Kategorie: Wszystkie | Filmy | Gry | Komiksy | Książki | Magazyn | Muzyka | Varia
RSS
sobota, 28 czerwca 2008
Ciąg dalszy rozważań o stylach

W komentarzach pod artykułem Orbitowskiego, Dukaja i Szostaka ktoś bardzo przytomnie zwrócił uwagę, że rzeczy takie, jak krótkie akapity i proste zdania mogą być niekiedy skutkiem interwencji redakcji – debiutant o zbyt rozbuchanym stylu (co się czasami przydarza debiutantom, wystarczy wspomnieć niektóre cytaty omawiane przez Feliksa W. Kresa w jego “Kąciku złamanych piór”) dostawszy zalecenie jego uproszczenia może się później tej rady trzymać kurczowo, co w jakiś sposób ograniczy jego rozwój. Że nie jest to hipoteza bez pokrycia, wskazują doświadczenia jednej mojej znajomej pisarki (bynajmniej nie piszącej jakimś zawiłym stylem), która, próbując opublikować w “Nowej Fantastyce” swoje opowiadanie, usłyszała, że zdania są za długie, a akcja toczy się zbyt powoli...

Dodatkowo istnieje pewna oczywista oczywistość: o ile poprawnego pisania każdy może się nauczyć, o tyle do niezwykłych zabiegów stylistycznych trzeba po prostu mieć specyficzny talent.

Pisanie prostym i klarownym stylem nie oznacza jeszcze nieodróżnialności poszczególnych autorów – na przykład Milena Wójtowicz i Romuald Pawlak nie tylko są autorami Fabryki, ale w dodatku oboje tworzą fantasy w konwencji groteskowej, a pomylić ich stylu nie da się w żaden sposób.  Swoją drogą, zabawnie by było, gdyby Fabryka wydała antologię (na przykład na Prima Aprilis), do której każdy z jej autorów napisałby opowiadanie swoim stylem, ale o postaci i świecie kogoś innego: powiedzmy, Andrzej Pilipiuk o Vuko Drakkainenie, Milena Wójtowicz o Wędrowyczu, Jacek Komuda o Nocarzu, Magda Kozak o Załatwiaczce i tak dalej. Mogłoby być ciekawie...

 

Agnieszka “Achika” Szady

 

10:33, blog_esensja , Książki
Link Komentarze (1) »
czwartek, 26 czerwca 2008
Styl bez stylu?

Esej-dyskusję między Dukajem, Orbitowskim i Szostakiem o książkach wydawanych przez "Fabrykę Słów" przeczytałam z dużym zainteresowaniem; mimo pewnych uproszczeń (większości autorów publikujących w FS nie da się od siebie odróżnić po stylu? No, bez przesady...) bardzo ciekawie wypunktowuje on pewne zjawiska. Ich istnienie zapewne część czytelników mgliście sobie uświadamiała, ale zawsze przyjemnie przeczytać konkretne podsumowanie. Mnie na przykład wiele dał do myślenia fragment o "zbyt filmowym" pisaniu. Spostrzeżenia o "deobciachizacji polskiego bohatera" i pisarsko-czytelniczych mocarstwowych snach też są ciekawe, choć one akurat bywały już poruszane przez innych felietonistów. Swoją drogą, miło, że od kilkunastu lat autorzy nie wstydzą się osadzać akcji w Warszawie, Lublinie czy Wrocławiu zamiast w tekturowo wyglądających miastach USA lub jakichś zupełnie nieokreślonych lokalizacjach. Wykorzystywanie realnie istniejących miejsc może też być pewnym przyczynkiem popularności książek – znam dziewczynę, która stała się fanką "Podatku" Mileny Wójtowicz właściwie wyłącznie dlatego, że powieść ta rozgrywa się w Lublinie...


Najbardziej jednak zainteresowały mnie (jako czytelniczkę, ale i wannabe pisarkę) rozważania o języku, jakim się tworzy. Narzekanie, że polska fantastyka jest pisana zbyt prostym stylem, jest najwyraźniej swego rodzaju konikiem Jacka Dukaja, bo natykam się na nie już w kolejnej jego wypowiedzi. Jacek ma rację i zarazem jej nie ma. Dlaczego?

Nie ulega wątpliwości, że wielu polskim powieściom fantastycznym przydałoby się nieco zabiegów literackich, i to wcale nie z górnej półki, ale takich najprostszych: indywidualizacja wypowiedzi bohaterów, ciekawsze opisy (lub też w ogóle jakiekolwiek opisy – w przywołanym wyżej "Podatku" miałam duże problemy z wyobrażeniem sobie miejsc pobytu bohaterów, a wszak akcja dzieje się w moim rodzinnym mieście), może jakaś niewielka zmiana stylu narracji przy punktach widzenia różnych osób... To jest oczywiście dużo trudniejsze niż pisanie wszystkiego na jedno kopyto, ale redaktorzy powinni swoich autorów usilnie do tego zachęcać (swoją drogą – co ktoś celnie zauważył w komentarzach pod tekstem – dyskutanci zupełnie pominęli rolę redaktora w powstawaniu książki).


Niektóre niedostatki mogą mieć korzenie we wspominanej już "filmowości" – nie żyjemy w XIX wieku, kiedy pisarz musiał jak najdokładniej przedstawić wygląd zamkowej komnaty, rycerskiej zbroi czy wysokogórskiego szlaku, bo znaczna część czytelników nigdy nie miała możności ich oglądać. Dzisiaj każdy zna to wszystko, i jeszcze więcej, z filmów, więc niektórzy autorzy ograniczają się często do jednego zdania, zaznaczając, że oto teraz jesteśmy w wykładanej marmurami sali balowej, a teraz w wilgotnym lochu (ostatnio przeze mnie przeczytany "Kłamca" Jakuba Ćwieka – recenzja w “Esensji” wkrótce – jest wręcz podręcznikowym przykładem takiego pisania). Zważywszy, że "opisy przyrody" od lat są symbolem tego, czego młodzi czytelnicy w literaturze nie znoszą, trudno się dziwić, że powieści z opisami sprowadzonymi do haseł zdobywają wśród nich popularność. Moim zdaniem brak opisów szkodzi ogólnej "klimatyczności" książki, jednak najwyraźniej niektórym to nie przeszkadza. A może młodzież, wychowana na zwięzłym Wędrowyczu i lakonicznej Achai, nie akceptuje już fantastyki z rozbudowanymi opisami czy szczegółowym przedstawieniem wrażeń bohatera...? Oczywiście nie chodzi mi o to, by cała literatura składała się głównie z wielostronicowych opisów gry świateł na korze dębu w lesie, przez który akurat przejeżdża bohater, czy też całorozdziałowych refleksji tegoż nad stojącą na stole szklanką. Piszę to na użytek osób mających tendencje do popadania w skrajności i wykrzykiwania "Chcesz opisów, to sobie
»Nad Niemnem« poczytaj!".

 

Jednak zarzuty, że język szklanka, że zbyt przezroczysty, że jest dla autorów "równie nieistotny jak kolor klawiatury" to już pewna przesada. Bo nawet jeśi to prawda, to przecież mówimy o literaturze POPULARNEJ – czy w niefantastycznych odmianach tejże (kryminał, romans, powieść sensacyjna) znajdziemy jakieś szczególnie zaawansowane chwyty literackie?


Oczywiście, nie cała fantastyka powinna być (i, na szczęście, nie jest) odpowiednikami książek Chmielewskiej czy Grocholi. Jednak ta wydawana przez "Fabrykę Słów" akurat bardzo często jest – w końcu większość to proste przygodówki, częstokroć do jednorazowego przeczytania, bo z wyjątkiem kryminalnych zagadek nie ma w nich nic, co mogłoby czytelnika przyciągnąć. Nie ma co oczekiwać awangardowych gier z językiem. Choć nikt nie zaprzeczy, że nawet w czysto przygodowej literaturze miło byłoby od czasu do czasu napotkać jakiś odkrywczy opis czy szczególnej urody zdanie.

Agnieszka “Achika” Szady

16:15, blog_esensja , Książki
Link Komentarze (3) »
wtorek, 24 czerwca 2008
Dlaczego "Gazeta" nie lubi Bollywood?

Prawdę mówiąc nie mam zielonego pojęcia. Może to zbyt plebejska rozrywka, może nie wypada zachwycać się takim kiczem?

Ale że nie lubi to fakt niezaprzeczalny. Wystarczy spojrzeć na recenzje filmów bollywoodzkich, szczególnie na te firmowane nazwiskiem Pawła "Dwie Gwiazdki" T. Felisa.

Ot, na przykład "Don" to według Pawła T. "bezwstydna kopia Hollywood", "kiczowata muzyka" i "jedna wielka maskarada" (która jednak jakimś cudem zasłużyła na dwie gwiazdki). Do tego recenzent z trudem pojmuje istnienie czegoś takiego jak konwencja (choć ostatecznie dochodzi do genialnego i odkrywczego wniosku: "Wszystko na niby - jak inaczej wytłumaczyć zresztą taneczno-muzyczne przerywniki?") i narzeka na długość seansu ("Czy tylko o to chodziło w tym niemiłosiernie długim, blisko trzygodzinnym widowisku?"). Trochę inne zdanie na ten temat mają czytelnicy internetowej wersji Gazety (dając filmowi 4,5 na 5 gwiazdek) oraz esensyjna specjalistka od bolly - Ewa Drab.

I kolejny: o "Nigdy nie mów żegnaj" Paweł T. pisze , że to "psychologiczny banał ociekający kiczowatym pięknem" i "pseudopoetyckie mądrości". Znów ocena na 2 gwiazdki i biadolenie nad długością filmu ("Gdyby tylko nie trwał ponad trzy godziny!"). Nie jest zaskakującym, że jest osamotniony w swoich narzekaniach - jako jedyny z recenzentów "rozsypuje popcorn". Esensja oczywiście też ma inne zdanie.

"Fanaa " czy "Żona dla zuchwałych "? Oczywiście ten sam schemat: dwie gwiazdki, narzekanie na długość filmu i słowa-klucze: "kicz", "infantylność", "nieprawdopodobieństwa". (dla równowagi: tekst o "Fanaa" w Esensji). Najlepiej podsumował to jeden z internautów: "uwielbiam czytac recenzje pna Felisa, szczególnie jeśli chodzi o filmy bollywoodzkie. na naszym rynku pojawiaja się rózne filmy- DDLJ to była komedia romantyczna, Don- sensacyjne kino, Fanaa to dramat. ale dla pana Felisa wszystkie sa takie same ;) to sie nazywa umysl krytyka :)"

Co prawda przy "Jestem przy tobie" pojawiły się aż 4 gwiazdki , ale to raczej wypadek przy pracy i chochlik drukarski, bo recenzja jest identyczna jak poprzednie ("Jawne manipulowanie emocjami, cukierkowe piękno obrazów, słodka muzyka, wiele nieprawdopodobnych zdarzeń i naiwność fabuły", "to niejako esencja kiczu"). Oczywiście z obowiązkowym wierceniem się w fotelu ("To po prostu rodzaj beztroskiej trzygodzinnej zabawy, która od połowy - przyznaję - zaczęła mnie już nużyć."). Można więc spokojnie założyć, że Paweł T. dał dwie gwiazdki, a jakiś nieuważny redaktor przypadkowo ocenę podwoił.

Trochę lepiej Bollywood traktuje Paweł Mossakowski... bo równo jak leci daje gwiazdek trzy. Przy czym przyjmuje bezpieczną taktykę: streszcza fabułę do absolutnego minimum ograniczając prezentację własnego zdania. Ale i dla niego każdy film jest identyczny - czy to "Gdyby jutra nie było" , "Veer-Zaara"  czy "Bunty i Babli", komentarz sprowadza się do stwierdzenia "kto nie czuje bluesa nie powinien oglądać, a wielbiciele będą zachwyceni". Oczywiście ostrzeżenie przed długością seansu też się pojawia.

To tylko kilka przykładów i najmniejszy pikuś. Krótkie, schematyczne notki, identyczne dla każdego filmu to recenzencka porażka ale może jeszcze nie kompromitacja. Ta ostatnia przychodzi gdy się próbuje wyjść poza wzorzec pseudointelektualnego bełkotu ("psychologiczny banał", "pseudopoetyckie mądrości" i użycie słowa "kicz" w co drugim zdaniu) lub asekuranckich oczywistości ("Miłośnicy Bollywoodu będą w raju, ale przyznam, że ja, nienależący do tego kręgu, przeżywałem tu ciężkie chwile", "Niemniej film  (...) powinien zostać doceniony przez miłośników hinduskiego kina", "Kto lubi ostre kombinacje smakowe połączone z innymi właściwościami hinduskiego kina jak rozbrajająco jawna kiczowatość, telenowelowa jaskrawość konfliktów i nadekspresyjna maniera aktorska - może się na tę kolorową bajkę wybrać. Ci jednak, którzy tej konwencji nie trawią (...) - niech się trzymają od kina z daleka." - trzy puenty z trzech kolejnych recenzji Mossakowskiego). I wtedy pojawia się WTOPA. Recenzent się zwyczajnie zbłaźnia, a czytelnik zaczyna wątpić czy Wielki Krytyk raczył w ogóle obejrzeć film.

Ale o tym już w serwisie - z pikantnymi przykładami, bez cenzury i rozszerzając przegląd na inne poważane (choć niekoniecznie "poważne") gazetki. Jaki film jest "gradką", co wiemy o "Omie Shantim Omie" (pisownia oczywiście oryginalna), kto uważa hinduskie aktorki za "komputerowo spreparowane"? Te i inne głupoty w tekście "Klata Khana, czyli zła prasa Bollywood".

A co durniejsze wpadki na czele z "komputerowymi kobietami" - imię ich Legion, więc po raz wtóry nie będę wszystkich wymieniał - niniejszym nominuję do Popkuriozum.

Jakub Gałka
poniedziałek, 23 czerwca 2008
Oni czasami wracają

Idole mego dzieciństwa (miałem wszystkie kasety, koszulkę, przypinki, a jakże), pierwszy boysband, który zrobił światową karierę - New Kids On The Block - wzorem młodszych koleżanek ze Spice Girls powrócił na scenę. Po 14 latach!

Spicetkom powrót nie wypalił, więc czy NKOTB mają jakieś szanse na sukces? Nie wiem, ale przyznam szczerze, że daleki jestem od szydery. Jakoś nie potrafię nie spojrzeć z przymrużeniem oka, ale i z nostalgiczną sympatią na pierwszy po przerwie teledysk podstarzałych lowelasów, w którym blisko 40-letni Donnie Walhberg, jeszcze niedawno ćwiartowany przez Jigsawa w "Piłach", paraduje po plaży z gołą klatą.

Klip chłopaki nagrali do nowego singla pod rozbrajająco oryginalnym tytułem "Summertime" (AllMusic pokazuje, że do tej pory powstało, bagatela, 2155 tak zatytułowanych piosenek):

 

 

W kimś jeszcze widok najstarszego boysbandu świata wywołuje, oprócz wrażenia uroczego obciachu, także miłe wspomnienia? Nie wstydźcie się, wpisujcie miasta.

Piotr Dobry

10:09, blog_esensja , Muzyka
Link Komentarze (3) »
piątek, 20 czerwca 2008
Uważaj co siejesz, czyli dzieci to zuuooo

No i stało się!

Redaktor naczelny Esensji, znany wielbiciel i znawca Indiany Jonesa, tak się podniecił czwartą odsłoną przygód nietypowego archeologa (czego dowodem choćby wstępniak do najnowszego numeru "Esensji" ), że od teraz wszystko będzie mu się kojarzyło z Indym. No bo jak inaczej wyjaśnić obecność w rankingu 10 najbardziej demonicznych dzieci... maharadży ze "Świątyni zagłady"?

No ja wszystko rozumiem: że zestawienie autorskie i niekanoniczne, że Raj Singh (notabene aktor jednej roli - a miał chłopak potencjał) miał naprawdę złośliwy uśmieszek, doceniam nawet dowcipną puentę. Ale bez przesady! Przy tylu ekranowych i literackich małych potworach w "10 naj" umieszczać maharadżę?!

A mówiąc już bardziej serio - kogo zabrakło?

Przede wszystkim dzieci nienarodzonych, czyli klasycznego "Dziecka Rosemary", i nowego, równie dobrego (pod warunkiem, że 10 minut przed końcem wyłączy się film) potomka "Żony astronauty". Szczególnie do tego ostatniego filmu mam sentyment bo udanie łączy grozę ze science fiction. No i jest tam genialny motyw astronautów "odciętych" w kosmosie (to akurat moje prywatne zboczenia, lęki i fascynacje - połykam wszystko, co z astronautyką i SF bliskiego zasięgu się wiąże - ale tak czy siak, film co najmniej dobry i na pewno straszny).

Jeśli już wstawiać do rankingu dzieci zwykłe, niemające nic wspólnego z magią/kosmitami/szatanem (a w sumie czemu nie, skoro znalazło się tam miejsce nawet dla robota?) to nie wyobrażam sobie, jak mogło zabraknąć  "Władcy much". Powieść Goldinga to przecież najklasyczniejszy z klasycznych (i wciąż przerażający) obraz zła wypływającego ze zwykłych, przeciętnych, normalnych dzieci... Brr...

Można by było dodać jeszcze kilka filmów o młodocianych mordercach, w rodzaju "Synalka" (czyli "Kevin chce być SAM w domu, więc Frodo musi się wynieść"), "Mikeya" czy opartego na powieści i kilkakrotnie powielanego "Nasienia zła". Internetowe zestawienia tego typu (tak, nie jesteśmy pierwsi, ale oryginalnością - znaczy maharadżą - bijemy wszystkich na głowę!) podsuwają jeszcze takie tytuły jak "Brood", "Firestarter" czy "Cubbyhouse" ale jako ignorant pozwolę je sobie przemilczeć.

O demonicznych dzieciach bardzo ciekawie pisał ostatnio (czytaj kilka miesięcy temu) Łukasz Orbitowski w swoich felietonach w "Nowej Fantastyce". Najpierw o "Małym Otiku" (choć ten film pewnie bardziej pasowałby do rankingu "morderczych zabawek" - zabójcze lalki, bałwany, pinokia, misie i te sprawy), a później o "Czy zabiłbyś dziecko?". Szczególnie ten ostatni film pasuje do wakacyjnego zestawienia - słoneczna Hiszpania, dwoje turystów i uśmiechnięte dzieci... tylko dorosłych brak.

No i na koniec mój faworyt, czyli bliźniaczki ze "Lśnienia" - co prawda ani to diabły wcielone, ani morderczynie, ale strachu napędziły mi onegdaj co niemiara. Właściwie to chciałem na koniec wpisu wstawić filmik z wiadomą sceną (Danny jadący rowerkiem), ale ponieważ nie jestem masochistą i w sumie nie lubię się bać, to sami musicie poszukać.

A o demonicznych/morderczych/strasznych dzieciach rozmawiamy na forum .

Jakub Gałka

18:07, blog_esensja , Filmy
Link Komentarze (5) »
wtorek, 17 czerwca 2008
Pięć utworów, jakie usłyszą polscy piłkarze po powrocie z Euro

Miało być pięknie, a jest jak zwykle. Polscy piłkarze wracają upokorzeni z Euro 2008. Sprawdził się czarny scenariusz z dowcipów opowiadanych przed mistrzostwami (np.: „Polacy grają trzy rodzaje meczów: mecz otwarcia, mecz o wszystko i mecz o honor”). Kiedy wyjeżdżali do Austrii, Wilki śpiewały im piosenkę z refrenem: „Idziemy na mecz, niech polski orzeł zawalczy jak lew”. Zawalczyć się nie udało. Piłkarze wracają przedwcześnie i myślę, że my również powinniśmy im coś zaśpiewać. Dla ułatwienia proponuję listę 5 utworów, które mogą usłyszeć biało-czerwoni od fanów czekających na lotnisku Okęcie.

5. „I Can’t Get No (Satisfaction)” The Rolling Stones

Co tu dużo mówić, satysfakcji z gry naszej reprezentacji nie odczuwam żadnej. Powiem więcej, trapi mnie jej chroniczny brak. Może ta piosenka uzmysłowi piłkarzom, że rzesza kibiców, która z trudem dostała bilety na Euro, nie pojechała tam, by sobie pokrzyczeć, a dopingować porządnie grający zespół.

 

 

4. „Mniej niż zero” Lady Pank

Czyli liryczna pieśń o sukcesach Polski w piłce nożnej. „Myślisz może, że więcej coś znaczysz, bo masz rozum, dwie ręce i chęć” – śpiewa Panasewicz i trafia w samo sedno. Chłopaki może mieli chęci i dwie ręce, a Leo Beenhakker robił im za rozum, ale zabrakło talentu, umiejętności i… nóg.

 

 

3. „Naprawdę nie dzieje się nic” Grzegorz Turnau

Tytuł tej piosenki oddaje specyfikę polskiej piłki – mijają lata, zmieniają się trenerzy, a z kondycją piłkarzy nie dzieje się nic. Jak przegrywali, tak przegrywają i nikt nie może temu zaradzić. Okazjonalne sukcesy stanowią tylko wyjątki potwierdzające regułę. Nam, kibicom, wraca wtedy nadzieja, ale niestety przypomina to sytuację z tekstu: „zwieść cię może ciągnący ulicami tłum / Wódka w parku wypita albo zachód słońca / Lecz pamiętaj, naprawdę nie dzieje się nic / I nie stanie się nic aż do końca”.

 

 

2. „Koniec” Elektryczne Gitary

„To już jest koniec / Nie ma już nic / Jesteśmy wolni / Możemy iść” – śpiewa proroczo Kuba Sienkiewicz. To koniec marzeń o Euro, nie ugraliśmy niczego. Przecież marnego punktu zdobytego ze spalonego nie będę liczył. Z drugiej strony my – kibice – jesteśmy wolni. Możemy spać spokojnie, nie martwiąc się o kolejny występ reprezentacji. Możemy bez nerwów iść oglądać pozostałe drużyny, które grają piłkę na światowym poziomie.

 

 

1. „Sen o dolinie” Budka Suflera

Jest to piosenka, która powinna być uznana za hymn naszej reprezentacji. Słowa rozpoczynające utwór: „znowu w życiu mi nie wyszło”, mówią same za siebie.

PS. Ale to tylko złośliwości, przecież wszyscy wiedzą, że polscy kibice są najwierniejsi na świecie i gdy przejdzie nam złość, jesteśmy w stanie wybaczyć każdą, nawet największą porażkę. Wszystkim więc dedykuję piosenkę Roberta Gawlińskiego „Nie pokonasz miłości”.

 

 

Piotr „Pi” Gołębiewski

Zobaczcie też co pisaliśmy w Esensji popkulturalnie o piłce nożnej:

Okrągła jedenastka, czyli kieszonkowy leksykon filmów dla każdego fana piłki nożnej

Największe polskie zwycięstwa i klęski… w popkulturze

10 naj… Futbol na obrazkach

23:06, blog_esensja , Muzyka
Link Komentarze (8) »
wtorek, 10 czerwca 2008
Jak dobrze wypaść, by przejść do historii

Marzyliście zapewne nie raz, jak wspaniale byłoby zostać zapamiętanym przez następne pokolenia. Ale jak to zrobić? Napisać książkę? E tam, w końcu zeżrą ją mole albo - nie daj Bóg - zostanie lekturą szkolną. Namalować obraz, nagrać piosenkę, nakręcić film? Sztuka jest z natury bardzo niewymierna i to, co dziś przysporzy wam sławy, jutro może zostać uznane za kicz lub stanowić wartość jedynie dla garstki snobistycznych krytyków. Więc co? Po ptokach? Niekoniecznie. Istnieje jedna i jedyna w swoim rodzaju metoda, która wbrew pozorom, fizyce i logice zapewnia nieśmiertelność. Co trzeba zrobić? W gruncie rzeczy niewiele.

Wystarczy bowiem uwiecznić na taśmie... moment wyskoku przez okno. I tyle? Gdzie tkwi haczyk? - zapytacie. Otóż wyskok musi być dobrowolny - w żadnym wypadku wymuszony przez osoby trzecie, jak to często bywa w barach (kino akcji) czy saloonach (westerny). No i jeszcze jeden warunek - okno (ewentualnie szklane drzwi) musi być zamknięte. Inaczej cały efekt diabli wezmą.

Przechodząc do meritum: przed wami zupełnie niepechowy ranking 13 najwybitniejszych wybitek przez szybę. Patrzcie i uczcie się.

13. "Superman II"

Czarne charaktery z Kryptona, generał Zod (Terence Stamp) i Ursa (Sarah Douglas), sprowokowani przez Człowieka ze Stali (Christopher Reeve), z godną podziwu synchronizacją rzucają się przez okna (start wyskoku: 1:31).

12. "Mission: Impossible III"

Agent specjalny Ethan Hunt (Tom Cruise) wyskakuje przez okno wieżowca i ratując się przed dekapitacją, błyskawicznie otwiera spadochron. Sprytne, mocne, robi wrażenie (start: 0:39).

11. "Terminator 2: Dzień sądu"

Zawzięty T-1000 (Robert Patrick) wyskakuje na motocyklu przez okno budynku, po czym wbija się głową... w helikopter. Wybitna scena, która znalazłaby się nawet o kilka pozycji wyżej, gdyby T-1000 nie wspomagał się przy wyskoku pojazdem, tylko wykonał go na własnych nogach (start: 1:57).

10. "Zabójcza broń 2"

Pokój hotelowy na siódmym piętrze. Detektyw Martin Riggs (Mel Gibson) rzuca się na wózek dostarczony do pokoju przez rzekomego kelnera, w rzeczywistości zabójcę, który chce sprzątnąć świadka koronnego Leo Getza (Joe Pesci), i w rezultacie cała trójka wypada przez okno... wprost do basenu. Jasnowidz ten Riggs czy co (start: 0:07)?

9. "W krzywym zwierciadle: Strzelając śmiechem"

Policjanci Jack Colt (Emilio Estevez) i Wes Lugar (Samuel L. Jackson) owinięci w prześcieradło wyskakują przez okno wieżowca do basenu. Parodia sceny z "Zabójczej broni 2", niegorsza od oryginału (start: 0:55).

8. "Transformers"

Co ma zrobić ziomal z sąsiedztwa, kiedy nagle do domu jego kuzyna (Anthony Anderson), z którym jeszcze przed chwilą grał sobie spokojnie na konsoli, bezpardonowo wbijają się funkcjonariusze FBI? Oczywiście wyskoczyć przez szklane drzwi prowadzące na podwórko (start: 1:42).

7. "Koszmar z ulicy Wiązów 2: Zemsta Freddy'ego"

Psychopatyczny Freddy Krueger (Robert Englund) wyskakuje przez balkonowe drzwi, po czym... rozpływa się w powietrzu. Surrealistyczne, niepokojące (start: 1:04).

6. "Hudsucker Proxy"

Prezes korporacji "Hudsucker Industries", Waring Hudsucker (Charles Durning), wyskakuje z 44. piętra swojej firmy. Jedno z najbardziej efektownych filmowych samobójstw (start: 0:04).

14:06, blog_esensja , Filmy
Link Komentarze (2) »
Jak dobrze wypaść, by przejść do historii - ciąg dalszy

5. "Strażnik Teksasu"

Cordell Walker (Chuck Norris) w swoim pięknym, niepowtarzalnym stylu walczy z bedgajem, aż w końcu łapie go oburącz za koszulę i panowie zgodnym rytmem rzucają się przez szybę, lądując na dachu samochodu. Realizator w swojej bezgranicznej wielkoduszności pokazuje nam tę scenę z kilku różnych ujęć! Bezcenne (start: 1:41).

 

4. "Tajniak"

Undercover Brother (Eddie Griffin), uciekając przez Białą Diablicą (Denise Richards), wyskakuje przez okno. To, co zdecydowanie wyróżnia tę scenę, to czysta magia - bohater wyskakuje w swetrze i z krótkimi włosami, a w momencie wybicia szyby ma już na sobie stylowy garnitur i afro (start: 2:43).

 

3. "X-Men: Ostatni bastion"

Przy pomocy lekarki i pielęgniarzy ojciec chce pozbawić Angela (Ben Foster) właściwości mutanta. W ostatniej chwili, tuż przed zastrzykiem, chłopak się buntuje, rozpościera skrzydła i z rozpędu wyskakuje przez szybę, po czym... odlatuje (start: 1:18).

 

2. "Czy leci z nami pilot?"

Spodziewając się, że samolot pilotowany przez Teda Strikera (Robert Hays) uderzy w wieżę kontroli lotów, Steve McCroskey (Lloyd Bridges) wyskakuje przez okno. Genialne (start: 3:25).

 

1. "Ściśle tajne!"

Siedziba Ruchu Oporu. Déjà Vu (Jim Carter) w oryginalny sposób pociesza Nicka Riversa (Val Kilmer), kiedy nagle kicha w dłonie, po czym widząc, co nakichał, wydaje dziki okrzyk i... oczywiście wyskakuje przez okno! Absolutny klasyk (start: 0:34).

 

Piotr Dobry
14:04, blog_esensja , Filmy
Link Komentarze (7) »
czwartek, 05 czerwca 2008
Wszystko było kiedyś lepsze

Czytając tekst "Po bandzie jechać czas!" , poczułem przypływ nostalgii. Ach, te lata 90.... W eterze było wiele małokomercyjnych (bo dopiero zaczynających) radiostacji - w Warszawie grało np. Radio Zet - wówczas jedynie stołeczne. Można w nim było usłyszeć i Szymona Majewskiego, parodiującego na żywo rekordowo popularny serial "Dynastia" (w trakcie programu puszczane były wymyślane przez Majewskiego z zespołem reklamy produktów typu "Jabłko Adama" czy "Gąszcz Dextera", a także prowadzony był konkurs na "Mordę Dynastyczną" - czyli który bohater będzie miał na końcu aktualnego odcinka stopklatkę), i Ewę Toczek, która w audycji Jet-Zet zapoznawała słuchaczy z nowinkami muzyki elektronicznej i okolic, np. trip-hopu. Do dziś pamiętam odgłos lądującego samolotu, który to dźwięk był dżinglem audycji, i spokojny, przyciszony głos pani Ewy. No i muzykę.

Potem, już w liceum, moje preferencje muzyczne utrwaliła składankowa kaseta z muzyką do filmu "Święty" z Valem Kilmerem. Same perełki - Underworld z nomen omen "Pearl's girl", Moby, instrumentalne Prodigy, Sneaker Pimps, Everything but the Girl, Chemical Brothers, Fluke, Orbital, no i Daft Punk. Z szybko zakupioną kasetą tych ostatnich odrabiałem wieczorami prace domowe ;)

W kinie też się działo. Po raz pierwszy obejrzałem wówczas "Pulp Fiction" , w śp. kinie "Capitol" , na tyłach budynku d. Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej (już wtedy przed Capitolem triki ćwiczyli pionierzy skejtbordingu, a do dziś jest to jedna z ulubionych miejscówek deskorolkowców i rolkarzy). Sala była i tak świetna, jak na tamte czasy - chociaż mocno kojarzyła się z akademiami na cześć. W Polsce wprowadzano wtedy do sprzedaży Pepsi Max, co objawiało się m.in. tym, że w centrum stały budki, z których rozdawano otwierane na miejscu puszki napoju. Korzystając z okazji do nienadwyrężania budżetu, a nie mogąc przechować na później, wypiłem od razu dwie puszki. Wskutek tego podczas seansu "Pulp Fiction" musiałem trzy razy wychodzić do toalety... I tak kapitalizm ścierał się z pozostałościami komunizmu, przy okazji najlepszego filmu EVER.

Co więcej, początkowo wcale nie planowałem faktycznie iść na ten film. Pierwotny plan był taki, że - jak już kilkakrotnie wcześniej robiłem - wyłudzam od rodziców kasę na kino, po czym idę do księgarni "U Izy" na Wilczej (pierwsza w Wawie i chyba dotąd jedyna księgarnia specjalizująca się w fantastyce, ze sklepikiem RPG w pokoiku obok głównej sali) i kupuję, co tylko się da, po czym siadam sobie w Łazienkach i przy lekturze odczekuję stosowny czas, zanim wrócę do domu z książkami. Jednak tym razem intuicja/impuls skłoniły mnie do pójścia na seans. Oczywiście, nigdy tego nie żałowałem. Żałować obejrzenia "Pulp Fiction" w kinie w 1995 roku?! Wolne żarty.

Księgarnia "U Izy" - to miejsce też wywołuje potężną falę nostalgii. Gdy ją "odkryłem" - chyba dzięki kumplowi ze szkoły - dostałem oczopląsu. Wszystkie te fantastyczne książki, o których słyszałem lub o których właśnie NIE słyszałem: Silverbergi, Dicki. Te wszystkie kolorowe okładki na stole ułożonym w literę L. W jednym miejscu. Natychmiast wróciłem do domu, zapożyczyłem się u siostry, wziąłem rower i plecak i pojechałem. Tego dnia nabyłem chyba z 14 książek - w każdym razie plecak był pełen. Od tego czasu bardzo często jeździłem do "Izy" - chociaż absolutnie nie było mi po drodze - i zostawiłem tam naprawdę duże pieniądze. Większe pieniądze w jednym miejscu wydałem chyba tylko w nowojorskim Strandzie oraz w sklepiku z żołnierzykami i figurkami "Rycerzy Dżedaj" w Jastrzębiej Górze (obecnie dychoteka i hotel "Ara" - za MOJE pieniądze!).

Chyba się starzeję.

Michał Kubalski

10:12, blog_esensja , Varia
Link Komentarze (6) »
wtorek, 03 czerwca 2008
OŚWIADCZENIE

W związku z publikacją artykułu "Zły i Niegłupi: Po bandzie jechać czas" , autorstwa Pawła Franczaka i Jacka Sobczyńskiego, redakcja portalu Esensja.pl chciałaby przeprosić wszystkie osoby, które poczuły się dotknięte tym materiałem.
Chcemy zauważyć, że żadna z przytoczonych opinii nie jest oficjalnym stanowiskiem redakcji portalu, a jedynie prywatną opinią obydwu rzeczonych redaktorów.
Jeśli jakikolwiek fan rocka progresywnego, hip-hopu, Tokio Hotel, Nirvany, Piotra Kaczkowskiego lub Tomasza Beksińskiego poczuł się dotknięty publikacją, to zapewniamy, iż stało się tak nie z naszej winy, a jedynie przez niesubordynację, niewyparzoną gębę i złośliwość p. Franczaka i p. Sobczyńskiego.
Nie było naszym celem pomniejszanie dorobku artystycznego wyżej wymienionych radiowców i muzyków. Omawiany artykuł został bezczelnie przez autorów przejaskrawiony i zmieniony bez naszej wiedzy (w wersji oficjalnej tekstu obaj panowie chwalili polską scenę muzyczną, ganili krytykantów i besserweisserów, przyznawali się do fascynacji muzyką taneczną, słuchania popularnych stacji radiowych i noszenia koszulek z logo zespołu metalowego z lat 80.).

Zapewniamy też, że zostali przykładnie ukarani. Mając do wyboru kilka rodzajów tortur, wybrali obaj tę samą: napisanie relacji z konwentu miłośników Nirvany ubrani w koszulki "I Love Courtney Love ". Od tamtej pory słuch o nich zaginął.


Z wyrazami szacunku,
redakcja Esensji

12:09, blog_esensja , Muzyka
Link Komentarze (11) »
 
1 , 2
Magazyn Esensja