nikogo nic nieobchodzących (poza ich najbliższymi rodzinami, oczywiście) ludzi.

Taka praktyka owocuje kompletną farsą i daje się łatwo skompromitować oczywistymi pytaniami: Dlaczego setki czy nawet tysiące ofiar wypadków samochodowych zmarłych w całej Polsce w ciągu dnia czy dwóch (swoją drogą są to dane porażające, podsumowania roczne dają skalę w zasadzie ludobójczą) są gorsze tylko dlatego, że się ładnie statystycznie rozłożyły po całym kraju, wypełniając, jak Gauss przykazał, swymi zgonami całą dobę, a nie kilka makabrycznych sekund? Czy naprawdę ofiarom wypadku jakiegoś autobusu, samolotu, wystawcom gołębi albo górnikom, pod którymi pierdyknął metan, należy się żałoba narodowa, wizyty najwyższych władz, specjalna kasa, pogrzeby na koszt państwa i zainteresowanie mediów tylko dlatego, że umarli wszyscy w tym samym momencie niedaleko od siebie?

To jest jakiś porażający wyznacznik. Bardzo blisko stąd do dość ponurej konkluzji, że owo zainteresowanie to swoista premia za to, że w jedno tylko miejsce, miast tysięcy, trzeba wysyłać wozy transmisyjne i jakąś niunię z sitkiem w ręku.

-*-

Brak czarnej wstążeczki i "noirowej schemy" w Esensji nie wynikł z tego, że tacyśmy zadziorni, idący w poprzek lub wręcz pod prąd głównego nurtu, którym płyną nasze media. Po prostu nie mamy jeszcze wajchy, która w stosownym momencie pozwoliłaby przyoblec cały portal kirem. Na wewnątrzredakcyjnej liście toczymy na ten temat dyskusję, a decyzji: w te czy we wte, jeszcze nie podjęto. I jakoś trudno mi się oprzeć wrażeniu, że przez przypadek portal zachował się jak trzeba: nie daliśmy się zwariować i - nieświadomie, co prawda, ale zawsze - nie ulegliśmy temu owczemu pędowi. Ludzie złoci, żałoba jest dlatego wyjątkowym okresem dla każdego człowieka, że się nie zdarza co i rusz, a tylko kiedy nieszczęście dotknie jego lub kogoś z jego najbliższych. Publiczne honorowanie nią dość przypadkowych wybrańców, których jedyną "zasługą" stała się makabryczność i efektowność odejścia, jest nie tylko farsą, ale i skrajną niesprawiedliwością wobec reszty tych, którzy się zwyczajnie utopili, zwyczajnie wleźli pod koła, zwyczajnie dostali zawału od upałów. To jest dopiero znieczulica, o którą tradycyjnie już oskarża się tych, którzy niespecjalnie mają ochotę brać udział w rozgrywającej się wokół szopce.

-*-

Co by nie powiedzieć, nie jest jeszcze tak najgorzej, prawdziwy odjazd dopiero może być. Kontrowersje wokół koncertu Stonesów to pikuś, jeśli sobie pomyśleć, że np. nasze dzielne służby wodociągowe mogłyby przez okres żałoby narodowej dorzucać czarny barwnik do wody, żeby się, prawda, włączyć...

Najlepszą puentą do całej sprawy jest komentarz jednego z naszych redaktorów, który na pytanie, czy chcemy mieć "żałoboaktywację", odpowiedział: "Lem przecież drugi raz nie umrze...". Jeśli jako portal kulturalny mamy kirem honorować odejścia wielkich twórców, jestem za. Ale jak mi koledzy redakcyjni zaczną migać kolorami, bo Stefan i Zdzichu władowali się w drzewo i pogięli przy tym auto tak fantazyjnie, że świat jeszcze czegoś podobnego nie widział, stracę do nich caly szacunek. A mam ogromny, między innymi za wszystkie kolory tęczy w Esensji przez ostatnie dni.

Marcin Łuczyński

21:00, blog_esensja
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 23 lipca 2007
Niech wszyscy piszą o tym, na czym się nie znają!

Nie da się ukryć – Kamil M. Śmiałkowski jest cały czas o jeden krok przed nami. Najpierw skradł nam obiecujący do skomentowania temat felietonu Bartosza Żurawieckiego poświęconego „Szklanej pułapce 4”, teraz znów wyprzedził w skomentowaniu wypocin Wiesława Kota na temat Quentina Tarantino, które ukazały się w zeszłotygodniowym „Wprost”. Odpłacę się Kamilowi i w tym wpisie wyprzedzę jego samego w odpowiedzi na replikę Żurawieckiego.

 

Ale jeszcze dwa słowa o Kocie. W artykule „Grzybnia z patatajcem” przywala on Tarantino za „Grindhouse”. Nie wnika nad przesłankami powstania tego filmu, nie interpretuje jego formy, odkrywa jedynie, że Tarantino bawi się starymi rekwizytami. Jakże to odkrywcze i warte aż dwóch stron poczytnego tygodnika.

 

Tygodnika, w którym zresztą dział kultury przeżywa interesującą metamorfozę. Pół roku temu wydawało się, że ma dorównać „Przekrojowi” (który, przyznajmy, tygodnikiem jest przeciętnym, ale akurat działem recenzji kulturalnych bije na głowę całą konkurencję – ciekawe, czy się to nie zmieni po zmianie naczelnego). Zwiększano wówczas we „Wprost” miejsce na kulturę, pojawiało się dużo recenzji, był lokalny dodatek „WiK” (Wprost i Kultura, dawniej Warszawski Informator Kulturalny). A potem wszystko poszło w diabły. WiK zmienił się w przewodnik po restauracjach, a dział kultury zamienił się w potworka o nazwie „Kultura i styl”, w którym znajdziemy, obok omawianego artykułu o Tarantino, teksty o ubiorach prezenterów telewizyjnych, o globalnym ociepleniu i energetyce jądrowej, wreszcie przegląd warszawskich burdeli (!). A w ramach wyjątku kiepski tekst o George’u Michaelu, koncentrujący się na skandalach związanych z orientacja seksualną, a nie muzyce, tekst autorstwa jednego z byłych jurorów „Idola”, który zasłynął tym, że publicznie zapowiedział, że w drugiej edycji nie weźmie udziału, po czym wziął i w niej, i w dwóch następnych.

 

Wszystko to doprowadza mnie do smutnej konstatacji, że po prostu we „Wprost” nikogo dział kultury nie obchodzi. Ostatecznie tygodnik, który prawie co tydzień ma jakiś wystrzałowy materiał polityczny, zupełnie nie musi się martwić o to, co pisze w rubryce, którą interesuje się może 3% czytelników. Pewnie naczelni już nawet tam nie zaglądają – podobnie zresztą jak większość czytelników.

 

Ale, ale, miało być o Bartoszu Żurawieckim (dwa słowa mi się zadziwiająco rozciągnęły). Niestety ten znakomity krytyk (piszę to bez żadnej ironii) odpowiada na polemikę Kamila tak, że aż wystawia się na ciosy – można mi więc zarzucić, że idę na łatwiznę, tekst ten komentując. Ale dzięki temu mam okazję przypomnieć dość chyba oczywiste twierdzenie, które popularyzuję od dawna (m.in. w felietonie na Stopklatce) – „Nie każdy krytyk powinien pisać o każdym filmie!”. Żurawiecki, który w tekście o „Szklanej pułapce” wystawił się strzał niekumaniem bazy, czyli niezrozumieniem konwencji i błędami rzeczowymi, radzi Kamilowi, aby ten poszedł w jego ślady (czyli pisał o tym, na czym się nie zna) i stworzył tekst o Bergmanie. Pomysł doskonały – w ten sposób już wszyscy będą pisali o tym, na czym się nie znają (Kamilu, jeśli Bergmana masz w małym palcu, to szczerze przepraszam, ale nie znałem Cię z tej strony do tej pory, więc czynię pewne założenie), nikt tego czytał nie będzie (bo po co miłośnikom kina Bergmana opinia Śmiałkowskiego, a miłośnikom kina Willisa opinia Żurawieckiego) i będą setki ciekawych możliwości rozwoju dla działów kultury tygodników opinii.

 

 

Konrad Wągrowski

10:11, blog_esensja
Link Komentarze (5) »
sobota, 21 lipca 2007
Rep słucha rapu

Piosenka „What’s Your Number” wykonywana przez Cypress Hill powoduje, że czuję się staro. Po pierwsze, nie sposób nie zauważyć, że tak naprawdę mamy do czynienia z „Guns of Brixton” The Clash (1979), jedynie tekst jest nowy, na miarę naszych czasów. A ja od jakiegoś czasu mam wrażenie, że trzy czwarte nowości brzmiących w popularnych stacjach radiowych to remiksy, premiksy, zamiksy, przemiksy i wymiksy: zwykłe, odjechane, zmienione o dwie nutki i inne. Teza „znane lepiej się sprzedaje” zaczyna wygrywać w pewnych segmentach kultury z poszukiwaniem, potrzebą nowości, po której można rozróżnić chałturnika od artysty.

 

 

Ale śloz nad muzyki wtórnością lał nie będę, bo jest wolny rynek - zmienię stację i będzie dobrze. Jeszcze da się dorwać do czegoś świeżego w radiu. Nie, mnie do kategorii zmierzłych repów spycha zupełnie co innego, a mianowicie przedstawiona w piosence scena zawiązania intymnej przyjaźni damsko-męskiej. Chłopak patrzy na dziewczynę i mu się podoba. Myśli, myśli, po czym podchodzi, pyta o imię i oferuje drinka. Odpowiedź: „If you want my name, you gotta do better than that” (brawo, mała). On się nadyma i odwraca, nie zdając testu na inteligencję, wytrwałość i dowcip jednocześnie. I co? I babka go prawie że przeprasza, zamiast cieszyć się, że kiepszczak odpłynął w inne rejony baru. Kończy się to zaś tradycyjnym „banging in the back of a Benz” (eeech, mała).

Jeśli ktoś z czytających podświadomie oczekuje, że zaraz zacznę z pianą na ustach potępiać rozpasanie młodzieży i propagować przedmałżeńską czystość, to przykro mi, ale nic z tego. Moich uczuć nie uraża fakt, że sobie młodzi używają, ale to, że w całej opisanej powyżej procedurze podrywu brak klasy. Będąc fanem Starszych Panów (których piosenki bardzo często opiewają miłość i jej skutki, niespecjalnie krępując się więzami małżeństwa), porównuję powyższe zdawkowe umizgi Anno Domini 2004 z rozbudowanymi, błyskotliwymi zalotami, których forma była równie ważna co treść. I tej właśnie staromodnej elegancji żal.

Eryk Remiezowicz

22:12, blog_esensja , Varia
Link Komentarze (5) »
czwartek, 19 lipca 2007
Esensja się poleca (1)

Zgodnie z zapowiedzią, pozwalamy sobie po raz pierwszy na odrobinkę bezczelnej autopromocji. Z esensyjnych publikacji w ostatnich dniach chciałbym w szczególności polecić następujące teksty:

Agnieszka Szady - Pisanie o pisaniu czyli warsztaty literackie dla początkujących

Mały, ale bardzo przydatny i dowcipny poradnik dla początkujących autorów prozy (głównie fantastycznej, ale nie tylko). Zwracam też uwagę na ilustracje autorki.

Piotr Dobry - Michał, przestań pieprzyć!

Michał Walkiewicz - Piotrze, dajże mi jeszcze trochę popieprzyć…

Ostra dyskusja na temat filmu "Gang Dzikich Wieprzy". Zaczęło się od polemiki Piotra do recenzji Michała z magazynu "Film", na którą to polemikę Michał odpowiedział na naszych łamach. Aby oddać temperaturę dyskusji, pozwolę sobie zacytować wstępy do obu tekstów:

Mój nowy kolega z tabeli tetrycznej, Michał Walkiewicz, w lipcowym „Filmie” bezceremonialnie rozprawił się z „Gangiem Dzikich Wieprzy”. Pal licho, że przyznał komedii Beckera tylko jedną gwiazdkę – de gustibus non est disputandum. Gorzej, iż w samej recenzji – pozwolicie, że konsekwentnie będę się trzymał terminologii łacińskiej – pieprzy jak potłuczony.

Michał Walkiewicz odpowiada na tekst Piotra Dobrego „Michał, przestań pieprzyć!” i, jak sam twierdzi, „specjalnie dla niego, za darmo, pisze trzy razy dłuższą recenzję niż ta, za którą zapłacił mu FILM”.

Z dobrze poinformowanych źródeł wiadomo, że dyskuja będzie kontynuowana.

Dodatkowo informuję, że w stałym plebiscycie "Esensji" i "Stopklatki" na najlepszy film kwartału tym razem wygrał "Zodiak" Davida Finchera.

Szczegóły TUTAJ .

Konrad Wągrowski

10:53, esensja1
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 16 lipca 2007
Nie idzie nadążyć...

Kupiłem dziś magazyn "Laif". Czasopismo o klubach i muzyce klubowej, aspirujące do bycia polskim "Mixmagiem", chociaż raczej niedosiężne to aspiracje. Nieważne. Aktualny numer ma na okładce Lily Allen, znaną zapewne niektórym z Was angielską wokalistkę, "niegrzeczną dziewczynkę" z Londynu.

No i właśnie. Niby nadal Lily Allen jest nową postacią na scenie muzycznej, niby wszystko jest w porządku. Ale osoba mająca na co dzień do czynienia z internetem tylko ziewnie: "it's soooo last Tuesday". Po prostu przerób popkultury jest tak szybki, że zwyczajny cykl wydawniczy raczej nie nadąża. Materiały do miesięcznika trzeba zamówić, sprawdzić, zredagować, złożyć, znaleźć zdjęcia, wydrukować, rozesłać, wreszcie sprzedać magazyn. Możliwe, że coś pominąłem, ale obraz jest widoczny. A w internecie? Wszystko zdaje się powstawać o wiele szybciej, zwłaszcza jeśli nie myślimy o przemyślanych i opracowanych tekstach na poziomie Esensji (:P), lecz o blogach, vlogach, flogach, MySpace'ach, youtube'ach, Facebookach, metacafejkach czy forach. Wszędzie tam twory ludzkiego umysłu - dobre, niezłe, słabe, koszmarne - są umieszczane praktycznie od razu po powstaniu. I rozchodzą się z szybkością ograniczaną jedynie przez przepustowość łącza. Od razu pojawiają się też komentarze, riposty, do filmiku tworzone są również filmowe ciągi dalsze lub alternatywne wizje, nowe piosenki ulegają zremiksowaniu, tysięczne posty wylatują spod palców milionów użytkowników. W tym świecie odpowiedź na posta sprzed dwóch dni jest odgrzewaniem dawno zaschniętej jajecznicy, nawiązywanie do komentarza sprzed tygodnia budzi zdziwienie, a wypadnięcie autora popularnego webstripa z obiegu na miesiąc powoduje, że jego skrzynkę zasypują gniewne maile od 10% czytelników, a 70% pozostałych znajduje sobie nowy komiks jako obiekt codziennej lektury. Miesiąc w internecie - to epoka. Nie można wypaść z obiegu - coś modnego dziś jutro może być kamieniem obrazy. A wszystkiego jest coraz więcej... Nie idzie nadążyć.

W tej rzeczywistości pisanie przez tradycyjne miesięczniki o nowych zjawiskach w tonie przedstawiania ich czytelnikom jest coraz trudniejsze, o ile nie niemożliwe. Bo czytelnicy zazwyczaj siedzą też na sieci i nowości rekomendują sobie nawzajem, nie czekając na wskazówki recenzentów z miesięczników.

A czemu akurat wizerunek Lily Allen na okładce skłonił mnie do napisania tego wpisu? Bo Lily Allen wypromowała się sama - właśnie na MySpace - i słyszałem o niej od sieciowych znajomych dłuuugo przed pojawieniem się jej nazwiska w prasie.

Nie idzie nadążyć.

 

Michał Kubalski

21:18, blog_esensja , Varia
Link Komentarze (4) »
sobota, 14 lipca 2007
Kategoria wagowa Anny Marii

Ludzie lubią etykietki. Być może takim stwierdzeniem wpływam na mieliznę banałów, ale nie przestaje mnie to dziwić. To jak szufladkowanie, kategoryzacja i segregacja pomaga w sprzedaży nad wyraz wyraźnie widać w branży muzycznej. Fonograficzne koncerny do spółki ze sklepami dwoją się i troją, żeby tylko dobrze sprzedać jakiegoś gniota. Ich spece od marketingu nie śpią i nie jedzą, obmyślając od ranka do wieczora strategię sprzedaży dla gwiazdki popu, która przecież nie może zwać się „gwiazdką popu”, bo jak to brzmi: „gwiazdka popu”! Toż to prawie obelga! Że co, że Kozidrak jakaś? Nie, tu trzeba znaleźć jakiś haczyk, coś, co przyciągnie klienta, a najlepiej połechce jego ego. Siedzą więc tacy niewyspani i głodni spece w swych szklanych, warszawskich biurowcach i kombinują. I jeden mówi np. tak:
– Jak wypuścimy tę nową Annę Marię Jopek pod szyldem pop, to nikt tego nie kupi. Ludziska wstydzą się przecież, że słuchają tego, co wszyscy. Ale gdybyśmy nazwali to jakoś inaczej, jakoś fajniej…
– Dobrze mówisz – przytakuje inny spec. – Najlepiej tak, żeby klient kupując płytę kupował sobie prestiż społeczny, żeby myślał, że jest wyjątkowy i lepszy od innych.
– Wiem! – odkrzykuje jeszcze inny, zapewne najbardziej wyspany i najedzony fachowiec. – Pamiętacie jak określiliśmy tę płytę Katie Melua? Tak jakoś snobistycznie… „Dżes”, czy jakoś tak… Sprzedała się jak świeże bułeczki. Może by tak i z tą Jopek, co? Ona podobno „dżesowa” jest bardzo.
Pozostali przyklaskują koledze: toć to doskonała idea. Na dodatek ktoś z wytwórni potwierdził, że na albumie grają wspaniali muzycy „dżesowi”, więc spece mają czyste ręce. Wiadomo wszak, że jak na płycie gra taki koleś, co się nazywa Marsalis, to cała płyta jest dżesowa, że hej! To już, do dzieła! Zrobi się to tak: wyśle się taką płytkę recenzentowi ze znanego pisma branżowego. Chłop załamie oczywiście ręce, bo muzyka nudna to i nieciekawa, choć wśród muzyków legendy synkopowanej muzyki, ale przecież to porządny Polak: krajowego wykonawcy nie skrzywdzi. I posypią się recenzenckie gwiazdki. Następnie płyta trafi na snobistyczną półkę z napisem „Jazz”. A potem wypromuje się ją ogłaszając wszem i wobec: „Oto rasowa, jazzowa płyta, fani Możdzera i Mino Cinelu, oto album sygnowany nazwiskami najlepszych jazzmanów świata, a jakby tego było mało jest made in Poland, kraju mlekiem i jazzem płynącym, gdzie tworzył Komeda i tworzy Stańko - szczegół, że niewielu Polaków o tym wie.
Nie lękajcie się jednak gospodynie domowe, i wy, kierowcy ciężarówek, i wy, pryszczate nastolatki! Toć to przecie Anna Maria, nasza Ania kochana, uosobienie „krainy łagodności”. Znacie ją i lubicie. Gwarantujemy, że słuchając tej muzyki nie będziecie musieli zbytnio mózgów trudzić, ani rodziny przy kolacji rozpraszać. Pomyślcie, jakaż to perwersyjna przyjemność móc sąsiadce powiedzieć: „Wiesz, ja to teraz tego dżesu słucham i powiem ci, że bardzo mi się podoba, bardzo”.


Płyta: 57 złotych; radio z odtwarzaczem CD: 300 zł; mina sąsiadki: bezcenna.

Paweł Franczak

22:25, blog_esensja , Varia
Link Komentarze (4) »
czwartek, 12 lipca 2007
Szczerbata inteligencja
W szalonym pędzie dzisiejszych czasów już nawet zdissować kogoś można nie zdążyć, bo zawsze inny chętny może cię ubiec. Chciałem właśnie w tym oto miejscu wyżyć się nieco na Bartoszu Żurawieckim za pożałowania godny felieton o czwartej „Szklanej pułapce”, ale niestety Kamil Śmiałkowski mnie wyprzedził. I zrobił to na tyle sprawnie, że już nie mam nic do dodania.

Na szczęście krytyków niekumających idei kina stricte rozrywkowego ci u nas dostatek, a „Szklana pułapka 4.0” jakoś szczególnie rozpaliła w nich chęć produkowania pseudointelektualnych protestów przeciw takiemu kinu. W to mi graj – Żurawieckiego podpieprzyli, to chociaż na osłodę mam Jacka Szczerbę.

Szczerba co prawda nie myli ani aktorów, ani obiektów rządowych, ale za to napina się  do granic śmieszności. Zaczyna ulubionym sloganem krytykanckiej elyty, czyli pustosłowiem, którego szczerze nienawidzę, a które z niewiadomych powodów zrobiło nadzwyczajną karierę w kręgach krytyków filmowych. Mowa oczywiście o „obrażaniu inteligencji widzów”, tj. argumencie równie wartościowym co „świerzbienie widzów pod pachami”. Coś cię podczas seansu obraża? Coś cię świerzbi? To pozwij właściciela kina, producenta filmu, reżysera. W skrajnie optymistycznym scenariuszu wypłacą ci odszkodowanie. Ale bardziej realne, że cię wyśmieją i powiedzą, że twój świąd czy twoje zaburzenia IQ to nie ich biznes.

Dla obrażonego inteligenta Szczerby „Szklana” ma jednak jedną zaletę: „może służyć za wzorzec niedobrego filmu akcji, gdyż zawiera wszystkie charakterystyczne dlań duractwa”. Owe „duractwa” autor postanawia ująć w pięciu punktach – i we wszystkich jest ujmująco wręcz anachroniczny, tudzież pocieszny. W skrócie, te 5 „duractw” to wg Szczerby: komputery jako narzędzie zbrodni, dwie osoby ratujące Amerykę, spektakularne efekty specjalne, wątek familijny oraz haker gadający sam do siebie.

Nieźle, nie? To teraz wpisujcie w komentach, ile znacie niedobrych filmów akcji zawierających wszystkie te „duractwa”. Szczerba najwyraźniej zna ich wiele, skoro elementy te jawią mu się jako „charakterystyczne”. Ja nie przypominam sobie żadnego, ale za to pamiętam, że komputer jako zagrożenie pojawił się w kinie już w latach 50. („Gog” Herberta L. Strocka, gdzie sabotażystą był superkomputer NOVAC), więc dowodzenie, że „komputer to dziś najwspanialszy scenariuszowy wytrych”, trochę mija się z prawdą. „Trochę”, czyli o jakieś pół wieku – bagatelka... Zaś stwierdzenie, że „pojawienie się (komputera) odmieniło nie tylko nasze życie, ale i kino”, również jest – łagodnie rzecz ujmując – niespecjalnie odkrywcze.

Lecz jeszcze bardziej osłabiające jest wciskanie kitu (proszę Wysokiego Sądu, Jacek Szczerba obraził inteligencję czytelników „Wyborczej”!), iż dwie osoby ratujące Amerykę to składowa charakterystyczna dla złego filmu akcji. Czy szanowny autor urwał się z choinki? Czy naprawdę nigdy nie oglądał żadnego klasycznego actionera z Arnoldem lub Sly’em, gdzie ci panowie W POJEDYNKĘ ratowali ŚWIAT? Oj, podejrzewam, że oglądał, tylko musiał po prostu wyrobić wierszówkę i pewnie nawet gdyby w „Szklanej” trzech facetów ratowało zaledwie Teksas, to i tak uznałby to za symptomatyczne dla niedobrego filmu akcji.

Nie kumam też wysuwanych przez Szczerbę pretensji, że „ambicja twórców sprowadza się do tego, by (efekty specjalne) były nowatorskie”. Czyli co – lepiej kręcić kolejne filmy akcji wg jakiegoś sprawdzonego szablonu, nic nie ulepszać, nic nie podkręcać? Zarzut tym bardziej pozbawiony sensu, że akurat w czwartej „Szklanej pułapce” stosunek „staromodnych” kaskaderskich sztuczek do komputerowych efektów jest mniej więcej proporcjonalny, czego w dzisiejszych blockbusterach, niemal całkowicie kreowanych cyfrowo, praktycznie się nie spotyka.

Najlepszy z tego wszystkiego i tak jest jednak akapit, którym Szczerba kończy swoje wywody. Najpierw mamy jakże polską zazdrość („Aż strach pomyśleć, że na ten chłam wydano aż 110 mln dol.”), następnie jakże polskie sugestie („A nie lepiej było przetransferować tę forsę do Polski?”) – niby z jakiej paki??? – a na koniec jakże kosmiczne marzenie („Machulski nakręciłby »Kuriera z Warszawy«, Pasikowski »Stankiewicza«, Zanussi »Jadwigę Andegawenkę« i jeszcze zostałaby kupa szmalu dla innych). O kurde, pamiętając ostatnie (i nie tylko) dokonania tych twórców, wolałbym jednak bardziej racjonalne spożytkowanie tego szmalu. Na przykład dołożenie jeszcze 100 zielonych baniek i nakręcenie z rozpędu „Szklanej pułapki 5”. „Czwórka” podobała mi się zresztą na tyle, że właśnie na to liczę.

Piotr Dobry
10:14, blog_esensja , Filmy
Link Komentarze (13) »
środa, 11 lipca 2007
Kulejący mistrzowie

Najgorzej, jak człowiek zasmakuje w dobrej literaturze. Trafi na jednego czy drugiego pisarza, którego bibliografia po jakimś czasie zasili półki domowej biblioteczki. Chce się więcej. Zaczyna się szukać, gdzie popadnie. Kupuje się furę książek, nowości i staroci. Gdzieś w tym gąszczu jest Ten autor, jest książka, której lektura sprawi, że z zachwytu kopara opadnie niżej pięt.

Ilość czasu, jaką trzeba zainwestować w przedzieranie się przez plewy, jest niestety znacząca. A potem człowiek "zamyka miesiąc" z czterema przeczytanymi książkami, które nie wzbudziły w nim jakiejkolwiek głębszej emocji. To nie to, że nie ma ich za co zachwalać. Szkopuł w tym, że nie ma ich też specjalnie za co "rozszarpać" negatywną recenzją. Są nijakie. Porządego tekstu z tego nie będzie, a byle czego nie wypada na renomowane, bądź co bądź, łamy pchać, bo i portalowego brandu żal, i nazwiska w sumie też.

Ten blog ma być dla mnie złotym środkiem na wyjście z takich sytuacji. Skoro się już nacierpię, czytając kolejną popłuczynę po Danie Brownie, w dodatku wiedząc, że nie ukręcę z tego żadej sensownej recenzji, bo mi się zwyczajnie nie chce, niechaj chociaż ze dwa akapity na blogu kogoś przed podobną męką ustrzegą. Nawet jeśli nie będą najwyższych lotów.

-*-

Na początek dwóch dość ciekawych pisarzy. Philipp Vandenberg to na dobrą sprawę autor jednej książki: Spisku Sykstyńskiego. I to się niestety nie zmienia. Jego "Zapomniany pergamin" to po prostu kolejna pozycja Brownowskiego chowu, nie najgorsza, ale bez fajerwerków.

Niespecjalnie radzi sobie obecnie David Morrell, potentat, jeśli idzie o thrillery i sensacje. Autor tak kapitalnych rzeczy jak "Desperackie kroki", "Ostre cięcie" czy "Podwójny wizerunek", ostatnio płodzi książki mało zaskakujące, pozbawione kapitalnych suspensów, do których czytelników przyzwyczaił. Jego "Infiltratorzy" sprzed roku, czy ich kontynuacja pt. "Łowca", świeżo na półkach polskich księgarni, to rzeczy może i niezłe, ale zupełnie nietrzymające poziomu, do którego przywykłem, gdy idzie o tego pisarza.

Coś mistrzowie ostatnio kuleją.

-*-

Eryk napisał uzasadnienie swego poparcia dla ruchów czynionych przez Ministerstwo Edukacji wokół listy lektur. Jest to jeden z najsensowniejszych głosów w tej sprawie, jakie słyszałem. A były na ten temat opowiadane najrozmaitsze dyrdymały. Już myślałem, że hitem wiodącym będzie powtarzana bujda, że tu niby ktoś komuś zabrania czytać tego czy owego pisarza, ale przebił to wywiad z grupką uczniów, którzy "stanowczo protestowali". O tym, jak się setnie ubawiłem, widząc szlachetny gniew młodych lwów, nie będzie wiedział nikt, kto nie ma świadomości, jak malowniczo nasza młódź olewa wszelkie lektury, jadąc głównie na streszczeniach (drukowanych również w wersji mikro, żeby było wygodnie z czego zrzynać podczas zadań klasowych). Że niby "my chcemy Gombrowicza"? Jak rany, do kogo ta mowa?!

Jeśli mnie pamięć nie myli, do podobnego co Eryk wniosku doszedł redaktor Sianecki z TVN. Tyle że usunięcie z kanonu lektur dzieł ambitnych (nazwijmy je tak dla świętego spokoju) i ich wymianę na lekką prozę Sienkiewicza potraktował ze strasznym przekąsem, że niby minister chce się dochować głąbów. Nie przyszło mu do glowy, że głąbów to my już mamy pełen urodzaj, i to z tym coś trzeba zrobić.

Marcin Łuczyński

00:34, blog_esensja , Książki
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
Magazyn Esensja