Kategorie: Wszystkie | Filmy | Gry | Komiksy | Książki | Magazyn | Muzyka | Varia
RSS
piątek, 25 kwietnia 2008
Seryjny zabójca dba o dobro wspólne

Tytułowe dobro wspólne to wartości estetyczne, w tym przypadku muzyka, a wspomniany wykolejeniec to Charles Manson. Przywódca "Rodziny Mansona" postanowił bowiem walczyć z establishmentem i wydać zza krat więzienia San Quentin swą najnowszą płytę "One Mind" na licencji Creative Commons . Czyli za friko.

Gdy dowiedziałem się o tym przykrym/ponurym/żałosnym/śmiesznym fakcie, przypomniały mi się postaci z warnerbrosowskich kreskówek, które po jakimś szczególnie dziwacznym wydarzeniu wyciągały pistolet i oznajmiając "Now I saw everything!", strzelały sobie w łeb. Bo w świecie showbusinessu nic już nie jest w stanie mnie zaskoczyć: Manson idzie w ślady Radiohead. Brzmi to jak nagłówek magazynu muzycznego w dystopijnym filmie SF!

Poprzedni album prowodyra zabójstwa Sharon Tate - niemiłosierny gniot "Lie: The Love & Terror Cult" ("zaszczytne" miejsce na naszej liście Najdziwniejszych płyt świata), został nagrany tylko po to, by zebrać kasę na własnych adwokatów, a i tak za sprawą niezdrowych fascynacji zyskał status kultowego. Pomogli w tym m. in. Guns ' N' Roses, coverując jego piosenkę "Look At Your Game Girl" i obnoszący się z wizerunkiem Mansona na T-shircie Axel Rose, czy, rzecz jasna, Marilyn Manson.

Manson poszedł z duchem czasu. Od teraz można czcić popaprańca za darmo dzięki CC. Wątpię, czy ta organizacja potrzebuje tego rodzaju rozgłosu, ale co zrobić. Gdyby jednak ktoś tak szalenie ubóstwiał Mansona, że chciałby wspomóc go finansowo, to może kupić cedekową wersję "One Mind" za jedyne 15 $. Gdzie? Nie powiem, znajdźcie sobie sami. I bez tego czuję się winny, że zrobiłem mu taką reklamę.

Paweł Franczak

11:58, blog_esensja , Muzyka
Link Komentarze (4) »
czwartek, 17 kwietnia 2008
Yyy-łyyyy-yyyyyy

CKOD wypuściło dwie płyty, z czego jedna była soundtrackiem manifestu, a druga odwołaniem rewolucji (w internetowym żargonie określa się to jako "I did it for the lulz"). O tym, że wyszła trzecia, dowiedziałem się dopiero dziś i przypadkiem, w dodatku gdzieś u bauera i pod dominującym producentem (wcale bym się nie zdziwił, gdyby chodziło o Timbalanda, który jak nie ficzeruje, to jest ficzerowany i niedługo strach będzie zajrzeć do lodówki).

A teraz przyszedł czas na "Afterparty" promowane przez koncern Agora i kawałek "Nagle zapomnieć wszystko":

Na głębsze refleksje i rozkminę tej elekropunkowej balangi przyjdzie pora, gdy zedrę cała płytę, na tę chwilę chciałem tylko podzielić się tym, że nie mogę pozbyć się z głowy "yyy-łyyyy-yyyyyy", na którym oparto powyższą piosenkę.

Michał R. Wiśniewski

23:53, blog_esensja , Muzyka
Link Komentarze (1) »
wtorek, 15 kwietnia 2008
Jeff Dunham

Chyba każdy, kto od czasu do czasu zagląda na YouTube, względnie w inny sposób śledzi w sieci rozmaite „śmiesznostki”, miał okazję trafić na niezwykle popularny skecz lalkarza i brzuchomówcy Jeffa Dunhama z udziałem kościotrupowatej lalki Ahmeda-Martwego-Terrorysty.

Jakiś czas temu w ten właśnie sposób trafiłem na tego niezwykłego artystę rozrywkowego i jego prześmieszną menażerię. Wkrótce potem byłem bogatszy o dwa wydane na DVD występy: „Arguing with Myself” i „Spark of Insanity”, plus całą masę ściągniętych z YouTube występów Jeffa w rozmaitych talk-showach. Muszę przyznać, że jest to rewelacyjna zabawa. Zdawałoby się, że lalkarstwo to pieśń przeszłości, przebrzmiała już i skutecznie wyparta do lamusa przez nowoczesne formy rozrywki. Tymczasem Dunham udowodnił, zyskując niezwykłą popularność i zarabiając na tym krocie, że ta sztuka, jeśli odpowiednio ją przystosować do czasów współczesnych (poprzez dobór postaci i tematyki skeczy) i podeprzeć odpowiednim talentem komika, działa znakomicie. Robi furorę, by być ścisłym.

Na stronie www.jeffdunham.com można znaleźć informację o płytach z występami, linki do skeczy opublikowanych w YouTube, wreszcie zapoznać się ze składem osobowym ekipy Jeffa: Walter, stary zrzęda i maruda; Sweet Daddy Dee, czarnoskóry menadżer; Peanut, dziwaczne stworzenie o skórze w kolorze fioletowym i zielonkawej grzywce na czubku głowy; Bubba J, sympatyczny degenerat skupiony na piciu piwa i oglądaniu wyścigów Nascar; czy wreszcie ogórkowaty Meksykanin, Jose Jalapeno na Kijku.

Talent Jeffa Dunhama jest niezwykły. Jak za pstryknięciem palca widz kompletnie się przestawia, dostrzegając nie faceta z lalką, a żywy aktorski duet czy trio. I jednego tylko nie mogę do końca rozgryźć: czy wpadki tudzież niby nieprzewidziane interakcje z widownią, wspaniale przez Jeffa „obsłużone”, są rzeczywiście spontaniczne, czy wyreżyserowane (chodzi mi oczywiście o coś innego niż ewidentną inscenizację pytań publiczności do Waltera, tuż po „ogłoszeniu” przezeń, że startuje w wyborach prezydenckich). Z jednej strony wygląda to dość naturalnie, z drugiej jednak, zważywszy, jak fatalnie na wiele niby autorskich produktów amerykańskiego przemysłu rozrywkowego wpłynął strajk scenarzystów - cóż...

W każdym bądź razie ten mój brak pewności też zapisuję Jeffowi na ogromny plus.

Marcin Łuczyński

10:42, blog_esensja
Link Komentarze (5) »
niedziela, 13 kwietnia 2008
Oglądając blogotekę

Tym razem krótko: La Blogotheque to francuski portal, zrzeszający, jak sama nazwa wskazuje, różnego rodzaju tematyczne blogi. Co jakiś czas jego autorzy chwytają za kamerę i ruszają w miasto, by nakręcić własne wersje teledysków znanych kapel, goszczących akurat w okolicy. Z reguły akcja dzieje się w Paryżu, choć zdarza im się zapuścić w głębsze okoliczności przyrody. Na ich profilu youtube znajdziecie 126 teledysków, z których wybrałem moją ulubioną piątkę (choć przyznaję się bez bicia, ze nie widziałem wszystkich w całości). Bóg mi świadkiem – nigdzie indziej te utwory nie brzmią tak rewelacyjnie, jak właśnie na klipach, sygnowanych przez La Blogotheque.

Architecture In Helsinki – Heart It Races:

 

 

Beirut – Nantes:

 

 

Menomena – Wet And Rusty:

 

 

My Brightest Diamond – Disappear:

 

 

The Kooks – Ooh La:

 

 

Jacek Sobczyński

22:50, blog_esensja , Muzyka
Link Komentarze (2) »
wtorek, 08 kwietnia 2008
Fryderyki 2008: cherlawy pudelek szołbiznesu
Błysk fleszy, gwiazdy w wystrzałowych strojach, czerwony dywan, świetne piosenki, nerwy Kayah, dziwaczne nominacje i kompletny chaos organizacyjny - to smaczki wczorajszego rozdania najważniejszych (co zrobić...) nagród muzycznych w kraju nad Wisłą.

Po latach świetlnych nieobecności w telewizji rozdanie nagród znów odbyło się na małym ekranie.
To dobrze.
Nasz zapyziały i zatęchły światek muzyczny potrzebuje promocji jak kania dżdżu, a Keith Richards fajek.
To źle.
Zorganizowanie dwugodzinnej imprezy na żywo, bez wpadek i wszechobecnego zamieszania przekracza zdolności rodzimych firm eventowych, a tym razem wszystko szło pod natychmiastową ocenę telewizyjnej publiki. W każdym razie: stało się i Fryderyki zostały rzucone, znaczy rozdane.
Fryderyki pod swój dach przyjęła warszawska Fabryka Trzciny - jedno z najbardziej modnych miejsc w Polsce. Nie bez powodu zresztą. Czyli wybór trafny.
Imprezę poprowadzili Kayah i Marek Niedźwiecki - wydawałoby się, że to ruch sensowny.
Szkoda jednak, że piosenkarkę trema zjadła, przeżuła i wypluła. Szkoda, bo Kayah to wybitna artystka. Konferansjer z niej jednak żaden. Oddajmy jej jednak sprawiedliwość: wybitnej artystce wybitnie przeszkadzał rozgardiasz panujący na, pod i obok sceny. Zapominano mikrofonów, przełączano w złym momencie kamery, skracano wywiady, przerywano nieładnie wypowiedzi, gubiono rytm i sens. Kora musiała dopytać się prowadzącej, co właściwie ma zrobić z Fryderykiem przeznaczonym dla Kasi Nosowskiej, bo nikt jej nie powiedział. Nosowska mówiła coś o tajemniczym "panu, który kazał jej pójść akurat tu w tej chwili", przez co nie mogła pójść po nagrodę od Kory. Urocze było też to, że każda z osób wręczających nagrodę była wróżką bądź jasnowidzem i wynik głosowania speców z Akademii Fonograficznej znała jeszcze przed otwarciem koperty. Nie ma to jak budowanie dramaturgii.
Ale to i tak lepiej niż przypadek Krzysztofa Cugowskiego sprzed kilku lat. Wiedział on o nagrodzie w Opolu na kilka miesięcy przed samym festiwalem, o czym nie omieszkał się chwalić na lewo i prawo.
Telewidzów ogarniało rosnące z każdą chwilą uczucie niesmaku i niepokoju, że znów coś pójdzie źle, że będzie sromota, że nam przez te cholerne Fryderyki Polskę w zagranicznych periodykach obśmieją. Dobrze przynajmniej, że prądu w Fabryce Trzciny nie wyłączyli za niepłacenie rachunków, bo widzowie zapadliby się ze wstydu pod ziemię. No, oprócz tych złośliwców, co to lubią siedzieć przed ekranem i szydzić z nieporadności organizatorów (czy tych przypadkiem nie jest więcej?).
Ale pal sześć: nie było trzęsienia ziemi, nikt nie wywrócił się na kablach, nikogo nie poraził prąd, nikt nie przemawiał w stanie po spożyciu.
Były też same nominacje, które momentami wzbudzały jeszcze większe kontrowersje. Choćby dla Raz Dwa Trzy za najlepszą płytę pop. Nowak i spółka przyjęli nagrodę z lekkim zakłopotaniem, nie czując się najwidoczniej gwiazdami z tej samej półki co Doda, ale Akademia Fonograficzna wie lepiej.
Podobnie było z Kasią Nosowską - królowała zresztą wczoraj, zgarniając najważniejsze trofea - i jej zwycięstwem w kategorii wokalistka roku. Piosenkarka przyjęła nagrodę z taką miną, jakby bardzo uwierały ją buty, i powiedziała krótko: "Śpiewać to ja raczej nie umiem". Ech, głupia ty... Przecież Akademia wie lepiej! Jeśli Akademia mówi, że Nosowska śpiewa lepiej niż Cerekwicka czy nawet Aga Zaryan, to wie, co mówi. Ile razy to trzeba tłumaczyć...
Na besserwisserstwo AF-u wypiął się Tomek Lipnicki , który zamiast jakieś tam Fłydełyki za wokalistę roku odbierać, został w studio nagrań styropian kleić. Waglewskiego też nie było, ale ten nawet nie próbował się usprawiedliwiać.
Sytuację ratowała muzyka. Rzadka to sprawa w polskich mediach, ale naprawdę tak było: wszyscy grali rewelacyjnie. Od duetu Natalia Kukulska - Bartek Królik (ależ to zdolny chłopak, ten Królik), przez nasz najsłynniejszy produkt eksportowy "Papaya Dance" (wciąż świetne warunki głosowe Urszuli Dudziak, no i pierwszorzędny zespół towarzyszący), ognisty Zakopower (nagroda za najlepszą płytę folk to gruba przesada, ale na żywo wypadają świetnie), po nostalgiczną Agę Zaryan (z roku na rok coraz lepsza, to już nie skromna dziewczynka, to silna osobowość muzyczna). Występ laureatów z Feel - któż inny mógłby zostać zwycięzcą w SMS-owym konkursie na nową twarz fonografii - pozostawmy bez komentarza. Komentować Feel będzie można za rok, jeśli cokolwiek jeszcze będzie o nich wtedy słychać.
Nie warto również wspominać o jeszcze jednej sprawie: nagrodach jazzowych wręczonych przed galą główną. Jedno jest bowiem w tej kwestii pewne: kulinarna zasada mówi, że jak coś się za długo gotuje we własnym sosie, to jest bardzo niestrawne.
Szkoda, że trochę TVP zabrakło cojones, żeby pozwolić artystom zagrać nowsze rzeczy, tudzież zaprosić nieco mniej znanych muzyków, zamiast kazać im odgrzewać kotlety.
Może w przyszłości się to zmieni?
Może kiedyś będziemy mieli swoje Brit Awards ?
Może za kilka lat nikt nie oleje gali, tak prestiżowe będą to nagrody?
Może nasze dzieci będą kupowały muzykę laureatów tych nagród dziesięć razy częściej niż zachodnich gwiazdek?
Może szołbiznes w Polsce stanie na nogi i nie będzie wyglądał jak wyfiokowany, ale chory i słabowity pudel?
Może kiedyś wręczanie nagród będzie walczyć o widzów z "Tańcem z gwiazdami"?
A może wszystko rozdziobią kruki i wrony, i lepiej się cieszyć tym, co mamy? Szołbiznes w Polsce mamy marny, szary, ciasny, ale własny. Innego, póki co, nie ma.

Nienominowany w żadnej kategorii Paweł Franczak


MUZYKA ROZRYWKOWA
Produkcja Muzyczna Roku:
- Leszek Kamiński (produkcja muzyczna i realizacja) oraz Wojtek
Łopaciuk (realizacja) za album: Hey "MTV Unplugged"

Najlepsza Oprawa Graficzna:
- Hey "MTV Unplugged", QL Music, Projekt graficzny: Piotr Bujanowski

Kompozytor Roku:
- Wojciech Waglewski

Autor Roku:
- Katarzyna Nosowska

Najlepszy Album Zagraniczny:
- Foo Fighters "Echoes, Silence, Patience & Grace", RCA/SonyBMG

Music Entertainment Album Roku Etno/Folk:
- Zakopower "Na siedem", KAYAX Production

Album Roku Piosenka poetycka:
- Aga Zaryan "Umiera piękno", Cosmopolis/4ever Music

Album Roku Rock/Metal:
- Hey "MTV Unplugged", QL Music

Album Roku Hip-Hop/ R&B:
- O.S.T.R. "HollyŁódź", Asfalt Records

Album Roku Muzyka Alternatywna:
- Nosowska "UniSexBlues", QL Music

Album Roku POP:
- Raz Dwa Trzy "Młynarski"

Nowa Twarz Fonografii:
- Feel

Grupa Roku:
- Raz Dwa Trzy

Wokalistka Roku:
- Katarzyna Nosowska

Wokalista Roku:
- Tomasz Lipnicki

Videoklip Roku:
- Nosowska: "Era Retuszera", QL Music Reżyser wideoklipu: Anna Maliszewska

Piosenka Roku:
- Nosowska "Era Retuszera", QL Music

MUZYKA POWAŻNA
Album Roku Muzyka Chóralna i Oratoryjna:

- Musica Sacromontana - Józef Zeidler (Polskie Radio SA/Stowarzyszenie Miłośników Muzyki Świętokrzyskiej im. J. Zeidlera)

Album Roku Muzyka Dawna i Barokowa:
- Jasnogórska Muzyka Dawna Vol. 14 / Ciemne jutrznie (DUX)

Album Roku Muzyka Kameralna:
- Lutosławski - Piano Duo (Polskie Radio SA)

Album Roku Muzyka Solowa:
- Chopin - Preludia. Rafał Blechacz (Universal Music Polska)

Album Roku Muzyka Symfoniczna i Koncertująca:
- Polish Spirit. Mieczysław Karłowicz, Emil Młynarski (EMI Music Poland)

Album Roku Muzyka Współczesna:
- Paweł Łukaszewski - Sacred Music (Musica Sacra Edition)

Album Roku Recital Wokalny, Opera, Operetka, Balet:
- Karol Szymanowski - Songs. Ops 31 & 49 (DUX) Fonograficzny

Debiut Roku:
- Anna Mikołajczyk (album: „Szymanowski: Songs” – kat. Recital Wokalny, Opera, Operetka, Balet)

Kompozytor Roku:
- Paweł Szymański

Najwybitniejsze Nagranie Muzyki Polskiej:
- Chopin - Preludia. Rafał Blechacz (Universal Music Polska)

JAZZ
Jazzowy Album Roku:
- "Circle", Piotr Wojtasik (SO Jazz Records - Stowarzyszenie Orkiestra Jazzowa)

Jazzowy Muzyk Roku:
- Piotr Wojtasik

12:05, blog_esensja , Muzyka
Link Komentarze (9) »
niedziela, 06 kwietnia 2008
Notatki z LDF-ów

Lubelskie Dni Fantastyki to jeden z najstarszych konwentów: w marcu tego roku odbyły się już po raz dwudziesty pierwszy. Co prawda zawsze był to konwent bardzo kameralny i lokalny, gromadzący zwykle dwucyfrową liczbę osób – głównie ze względu na brak możliwości nocowania na terenie Wojewódzkiego Domu Kultury, w którym się odbywa.

Kiedyś LDF-y trwały od piątku do niedzieli i składały się z dwóch bloków programowych, w tym – obowiązkowego pokazu filmów, jednak od paru lat program został zawężony do dwóch dni i jednego bloku, a filmy zniknęły.

W sobotę dotarłam na konwent dopiero o 17:30, przez co ominęła mnie między innymi prelekcja Spidera “Dlaczego kochamy Gwiezdne wojny, a nienawidzimy Powrotu Jedi”. Jako prelegent dostałam darmową wejściówkę i informację, że moja prelekcja z 20:00 w sobotę została przeniesiona na 14:00 w niedzielę. Przypięłam identyfikator i poszłam na górę, gdzie trafiłam akurat na drugą połowę prelekcji Druzili “Baśnie nim zaśniesz”, która polegała na tym, że Druzila po prostu streszczała różne mało znane baśnie, głównie co bardziej egzotycznych narodów, ale polskie też (było o tym, jak odkryto sól – ale nie wersja z wrzucaniem pierścienia do kopalni ani z płakaniem do morza – a także o tym, skąd się wzięła wódka).

Druzila opowiada bajkę o smoku: “Wypił rzeczkę, zjadł owieczkę”.

Potem rozpoczęły się pokazywanki zorganizowane przez Koalę na zasadzie wyścigu kosmicznego. Na ścianie wisiała płachta brystolu z artystycznym gryzmołem mającym zapewne przedstawiać galaktykę, a na jej tle z żółtych samoprzylepnych karteczek utworzono trasa, po której przesuwaliśmy stateczki wycięte z kolorowego papieru. Po kilku rundach Koala puścił za nami “przerażający statek Obcych”, który miał pożerać maruderów.

Hasłami w pokazywankach były tradycyjnie tytuły książek, ale też hasła wymyślone przez samego Koalę, typu “owłosione stopy hobbita” czy “wszyscy członkowie Cytadeli Syriusza”. Odgadywaniu towarzyszyło tło dźwiękowe: różne odgłosy ze “Star Treka”, wyznaczające upływ kolejnych odstępów czasu. Można też było warpować, to znaczy dostawać mnożnik do wykonanego zadania (np. przesunięcie o 9 pól zamiast o 6).

Ja pokazywałam “Obcego w obcym kraju” Heinleina imitując Obcego wyskakującego z klatki piersiowej, ale dziewczyny z mojej drużyny nie zrozumiały i ciągle mówiły o wyrywaniu serca. Na szczęście ktoś mi podpowiedział, żebym stanęła bokiem i wtedy zgadły. Udało nam się zająć III miejsce.

Najbardziej popisała się drużyna Spidera. Spider pokazywał hasło “Zaraza umysłu”.

Snikers (cały skupiony, w pozie rodinowskiego myśliciela): Choroba... dużo chorych... epidemia!

Spider (pokazuje gestami, że mniej więcej).

Snikers: Zaraz, zaraz, zaraz...

Spider (podskakuje i gestykuluje: Tak!! Tak!!”)

Snikers: ...zaraz, zaraz... pandemia!

Spider (pada na kolana i wali głową w podłogę).

Wszyscy (ryk).

Pokazywanki pożarły czas przeznaczony na prelekcję o systemie RPG “Rzeczpospolita Odrodzona”, ale nikt, włącznie z samym prelegentem, tego nie żałował.

W niedzielę przybyłam na 13:30, kiedy to miała się zacząć prelekcja Jacka Komudy o dolach i niedolach pisarza. Zaczęła się pół godziny później, bo musiał skończyć się konkurs narratorski. Komuda opowiadał o tym, jak zbiera materiały do swoich powieści i że mu łatwiej niż np. Sapkowskiemu, bo jest historykiem, więc od razu wie, które źródła są lepsze. Pokazywał na laptopie reprodukcje obrazów rosyjskich mistrzów malarstwa, które sobie pościągał jako inspirację do następnej książki, która będzie o czasach Dymitra Samozwańca. Opowiadał o tym, jak usiłował wydać pierwszą książkę i jakie drakońskie umowy podpisywała wtedy z twórcami SuperNowa. Wyznał też, że każdą ukończoną książkę okupuje niemal załamaniem nerwowym i ostro wtedy pije, więc musi uważać, bo już paru twórców się tak wykończyło. Potem przeszedł na plotki fandomowe, opowiadał o powstaniu Klubu TFUrców i o tym, jak Przewodas kłóci się ze wszystkimi.

W końcu Krzyś-Miś zakończył spotkanie, uruchomił mi laptop i mogłam zacząć swoją prelekcję “Gdzie zimują jednorożce”. Opowiedziałam o jednorożcach, o wężach morskich i innych potworach, o syrenach, o żyrafie, odkryciu okapi, zawirowaniach związanych z nazwami lemurów (prawie jak ta góra u Pratchetta “Twój palec, durniu”) i kangurów (odwrotnie, tzn. nie jest prawdą, że “kan guru” to po tubylczemu “nie rozumiem”) i Krzyś mi przerwał, bo chciał zrobić swój konkurs muzyczny. Zatem pandę, roxellanę i parę innych zwierzątek zostawiłam na następny raz.

W konkursie muzycznym wystartowałam razem z Druzilą. Najpierw była część pisemna: należało na podstawie puszczanych fragmentów zgadnąć tytuł i wykonawcę (w przypadku muzyki pop) lub tytuł filmu (w przypadku muzyki filmowej). Było też rozpoznawanie... hymnów, i to niekoniecznie państwowych – np. hymn partii Ą-Ę. W tej rundzie miałyśmy 26 punktów, tylko o 1 mniej od Motyla, który jest naprawdę dobry w muzyce, zwłaszcza filmowej. Za to w następnej rundzie my miałyśmy zaledwie 3 punkty, a wszystkie pozostałe drużyny po 11, bo ta konkurencja polegała na... rozpoznawaniu piosenkarek ze zdjęć. No a we wszystkich pozostałych drużynach przynajmniej połowę składu stanowili mężczyźni...

Potem była część polegająca na rozpoznawaniu utworów na czas, to znaczy Krzysiek coś puszczał i kto pierwszy odgadł, klaskał w ręce. Jeżeli ktoś klasnął i źle odpowiedział, dostawał punkty ujemne. Ja zgadłam Abbę, Rosiewicza i “Żeby Polska była Polską”; pozostałe drużyny zgadywały częściej, ale też i często zarabiały punkty ujemne, więc w ostatecznym rozrachunku byłyśmy tylko o 1 punkt za trzecim miejscem. Wszyscy świetnie się bawili.

To był ostatni punkt programu – oficjalne zakończenie nie odbyło się z powodu przesunięcia czasowego, zresztą na terenie klubu mało kto już pozostał...

Agnieszka “Achika” Szady

14:16, blog_esensja , Varia
Link Komentarze (1) »
czwartek, 03 kwietnia 2008
Najlepsze filmowe "practical jokes"
W ramach reminis... remanes.. wspomnień postprimaaprlisowych przyszedł mi do głowy pewien ranking – najlepsze filmowe „practical jokes” (jak to właściwie ładnie powiedzieć po polsku?). Na pierwszego kwietnia jak znalazł. Oto moja lista:
wtorek, 01 kwietnia 2008
Brońmy Rubika!

 Rubik. Tu w postaci kostki.

 

Ileż niegodziwości jest w potocznych opiniach o muzyce jednego z najwybitniejszych kompozytorów naszego kraju, Piotrze Rubiku . Ile kalumni, ile oszczerstw i kłamstw wygadują tęgie głowy, rzekomi znawcy i krytycy. Jad sączy się z każdego słowa wypowiedzianego w radiu i telewizji, z każdej kolumny, z każdego wiersza w gazecie. Niedouczonych pseudokrytyków kłuje w uszy rzekoma tandeta muzyki Piotra. Ale Esensja wie swoje, Esensja czuwa i stoi na straży piękna, dobra i prawdy. Muzyka mistrza Rubika znajduje się ponad czasem i przestrzenią, łączy ponad podziałami. To muzyczny absolut, z którym ni Bach, ni Haendel równać się nie mogą. Dlatego my prostujemy wszystkie błędy "autorytetów" i zginamy karki przed geniuszem, rozjaśniamy umsyły i wyjaśniamy fakty, docieramy do sedna sprawy i przecieramy nowe szlaki, pokazujemy prawidłowe sposoby interpretacji, wykazując przy tym wielką roztropność, zniechęcamy nienawistników i zachęcamy do badania tego niezwykłego zjawiska. A nade wszystko oddajemy część blond gwieździe naszego show businessu i zadajemy kłam, tym, których uszy i serca są na boskie dźwięki zamknięte...

Więcej tutaj

Paweł Franczak

12:08, blog_esensja , Muzyka
Link Komentarze (2) »
Magazyn Esensja