Kategorie: Wszystkie | Filmy | Gry | Komiksy | Książki | Magazyn | Muzyka | Varia
RSS
środa, 19 grudnia 2007
Dick pracował dla "Kiełbasy"

Kolejny raz okazuje się, że Philip K.Dick miał rzadkie zdolności profetyczne. W dzisiejszej "Polityce" możemy przeczytać artykuł Piotra Pytlakowskiego i Jakuba Stachowiaka "Przykrywkowcy zalegendowani", a w nim m.in. relację z tajnej operacji przeciwko handlarzom narkotyków sprzed kilku lat. Pracujący pod przykryciem funkcjonariusze Centralnego Biura Śledczego dokonują zakupu kontrolowanego. Z chwilą przekazania handlarzom pieniędzy i odbioru dragów do akcji wkracza oddział antyterrorystyczny. Co dziwne, handlarze nie bronią się. Po kilku godzinach okazuje się, że to... funkcjonariusze Urzędu Ochrony Państwa, dokonujący kontrolowanej sprzedaży narkotyków.

Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno;
wtedy zaś [zobaczymy] twarzą w twarz:
Teraz poznaję po części,
wtedy zaś poznam tak, jak i zostałem poznany.

 Michał Kubalski

23:14, blog_esensja
Link Komentarze (3) »
niedziela, 16 grudnia 2007
Jestem snobem i dobrze mi z tym

W grudniowym numerze „Filmu” ukazała się recenzja bollywoodzkiego melodramatu „Nigdy nie mów żegnaj” pióra jednego z esensyjnych tetryków, Michała Walkiewicza. Krytyk wydał ocenę najniższą z możliwych: jedna kropka na sześć. Sam werdykt nie budzi mojego sprzeciwu; ja również uważam wytwór Karana Johara za katastrofalną szmirę, niegodną większej uwagi. Wszystko byłoby zatem w najlepszym porządku, gdyby autor nie pokusił się przy okazji o garść tak zwanych uwag natury ogólnej. I tu zaczynają się schody.

„Nie potrafię zrozumieć przyczyn tak długiej fety Bollywoodu nad Wisłą. Nie kupuję trzech esencjonalnych składników produkcji z Indii. Po pierwsze, zamykania amerykańskiego kina gatunków we własnej, kiczowatej estetyce. Po drugie, uniwersalnych problemów do sprzedania w pakiecie liberalizującemu się Zachodowi. Po trzecie, Shahrukh Khana, który musi zagrać w każdym filmie”.

Krew we mnie zawrzała. Nie dość, że recenzent przekreśla całą kinematografię po obejrzeniu jednej, w dodatku niezbyt udanej produkcji, to jeszcze ewidentnie rozmija się z prawdą, dając dowody kompletnej ignorancji, jeśli wręcz nie złej woli.

Po pierwsze, produkcje z Bollywood nie mają nic wspólnego z amerykańskim kinem gatunków. Fenomenem kina hindi jest mieszanie konwencji i łączenie skrajnych, często przeciwstawnych emocji. Z owej gatunkowej różnorodności właśnie wzięło się słynne określenie „masala movie”. Takie na przykład „Jestem przy tobie” zawiera elementy filmu akcji, politycznego thrillera, melodramatu rodzinnego i komedii romantycznej. Plus oczywiście piosenki. To ma być kino gatunków?

Po drugie, Bollywood niczego nie sprzedaje „w pakiecie Zachodowi”. Bo nie musi. Grupą docelową przemysłu filmowego z Mumbaju jest przede wszystkim publiczność indyjska, zarówno w kraju, jak i w rozsianych po świecie diasporach. Dopiero w przeciągu ostatnich kilku lat Zachód odkrył istnienie kina hindi i zaczął się nim fascynować. Próbuje je także nieudolnie naśladować, jak dotąd bez wymiernego efektu. A że popularność Bollywood rośnie? Cóż, jeżeli w samej tylko Wielkiej Brytanii „Om Shanti Om” zarabia lepiej niż niejedna produkcja z Hollywood, to naprawdę nic na to nie poradzę.

Po trzecie, doskonale rozumiem, że słodkiego Shahrukha można mieć serdecznie dosyć. Ja też go nie cierpię i staram się omijać szerokim łukiem produkcje z jego udziałem. Ale pisanie o tym, że „SRK musi zagrać w każdym filmie” to już nadużycie. W Polsce ukazało się na DVD 25 bollywoodzkich filmów (nie liczę koprodukcji w stylu „Monsunowego wesela”), kolejny zaś, „Fanaa”, wciąż dostępny jest w kinach. Zaledwie w dziesięciu z tych tytułów wystąpił Shahrukh. W przyszłym roku zaś ukazać ma się trzynaście premier, z czego SRK pojawi się w siedmiu. Jeżeli więc tekst o Shahrukhu miał być żartem lub skrótem myślowym, to niestety, coś tu nie wyszło.

Jakby tego było mało, Michał Walkiewicz sugeruje coś bardzo ciekawego: że fani kina hindi tak naprawdę... wcale go nie lubią. „Ogląda się owe bollywoodzkie filmy z bezpiecznego dystansu ‘Europejczyka’, który kino ma w małym palcu i dlatego może sobie pozwolić na słabość do tandety”. Mogę się zgodzić, że w niejednym przypadku znajomość z tą kinematografią rozpoczęła się od takiego nastawienia: „Stary, musisz obejrzeć ‘Czasem słońce, czasem deszcz’, to jest tak głupie, że aż śmieszne!”. Gdyby jednak autor zadał sobie trud porozmawiania z kimkolwiek, kto widział trochę więcej niż trzy bollyfilmy na krzyż, to wiedziałby, że o żadnym snobizmie nie może być mowy. Ludzie autentycznie, bez żadnego udawania uwielbiają to kino, między innymi dlatego, że wiedzą, iż Bollywood to nie tylko bajki z piosenkami. I że powstają tam naprawdę godne uwagi produkcje.

Dowód? Proszę bardzo. Wybrałem dziesięć filmów, które moim zdaniem obejrzeć powinien każdy, kto czuje się uprawniony do wydawania wartościujących sądów o kinie hindi. W szczególności krytyk, który ma się za wielkiego znawcę. Zaznaczam przy tym, iż jest to selekcja czysto subiektywna; z pewnością niejeden z tych „snobów”, z których tak niemiłosiernie kpi Walkiewicz, mógłby przedstawić własną listę – i w niczym nie byłaby gorsza od mojej.

  • „Company” (2002), reż. Ram Gopal Varma. Mroczny dramat gangsterski oparty na autentycznej historii. Film jest częścią nieformalnej trylogii, w skład której wchodzą jeszcze „Satya” i „Sarkar”. Obydwa oczywiście także polecam.
  • „Yuva” (2004), reż. Mani Ratnam. Kino akcji o społecznikowskim wydźwięku. Trzy przeplatające się wątki w stylu „Amores Perros”. Ratnam nie ogląda się na popularne nurty i konsekwentnie kręci kino autorskie. Polecam dodatkowo: „Bombay”, „Guru”, „Kannanil Muthamittal”.
  • „Parineeta” (2005), reż. Pradeep Sarkar. Wysmakowana, zwłaszcza pod względem wizualnym, adaptacja powieści Sarata Ćandry Ćattopahdjaji. Zjawiskowa Vidya Balan w debiutanckiej roli. Dla mnie film bez słabych punktów, a jeśli jakieś są, to nie umiem ich dostrzec.
  • “Lage Raho Munnabhai” (2006), reż. Rajkumar Hirani. Komedia i traktat społeczny w jednym. Drobnemu gangsterowi objawia się duch Gandhiego, który namawia do m.in. do porzucenia przemocy. Świetne role Sanjaya Dutta i Arshada Warsiego. I również Vidya Balan.
  • “Kabul Express” (2006), reż. Kabir Khan. Tragikomedia o wojnie w Afganistanie, niepozbawiona lekkiej dozy absurdu. Dwóch Indusów, Afgańczyk, Pakistańczyk i Amerykanka kłócą się bez przerwy, podróżując jednym samochodem przez spustoszony kraj.
  • “Maqbool” (2003), reż. Vishal Bharadwaj. Adaptacja “Makbeta” w realiach gangsterskiego podziemia Mumbaju. Ten sam reżyser nakręcił „Omkarę” na podstawie „Otella”. Wolę jednak „Maqboola”. Irrfan Khan i Tabu w zupełnie innych rolach niż w „Imienniku”.
  • “Rang De Basanti” (2006), reż. Rakesh Omprakash Mehra. Nie lubię tego filmu, ale trzeba o nim wspomnieć, choćby ze względu na jego wydźwięk w Indiach. Młodzi ludzie, występując przeciwko skorumpowanemu systemowi, sięgają po broń. Dla jednych apoteoza romantycznego buntu, dla innych pochwała terroryzmu.
  • „My Brother... Nikhil“ (2005), reż. Onir. To film z nurtu “parallel cinema”, czyli coś w rodzaju kina offowego w Indiach. Kameralny, wyciszony portret rodziców, którzy zostali poddani społecznemu ostracyzmowi, gdy wyszło na jaw, że ich syn jest gejem (mogłoby się spodobać Żurawieckiemu).
  • “Black Friday” (2004), reż. Anurag Kashyap. Również „parallel cinema“. Historia policyjnego śledztwa w sprawie wydarzeń z 12 marca 1993 roku. W Bombaju doszło wówczas do zamachu terrorystycznego, w którym zginęło kilkaset osób. Mocne, świetnie nakręcone kino.
  • “Sholay” (1975), reż. Ramesh Sippy. Absolutna klasyka kina hindi. Curry western o dwóch łotrzykach, którzy zostali wynajęci do obrony pewnej wioski przed groźnym bandytą. Przyznaję: nie potrafię być wobec tego filmu obiektywny, więc nie będę się więcej rozwodził. Po prostu lektura obowiązkowa.

Przy okazji mała, złośliwa uwaga: w ŻADNEJ z wyżej wymienionych produkcji nie występuje Shahrukh Khan. A że nie ma tych filmów w naszej, krajowej ofercie? Pretensje proszę mieć do dystrybutorów.

„Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że powszechna fascynacja kinem bollywoodzkim ufundowana jest na wyrachowaniu i potrzebie snobowania się” – pisze Michał Walkiewicz.

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że pisanie bzdur przez ignoranta ufundowane jest na wyrachowaniu i potrzebie snobowania się. Bo skoro autor nie ma kompletnie pojęcia, o czym właściwie pisze, nie rozumie istoty zjawiska i nawet nie chce jej pojąć, to najlepiej jest pozadzierać nosa na łamach filmowego miesięcznika i powybrzydzać bez sensu.

Konrad Wągrowski w notce na blogu „Esensji” napisał wielkimi literami: „recenzent MA OBOWIĄZEK ZNAĆ SIĘ NA TYM, O CZYM PISZE. To nie jest jakiś tam internetowy komentator, jemu za recenzję PŁACĄ”. Michał Walkiewicz udowodnił w krótkim tekście, że na Bollywood nie zna się w ogóle. Dlatego właśnie nominuję jego recenzję w „Filmie” do grudniowego Popkuriozum.

Krzysztof Lipka-Chudzik

18:38, blog_esensja , Filmy
Link Komentarze (6) »
piątek, 14 grudnia 2007
Redaktorzy i recenzenci pilnie poszukiwani!

„Esensja” rozwija nam się jak ten róży kwiat. Jednak aby nasz magazyn rósł w siłę, a Czytelnicy mieli co dzień świeżutkie teksty na różne tematy, potrzebujemy do tego odpowiednich ludzi. Jeśli chcecie wspomóc nas w tym chlubnym dziele, oglądacie kabarety, chodzicie czasem do teatru (opery już nie wymagamy), macie lekkie pióro i mnóstwo pomysłów na felietony, humoreski, teksty o szydełkowaniu, kosmitach, życiu po życiu, dołączcie do nas!

Na kogo czekamy?

Na nowego Słowackiego, którego język giętki napisze wszystko, co pomyśli głowa. W razie braku Słowackiego, Mickiewicza, Kałużyńskiego, Fredry – na kogoś, kto zna ortografię i interpunkcję polską w stopniu średnio zaawansowanym i jeszcze ma w tym naszym języku ojczystym coś do powiedzenia na takie tematy, jak:

- teatr (recenzje spektakli, teksty o ciekawych aktorach, historii tej szlachetnej sztuki, a także współczesnych twórcach)

- kabaret (polski, zagraniczny, starszy, współczesny, Monty Python czy Mumio – do wyboru, do koloru)

- sztuka (preferowani znawcy sztuki współczesnej)

- historia (może ktoś zechce wspomóc nasz cykl "O historii nie zawsze ortodoksyjnie"?)

- fotografia

- wszystko inne, co wiąże się z kulturą, jest ciekawe i nie ociera się o politykę, religię, clubbing, motoryzację i inne szlachetne tematy.

Jeśli zdarza Wam się pisać skecze, humoreski, felietony – podeślijcie je także. Może dołączycie do grona szlachetnych twórców tych gatunków, a Waszych nazwisk będą się uczyć kiedyś dzieci w przedszkolach.

Jak do nas dołączyć?

Najpierw należy zapoznać się ze wskazówkami dla potencjalnych autorów http://esensja.pl/_redakcja/info/tekst.html?id=1315 , które wyjaśnią zasady techniczne i finansowe naszej przyszłej współpracy. Jeśli nadal będziecie zdecydowani, wystarczy przesłać swój tekst na adres: varia@redakcja.esensja.pl Oceni je nasze redakcyjne grono, zasugeruje ewentualne poprawki i być może zaprosi do współpracy. I tyle.

Zapraszamy raz jeszcze do współpracy. Może to właśnie Wy będziecie tworzyć V Rzeczpospolitą Szlachetnych Artystów po Piórze.

Magda Jurowicz

12:29, blog_esensja , Varia
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 13 grudnia 2007
No i mamy forum...

http://esensja.pl/forum/index.php - ale pewnie to już wiecie.

Zaczynamy - forum jest czyściutkie i świeżutkie, czeka na Wasze posty, komentarze, opinie i uwagi. Dawajcie znać, co działa źle, piszcie, co jest fajne - bo to dopiero rozruch. To, co niedopracowane, można poprawić. A potem już tylko rozmowy o popkulturze.

Oczywiście bardzo chętnie widziane są komentarze tekstów opublikowanych w Esensji. Krytyka mile widziana, ale o Jasnej stronie Mocy także czasem skrobnijcie - pozytywny feedback też jest potrzebny.

O blogu nie zapomnimy, ale na forum można pisać nie tylko o notkach. Więc rejestrujcie się i logujcie. Operators are standing by.

Michał Kubalski

21:07, blog_esensja
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 10 grudnia 2007
Widział kto Blade Runnera?

Nie chcę tu przytaczać historii powstania słynnego filmu Ridleya Scotta (zapraszamy zresztą do "Esensji" do tekstu "Biegnij Blady, Biegnij czyli legenda Blade Runnera" ), nie mam zamiaru opisywać czym najnowsza wersja różni się od poprzednich. Tym razem czas na garść osobistych wspomnień z okazji ćwierćwiecza amerykańskiej premiery.

Ćwierćwiecza amerykańskiej... A u nas? Jak wiadomo, w kinach pojawiła się dopiero wersja reżyserska w latach 90. (jeśli się mylę, możecie mnie poprawić). To oczywiście nie oznacza, że wcześniej filmu nikt nie znał - od czego wideo? Ale i przed erą wideo o filmie co nieco wiedzieliśmy.

Pamiętam sam jakieś fragmenty jakiegoś programu telewizyjnego o fantastyce w połowie lat 80., w ktorym pokazywano fragment "BR" - scenę, gdy Rick Deckard leci nad piramidą swym pojazdem. To budziło niesamowite emocje. Harrison Ford! Han Solo i Indiana Jones w jednym! W filmie SF! Z fantastycznymi efektami specjalnymi! To musi być jazda! Szkoda, że u nas nie można tego zobaczyć...

Wkrótce już było można. Pierwsze kopie wideo dotarły jakoś chyba około 1986 r., może rok wcześniej. Pamiętam, że tej kopii, z której po raz pierwszy zobaczyłem "Blade Runnera", tłumacz nadał miano "Nieomylny". Cóż, lepsze to chyba niż "Biegnący po ostrzu". A kto wie, może i lepszy nawet niż "Łowca androidów".

 

 

Jakie wrażenia? Generalnie chyba rozczarowanie. To jednak nadal był czas "Gwiezdnych wojen" i Kina Nowej Przygody. Spodziewaliśmy się akcji, dynamiki, przygody. A tu co? Powolne tempo, ledwie jeden pościg i co to za kulminacyjny pojedynek? Można rzec, że odbiór w Polsce tych pierwszych kopii wideo (których jakość mogła pozostawiać wiele do życzenia, co jest nie bez znaczenia przecież dla tak wizualnie wysmakowanego filmu) nie różnił się zbytnio od negatywnego odbioru "BR" na pierwszych amerykańskich pokazach.

Kiedy więc przyszło uznanie? Chyba tak jak wszędzie - gdy można było spojrzeć z dystansu, gdy można było docenić głębię refleksji, gdy już zapragnęliśmy od kina SF czegoś więcej niż tylko efektownej akcji. Niemałą rolę w tym odegrał bez wątpienia miesięcznik "Fantastyka", który najpierw opublikował fragment powieści Dicka (pisząc też oczywiście o filmie), a później już ją całą.

Pamiętam też kwestię soundtracku - niby wyszedł oficjalnie w 1994. A ja go miałem już w 1992! Nieoficjalne raczej wydanie CD było dostępne w popularnych wówczas wypożyczalniach płyt.

A potem legenda rosła. Bo przecież już parę lat później zdanie z tematu tego wpisu stało się symbolem lamerskiego wejścia na listę dyskusyjną Science Fiction - Fantasy. Bo przecież to oczywiste, że wszyscy widzieli "Blade Runnera".

Konrad Wągrowski

 

 

 

 

 

20:50, blog_esensja , Filmy
Link Komentarze (6) »
Dlaczego przyznaliśmy Popkuriozum za 300?

To miał być wpis w komentarzu – ale sprawa jest na tyle istotna, że warto ją podkreślić osobnym wpisem na blogu. Przykro mi, ale nie mogę się zgodzić z argumentacją Przemysława Pietrasa w komentarzu do poprzedniego wpisu . Recenzja „300” z „Dziennika” jest tu bowiem znakomitym przykładem tego, z czym w „Esensji” chcemy od dawna walczyć.

Nie przyznajemy tej nagrody z jakiejś wielkiej miłości do „300”. Ja sam uważam, że film ma błędy, o czym zresztą pisałem w notce tetrycznej . Inne są przyczyny naszego listopadowego popkuriozum.

Po pierwsze – uważamy, że recenzent MA OBOWIĄZEK ZNAĆ SIĘ NA TYM, O CZYM PISZE. To nie jest jakiś tam internetowy komentator, jemu za recenzję PŁACĄ. A jeśli tak, to powinien wiedzieć nie tylko, że film jest ekranizacją komiksu, ale i wiedzieć, że celem twórców było jak najwierniejsze odwzorowanie stylistyki komiksu i albo oceniać według tego kryterium, albo napisać, że ten trend w kinematografii nie prowadzi donikąd, bo... (i tu jakieś argumenty).

Mógłby napisać np., że „dosłowne przeniesienie stylistyki komiksowej na ekran jest błędem, bo to, co nie razi w komiksie, w filmie powoduje jedynie śmieszność”. Ale nie – recenzent napisał jedynie, że Snyder zrobił z siebie durnia, bo dał Kserksesowi kolczyki, a fakty historyczne przeinaczył. Choć tego wcale nie zrobił Snyder, lecz Frank Miller parę lat wcześniej.

Jesteśmy też przekonani, że nie jest tak, że każdy może recenzować wszystko – zapraszam zresztą do dyskusji Kamila Śmiałkowskiego z Bartoszem Żurawieckim na Onecie, w której zawsze staliśmy po stronie Kamila (nie tylko dlatego, że to nasz ekstetryk). Jest tyle filmów, każdy znajdzie coś dla siebie, nie musi koniecznie łapać się za „Szklane pułapki”, jeśli programowo nie znosi kina akcji.

Wreszcie kolejny argument – recenzja jest pisana dla czytelników „Dziennika”, którzy stanowią dość szeroki przekrój odbiorców. Tak, ale co z tego? Czy naprawdę recenzję ekranizacji komiksu mamy kierować do miłośników Bergmana? Przecież oni i tak wiedzą, że taki film ich nie zainteresuje. Więc może lepiej jasno w tekście zaznaczyć, czym jest film (to odstraszy część widzów), a potem napisać, dlaczego film (nie) polecamy miłośnikom TAKIEGO kina. Wtedy właśnie recenzja spełni wszelkie swoje zadania.

Oczywiście, były w zeszłym miesiącu nominacje dużo bzdurniejsze niż recenzja „300” – weźcie choćby bełkot recenzji owego serwisu muzycznego. Jednak z powodów podanych powyżej, w tym miesiącu zechcieliśmy zwrócić uwagę na akurat ten właśnie tekst.

Nasza nagroda zawsze będzie kontrowersyjna. Ale jej celem jest też wzbudzanie dyskusji, co zresztą tym razem się stało. I bardzo nas to cieszy.

Chyba się jednak mylę – akurat popkuriozum grudniowe z pewnością kontrowersyjne nie będzie. Mamy już dwie tak mocne kandydatury, że nadal dochodzimy po nich do siebie.

Konrad Wągrowski

11:13, blog_esensja , Filmy
Link Komentarze (60) »
niedziela, 09 grudnia 2007
Jak zwykle na początku miesiąca - najnowsze Popkuriozum.

Po raz już czwarty udało nam się przyznać Popkuriozum Miesiąca.

Szczegóły tutaj:

http://esensja.pl/film/publicystyka/tekst.html?id=4747 

Jak zwykle liczymy zarówno na komentarze, jak i zgłoszenia grudniowe - można tutaj.

A nas cieszy niezmiernie fakt, że nasza mała nagroda robi się coraz bardziej znana w Internecie. Jeszcze trochę i będziemy ją wręczać z wielką pompą w prime time jakiegoś poważnego kanału telewizji.

Konrad Wągrowski 

19:03, esensja1 , Magazyn
Link Komentarze (4) »
czwartek, 06 grudnia 2007
Życie nocnych marków
Buszując wczorajszego wieczora po necie, natrafiłem na taką oto informację:

„Już dziś w nocy, o godz. 1.30, zapraszamy użytkowników portalu Onet.pl na światową premierę polskiego zwiastuna filmu "Opowieści z Narnii: Książę Kaspian".

Osobiście nie wstałem o tej nieludzkiej porze ani nie czatowałem przed komputerem, by jako jeden z pierwszych obejrzeć dwuminutowy urywek. Nie ten film, nie ta pora. Skłoniło mnie to natomiast do refleksji. Nakręcanie na produkt masowy to zjawisko powszechne. Wszyscy, a zapewne większość z nas słyszała, bądź uczestniczyła, w nocnej premierze jakiegoś filmowego blockbustera, ustawiała się w kolejce po nowego Pottera czy marzła przed nowym marketem, czekając na jego otwarcie. Czyli bądź, zobacz, dotknij pierwszy. Zastanawiam się, co jeszcze spece od PR, promocji i reklamy zdołają jeszcze wymyślić. Czy dożyjemy dnia, kiedy nowa linia wacików czy innego pachnidła sprawi, że ludzie, miast pielęgnować zdrowie i domowe ognisko, zarwą noce w oczekiwaniu na produkt przecież nie pierwszej potrzeby. Zajawka filmu to w końcu także nic wielkiego. Z samego obrazu niewiele, a okazji do jego zobaczenia mnóstwo, wszak do premiery filmu zostało jeszcze kilka miesięcy. Nie zmienia to faktu, że grupa najbardziej zagorzałych fanów serii C.S. Lewisa w tej części świata (premiera zwiastuna w USA była o normalniejszej porze) przerwało lub skróciło sen, by jak najszybciej ten fragment zobaczyć.

Nawiasem mówiąc, w naszym kraju trafia to na całkiem znajomy grunt. Nie tak dawno przecież stało się w kilku albo nawet kilkunastodniowych kolejkach np. po meble. Jak okazuje się, Polak po raz kolejny wyprzedził nową epokę.

A tak na marginesie to zwiastun średni – od czasu filmowego „Władcy...” fantasy biegnie utartym schematem sprowadzania wszystkiego do epickiego starcia dobra i zła. Była już pierwsza „Narnia”, „Eragon”, w kolejce czekają już „Złoty kompas” i jego kontynuacje, „Ciemność rusza do boju” i kilkanaście innych książek, ale to temat na zupełnie inną notkę.

Bądź co bądź już teraz biję się z myślami, czy na pierwszy zwiastun nowego Indy'ego wstać, czy nie wstać. Oto jest pytanie.

Kamil Witek

16:21, blog_esensja , Filmy
Link Komentarze (1) »
Co autor miał na myśli, czyli jak powstrzymać się od projekcji i czy to w ogóle możliwe

Bardzo trudno powstrzymać się od rzutowania tego, co wiemy o autorze, na to, co stworzył, na odbiór prozy jego autorstwa. Zwłaszcza że autorzy często nie ułatwiają nam tego zadania. Stosunkowo łatwo "oderwać" twórcę od dzieła, jeśli chodzi o Agathę Christie piszącą o Herculesie Poirot czy Asimova piszącego o robotach na przeludnionej Ziemi. Ale Dick? Archer? Mieville? Z nimi może być problem.

Philip K. Dick to autor, którego twórczość wywołuje spory, m.in. na forach. Bo jedni piszą: "to był wariat i ćpun, więc wiadomo, czemu pisał tak, a nie inaczej", inni się zżymają: "nie potraficie czytać KSIĄŻKI, a nie autora? Nieważne, kim był, ważne, co napisał!". Ale czy nie czujemy paranoicznej PRAWDZIWOŚCI narkotycznych wizji w "Przez ciemne zwierciadło"? Czy wiedza o tym, że Dick był całkowicie przekonany o tym, że walnął go liliowy promień z Kosmosu, nie powoduje, że inaczej czytamy "Valis"? Wydaje mi się, że jednak tak. Ciekawie byłoby porównać odbiór "Valisa" przez kogoś, kto nie ma zielonego pojęcia o życiu Dicka z odbiorem osoby, która czytała wcześniej "Boże inwazje" Sutina. Oczywiście jest tego więcej, co właśnie Sutin dokumentuje. I czy odbiór "czysty" jest w jakiś sposób lepszy?

Nieco podobnie, choć zupełnie inaczej, jest z Jeffreyem Archerem. Przepraszam, baronem Archerem. Ten poczytny autor siedział w więzieniu za fałszywe zeznania, ale co innych by pogrążyło, jemu prawdopodobnie przysporzyło sławy, a już na pewno pieniędzy. Korzystając z tej niezbyt chlubnej karty w swym życiorysie, Archer napisał już 3 tomy "Dzienników więziennych" i zbiór opowiadań "Zasłyszane w kiciu"; podczas pobytu w celi napisał też kolejną powieść, "Synowie Fortuny". W trakcie procesu Archer występował wieczorami w napisanej przez siebie (co prawda kilka miesięcy wcześniej) sztuce "Oskarżony", która toczyła się w całości na sali sądowej i w której grał... oskarżonego. Zresztą wcześniej Archer też wykorzystywał swą burzliwą karierę polityczną i finansową, co widać choćby w powieści "Pierwszy między równymi" (opis politycznych zagrywek czterech żądnych władzy Brytyjczyków).

A obecnie czytam "Iron Council" Chiny Mieville'a i mam nieodparte skojarzenia opisanej w powieści polityki Nowego Crobuzon z polityką Dżordża Dablju. Poza tym napotykam w powieści żyjących w wodzie vodyanoi i mieszkańców bagien bolotnoi, związki zawodowe, rewolucyjnych zamachowców, żyjących bez pieniędzy i rządzących się za pośrednictwem Rady uciekinierów, bogatych ciemiężycieli i wyzysk robotników. A wiem, że Mieville jest lewicowcem, działaczem trockistowskiej Socialist Workers Party. I jak tu oderwać autora od twórczości?

Chyba jednak podjęcie tego typu trudu jest daremne. Może uda się to z pierwszym tekstem danego autora, jaki poznamy, ale jeśli nam się spodoba i sięgniemy po następne, a także zaczniemy kojarzyć nazwisko i przyswajać (choćby przez informacyjną osmozę) fakty o autorze, to cóż - nigdy nie będzie to już dziewicze terytorium skojarzeniowe, na którym tekst i tylko tekst ma znaczenie. Osoba, życiorys i poglądy autora zawsze już będą gdzieś tam obecne. I trzeba się z tym pogodzić. Tak mi się wydaje.

Michał Kubalski

11:17, blog_esensja , Książki
Link Komentarze (3) »
środa, 05 grudnia 2007
Spam rozweselający
Póki zalewający nasze serwery (i zapewne także Wasze skrzynki pocztowe) spam jest w dużej mierze anglojęzyczny (oraz w językach dalekoazjatyckich), stosunkowo łatwo jest go odsiać od poczty nas interesującej. Czasem jest to jednak miks językowy wynikający z użycia w temacie nazwy konta, na które spam przychodzi. A wtedy zaczyna być zabawnie...
"Literatura won!" krzyczy nagłówek jednej z niechcianych wiadomości. Gdy czytać to po "angielskiemu", rewelacji nie widać. Ale gdy po polsku... Spam zmienia się w ciężką krytykę prezentowanej na naszych łamach prozy.
"Drugs for poezja" - to z kolei kusząca oferta dla wannabe poetów. Sądząc po przychodzących czasem wypocinach (przy okazji: przepraszamy, nasz dział poezji ciągle w rozsypce...), niektórzy z oferty tej korzystali podczas wierszoklecenia.
Znacie inne takie przykłady? Podzielcie się z nami...
 
Wojciech Gołąbowski
10:16, blog_esensja , Varia
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2
Magazyn Esensja