Kategorie: Wszystkie | Filmy | Gry | Komiksy | Książki | Magazyn | Muzyka | Varia
RSS
środa, 31 marca 2010
Alicja w krainie rozczarowań

Właściwie nie wiem, czego spodziewałam się po tym filmie, zwłaszcza że już kilka tygodni temu czytałam zarówno recenzje pozytywne jak i negatywne. Na pewno zawiodłam się na trójwymiarze, który w wielu momentach był mocno płaski, a w żadnym momencie nie wychodził do widza – miałam wrażenie, jakby ekran był oknem, przez które zaglądam. Zdecydowanie ten film nic by nie stracił w wersji dwuwymiarowej.

Spodobał mi się pomysł, że Alicja jest już prawie dorosła, a jej pierwsza wizyta w Underlandzie (prawdziwa nazwa Wonderlandu, przekręcona przez dziecko) potem jej się śniła przez wiele lat – co ciekawe, jako koszmar. Alicja bardzo długo myśli, że znowu jest we śnie i na początku sądzi, że Banderzwierz nie jest w stanie jej zrobić krzywdy, co kończy się dość paskudną raną na ramieniu. Z rozmysłem napisałam “Banderzwierz”, choć w filmie są używane nazwy z innego tłumaczenia. Cóż, ja przywykłam do Dżabbersmoka, Banderzwierza i Miecza Migbłystalnego, i choć “Żaberzwłok” jest w sumie dużo wdzięczniejszy językowo (“Turpi Koncerz” już nie), to jakoś nie mogę się przemóc. Zresztą nie pamiętam, jak Bandersnatch został przetłumaczony w tej wersji.

Wszyscy widzowie czekali na nową kreację Johnny’ego Deppa, tymczasem mnie się wydaje, że tak bardzo starał się zagrać w sposób niepodobny do swoich poprzednich wcieleń, że zabrakło mu środków wyrazu i efekt wypadł blado. A może to negatywne wrażenie wywołane jego wielkimi, żółtymi, komputerowo powiększonymi i podkrążonymi oczami, przez które wygląda trochę jak lalka. Jednak postać, którą gra, jest bardzo sympatyczna, niekiedy budzi ogromne współczucie, bo jego szaleństwo wydaje się raczej maską, za którą chowa psychikę potwornie zranioną zagładą jego wioski, a w momentach kryzysowych potrafi wzbudzić podziw niespodziewanie “komandoskimi” cechami, np. walczy na miecze albo rzuca celnie szpilką w trzymającego nóż Skazeusza.

Skazeusz to walet kier – zausznik oraz przedmiot westchnień Czerwonej Królowej. Trochę dziwnym pomysłem jest fakt, że siostrą królowej karcianej jest królowa szachowa – Biała, przypominająca trochę Galadrielę, niby słodka i dobra, ale z jakimś niepokojącym rysem... może to te straszliwe czerwone usta na białej twarzy, może ogólna sztuczność zachowania i wrażenie, że ta pani tylko udaje dobrą, a może fakt, że szykuje Alicji napój zmniejszający m.in. z obciętych palców (“słone paluszki”).

Dwór Czerwonej Królowej jest pełen zniekształconych ludzi – wielkie nosy, uszy, brzuchy, gigantyczne podbródki – w pewnej chwili okazuje się, że to wszystko jest poprzyczepiane po to, by podlizać się władczyni, która ze względu na kolosalną głowę “lubi wszystko, co duże”. Helena Bonham Carter stworzyła świetną postać niebezpiecznej w swych kaprysach królowej, która w jednej chwili czyni kogoś swoim faworytem, by w następnej skazać go na śmierć. A w przeciwieństwie do książki, nie ma tu żadnego króla, który cichcem ułaskawiałby skazanych – przeciwnie, w fosie pływają odcięte głowy.

Oprócz odciętych głów i wywaru z palców mamy jeszcze wydłubane oko Banderzwierza – Suseł (zupełnie niepodobny do książkowej wersji, już prędzej do narnijskiego Ryczypiska), nabija je na szpadę, potem nosi przy sobie, potem Alicja zwraca je właścicielowi w zamian za dostęp do miecza, a potem Banderzwierz z niejasnych przyczyn przechodzi na jej stronę i służy za wierzchowca. Nie jest to jedyna niejasność w tym filmie – zirytowała mnie scena, kiedy Kapelusznik ma zostać ścięty, topór opada, a on znika; kapelusz frunie w powietrzu i okazuje się trzymany przez Kota z Cheshire. A Kapelusznik wychodzi zza tronu królowej. Ja się pytam, jakim cudem zniknął i się teleportował? A może to kot się w niego przemienił? Ale w żadnych innych momentach nie widać, by kot posiadał umiejętność zmiany postaci...

Ktoś mógłby powiedzieć, że to przecież świat Carrolla, że Wonderland, że logika snu. Owszem, w KSIĄŻCE jest logika snu (chyba bardziej widoczna w “Po drugiej stronie lustra”) – dziecko przemienia się w prosię, sklepik w staw, druty owcy stają się wiosłami i tak dalej. Tu zostało z tego tylko zwiększanie i zmniejszanie, oniryczna atmosfera wyparowała, to nie sen, tylko kraina fantasy: owszem, dziwna i pokręcona jak spiralne drzewa stanowiące trademark Burtona, ale jednak fantasy.

Wizualnie całość jest bardzo dobra, choć najbardziej urzekła mnie... ramka obejmująca napisy końcowe, na której powoli wyrastają kwiaty, grzyby i paprocie. Ładne były krzewy przycięte w kształt głowy Królowej Kier, las grzybów, pokoik, w którym zamknięta jest Alicja z buteleczką “wypij mnie” – ale jednak najlepiej wypadły dekoracje prawdziwe: uroczo labiryntowy ogród, w którym w naszym świecie odbywa się niedoszłe przyjęcie zaręczynowe Alicji. Dekoracje Krainy Czarów są... no właśnie, dekoracjami, wszystko wygląda pięknie i efektownie, ale do bólu zabawkowo. Las w “Avatarze” był prawdziwszy.

Podobały mi się kapelusze uszyte dla Królowej, sceny zmiany wzrostu Alicji (znów nielogicznie: za pierwszym razem jej sukienka nie zmniejsza się wraz z nią, ale dziewczyna wychodzi spod gigantycznych fałdów w... innej sukience, która jednak po zjedzeniu ciasteczka powiększa się razem z nią). Fajne nazwy miały te ciasteczka i napoje: Kolosanka i bodajże Knyplówka. Ogólnie zabaw słowami było tam dużo, ale były momenty, że musiałam dwa razy przeczytać jakieś słowo (a napisy przecież nie trwają w nieskończoność), żeby zrozumieć “co poeta chciał powiedzieć”. Obawiam się, że na wersji z dubbingiem mógł z tego wyjść totalny bełkot, niezrozumiały dla dzieci.

Ogólnie: wrażenie dość pozytywne – chyba głównie dzięki Kapelusznikowi – ale bez rewelacji.

Agnieszka Szady

11:12, blog_esensja , Filmy
Link Komentarze (1) »
środa, 17 marca 2010
Filmowa Ania

Bang Bang (My Baby Shot Me Down) to piosenka Cher, dziś bardziej znana w wersji Nancy Sinatry, użytej przez Tarantino na ścieżce do Kill Billa Vol. 1 (Ach te genialne soundtracki  Quentina! Wierzyć się nie chce, że żaden nie znalazł się na esensyjnej liście 40 najlepszych).

Utwór, tym razem w wykonaniu Ani Dąbrowskiej, promuje najnowszy album artystki: "Ania Movie", zawierający 9 filmowych hitów:

Karina Murawko-Wiśniewska

poniedziałek, 08 marca 2010
Garść refleksji po Oscarach

Rozdano Oscary. Tegoroczna uroczystość była ciekawa w kontekście rywalizacji "Avatara" z "The Hurt Locker", bo raczej w pozostałych kategoriach było posprzątane. Murowani faworyci zgarnęli nagrody aktorskie, nie było chyba też wątpliwości, że Bigelow wygra reżyserię, niespodzianki pojawiły się tylko przy scenariuszach i filmie nieanglojęzycznym. Ale ostateczny zwycięzca do końca pozostawał nieznany - choć podbieranie statuetek technicznych "Avatarowi" przez "Hurt Locker" powinno dawać do myślenia...

I co?

No i trochę żal mi "Avatara". Nie dlatego, żebym jakoś mocno nastawiał się na Oscara, czy fanatycznie kibicował "Avatarowi" (którego lubię, ale nie wielbię), ale ze względów mieszkańca fantastycznego getta. Bo nigdy dotąd film fantastycznonauowy nie otrzymał Oscara w najważniejszej kategorii. Bo w tym roku była wielka szansa, aby wreszcie to przełamać. No ale skoro "2001: Odyseja kosmiczna", "Blade Runner" czy "Matrix" nawet nie doczekały się nominacji, to może miłośnicy SF powinny cieszyć się samą nominacją...

Do tego wydaje mi się, że "Hurt Locker" nie był aż tak silnym rywalem. Film solidny, z kilkoma dobrymi scenami, z refleksją i dobrym, smutnym zakończeniem, ale w sumie chyba pozycja, która do annałów gatunku nie przejdzie. Wczoraj oglądałem "Zwykłych ludzi" Redforda. Czy ktoś pamięta, że to był kiedyś "Best Picture"? Taki los może spotkać "Hurt Locker". A "Avatar" jednak zawsze będzie rozpoznawalny.

A sam oczywiście kibicowałem "Bękartom", wiedząc, że są bez szans. Może następnym razem, Quentin. :)

Aha - jeszcze jedna ponura konstatacja. Czy ktoś zauważył, że "Hurt Locker" jest pierwszym od wielu, wielu lat laureatem najważniejszego Oscara, który nie doczekał się dystrybucji w polskich kinach? Czy to nie jest jakaś straszna wtopa?

 

Konrad Wągrowski

15:03, blog_esensja
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 07 marca 2010
Katzenklavier

Film ma już mniej więcej rok, ale na promowanie dobrych „staroci” (w cudzysłowie, bo jak na moje standardy rzecz jeszcze pachnie farbą) nigdy nie jest za późno. A ten obejrzeć trzeba. Między innymi dlatego, że z jednej strony ma iście chandlerowski klimat, z drugiej przywodzi na myśl Poego (kojarzy mi się luźno z „Czarnym kotem” tegoż, a niektóre rymy wewnętrzne są prawie jak z „Kruka”) i Lovecrafta („Koty z Ultharu”), jego narratorem jest zaś najlepszy pisarz wśród muzyków – Nick Cave. W dodatku to małe dziełko zachwyca stroną wizualną, a szatański motyw przewodni powinien ruszyć każdego, nie tylko kociarza.

Co najciekawsze w tym wszystkim – tytułowy instrument wcale nie jest wymysłem filmowców; oni jedynie twórczo go wykorzystali. Wikipedia powiada, że rzecz ma długą historię. Zastanawia zwłaszcza (szerzej opisana tutaj koncepcja Reila. Cóż, nie dziwi, że jeden z ojców psychiatrii sam był psycholem.

Mieszko B. Wandowicz

19:37, blog_esensja
Link Dodaj komentarz »
Magazyn Esensja