Kategorie: Wszystkie | Filmy | Gry | Komiksy | Książki | Magazyn | Muzyka | Varia
RSS
środa, 28 listopada 2007
Imperium niepewności
Wicher śmierci
 
Nigdy bym się nie spodziewał, że jedno z najlepszych credo Unii Europejskiej spłynie z piór kanadyjskiego archeologa, od kilku lat przelewającego pracowicie produkty oszalałej wyobraźni na papier. On to napisał:

„(…) najgroźniejszymi wrogami są ci, którzy nie mają pewności. Którzy zadają pytania i reagują na nasze zgrabne odpowiedzi niepowstrzymanym sceptycyzmem. (…) Zrozum, ci niebezpieczni obywatele zdają sobie sprawę z tego, że nic nie jest proste. „ 1

Myślę, że to właśnie UE, chwała mu za to, stara się nieść w świecie pochodnię niechęci do łatwych wyjaśnień. Jest jednak coś, o czym napisano w tej samej książce, a czego UE nie robi - unikając nienawiści, ale czyniąc się instytucją nieco… bezpłodną.

„Odrzucam wszelki relatywizm (…). Specyficzne cechy danej kultury nie są usprawiedliwieniem dla oczywistej niesprawiedliwości bądź nierówności. Status quo nie jest świętością. Nie jest ołtarzem, który należy zlewać rzekami krwi.”2

Eryk Remiezowicz

1 Steven Erikson „Wicher śmierci. Tom pierwszy: Imperium”, wyd. MAG 2007 , s. 74
2 Tamże , s. 79
12:35, blog_esensja , Książki
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 listopada 2007
Coraz bliżej święta, coraz bliżej święta...

Kto już słyszał w radiu "Last Christmas" George'a Michaela? Mnie się jeszcze nie udało, ale sądząc po świątecznych dekoracjach w sklepach i choinkach stojących u mnie w biurze od tygodnia, moment ten nadciąga nieubłaganie.

Rozumiem, skąd to się bierze - umiejętnie podsycana przez sprzedających gorączka zakupów sprawiła, że koleżanka już kupiła wszystkie prezenty gwiazdkowe. Ale coś jest jednak nie tak, jeśli Mikołaj, dawniej zwany świętym, zjeżdża do miasta i dokonuje inwazji już w połowie listopada. Co prawda u nas jeszcze nie jest tak źle - Mikołaje nie stoją przed każdym sklepem krzycząc do dzieci: "Dziwka dziwka dziwka!" ("Ho! Ho! Ho!"), ale co roku święta wydają się być coraz dłuższe. A to uderza w ich "świąteczność" właśnie. Bombardowani "świątecznym" przekazem przez prawie dwa miesiące w czasie wieczerzy wigilijnej rzygamy już kolędami, a Mikołaj kojarzy się bardziej z promocją niż z miłosierdziem.

I chyba nie da się nic z tym zrobić. Bo jednostkowy bojkot nie spowoduje, że z wystaw znikną mikołajkowe czapusie i majtusie, a z radia przesłodzone dżingle i reklamy. Monty Pythoni znowu mieli proroczą wizję: "It's Christmas, it's Christmas in Heaven, hip hip, hip hip hip hooray! Every single day is Christmas day!"

Michał Kubalski 

12:32, blog_esensja
Link Komentarze (3) »
piątek, 23 listopada 2007
RIAA ostrzega: piratując mp3-ki, ściągasz komunizm!!!

Plakat propagandowy RIAA

 

Czy czytając ten artykuł, słuchasz muzyki? Tak? To świetnie, muzyka łagodzi obyczaje i takie tam. A powiedz, czy na pewno nabyłeś ją legalnie, czy… no cóż… może bezprawnie ściągnąłeś z sieci peer to peer? Tylko szczerze!

Co?!

Naprawdę? Złamałeś prawo?

No trudno, skoro jesteś już przestępcą, to wiedz, że są ludzie tacy jak ja, który służą ci pomocą i pozwolą uniknąć grzywny 9250 dolarów za każdą piosenkę. Nie wiesz, o co chodzi? W razie gdybyś przeoczył tę wiadomość, to donoszę, że 9250 dolarów to suma, na jaką Recording Industry Association of America, stowarzyszenie największych amerykańskich wytwórni muzycznych (m.in. Sony, Warner, EMI, Universal), wyceniło każdą z empetrójek udostępnionych w sieci Kazaa przez Amerykankę Jammie Thomas. Na jakiej podstawie wyliczono taką kwotę? Trudno do końca stwierdzić. Adwokat Thomas, Brian Toder przypuszcza, że koszt spiratowania jednej piosenki to zaledwie 70 centów, ale żadna z wytwórni nie przyznała się do tego, ile traci na każdym pobranym nielegalnie utworze.

Tym się zresztą nie zajmuj. Ważniejsze, że po przeliczeniu wszystkich dwudziestu czterech mp3, które udostępniła użytkowniczka Kazaa, kara wyniosła śliczne, nieokrągłe 222 tys. dolarów. I taką właśnie sumę kazał jej zapłacić sąd stanu Minnesota.

Zastanów się więc, ile plików muzycznych ty udostępniasz, a co ważniejsze: jakie!

Magazyn Wired dotarł bowiem do listy wszystkich 24 piosenek, które kosztowały Thomas fortunę (nazywając listę „najdroższym półtorej godziny muzyki w historii”). Teoretycznie więc wystarczy unikać tych kawałków i wszystko będzie OK. Teoretycznie.

Oto ta lista:

  • Guns N Roses "Welcome to the Jungle"; "November Rain"
  • Vanessa Williams "Save the Best for Last"
  • Janet Jackson "Let's What Awhile"
  • Gloria Estefan "Here We Are"; "Coming Out of the Heart"; "Rhythm is Gonna Get You"
  • Goo Goo Dolls "Iris"
  • Journey "Faithfully"; "Don't Stop Believing"
  • Sara McLachlan "Possession"; "Building a Mystery"
  • Aerosmith "Cryin'"
  • Linkin Park "One Step Closer"
  • Def Leppard "Pour Some Sugar on Me"
  • Reba McEntire "One Honest Heart"
  • Bryan Adams "Somebody"
  • No Doubt "Bathwater"; "Hella Good"; "Different People"
  • Sheryl Crow "Run Baby Run"
  • Richard Marx "Now and Forever"
  • Destiny's Child "Bills, Bills, Bills"
  • Green Day "Basket Case"

P.S. W razie gdybyś jednak wpadł w kłopoty, możesz liczyć na pomoc otwartego niedawno przez Free Sofware Foundation funduszu na rzecz oskarżonych przez RIAA. Oprócz tego, jeśli chcesz pomóc Jamie, możesz już teraz na stronie www.cafepress.com/freejammie kupić sobie np. seksowne stringi, śpioszki dla niemowlaka i koszulkę… dla psa. Dochód pójdzie na rzecz pomocy "pokrzywdzonym piratom". Pamiętaj: RIAA przygotowała już ponad 20 tys. pozwów jak ten dla Thomas i kto wie, czy nie będziesz niedługo na jej miejscu!

Paweł Franczak

16:16, blog_esensja , Muzyka
Link Komentarze (4) »
środa, 21 listopada 2007
Prywatna psychodeliczna rolka, czyli jak robić fajne teledyski na kwasie

Chemical Brothers to duet znany od dawna wszystkim (przynajmniej mam taką nadzieję) fanom muzyki elektronicznej. Prekursorzy i gwiazdy breakbeatu/bigbeatu (ale nie tego starego bigbitu), obok Fatboy Slima najbardziej znani przedstawiciele tej odmiany elektroniki. A gdy spojrzeć na ich teledyski, można zrozumieć, skąd wzięła się ta chemia w nazwie.

Wszak wiele, jeśli nie większość ich klipów to wideozapis narkotycznych halunów. Spójrzcie choćby na jeden z najnowszych klipów: "Salmon Dance"

Gadające ryby, śpiewające ryby, głupawe uśmieszki i latające samochody... Taaak.

A co było wcześniej? No, choćby "Believe" - paranoiczna wizja młodego Anglika ściganego przez robota z fabryki samochodów:

czy "Setting Sun" - w którym ostra balangowiczka doznaje rozdwojenia jaźni:

Można się też zastanawiać co brała widząca wszędzie szkielety klubowiczka z "Hey boy, hey girl":

"The Golden Path" to z kolei hipisowska psychodela znękanego urzędasa, ze smileyem (a wiadomo, gdzie lądował kwasowy uśmieszek), wolną miłością i volkswagenem w kwiatowe wzory:

Ale wszelkie rekordy bije pod względem kwasowości "The test", w którym imprezująca dziewczyna odwiedza wnętrze wieloryba, spotyka małą cyklopkę i wpatruje się w swoje dłonie, a Richard Ashcroft zapytuje zbolałym głosem: "Did I pass the acid test?".

I jak tu twierdzić, że po dragach nie zostaje nic fajnego?

Michał Kubalski

14:05, blog_esensja , Muzyka
Link Komentarze (4) »
niedziela, 18 listopada 2007
Wielki Kanon Kina Grozy!

W ramach nawiązywania kontaktów z czytelnikami (wiecie, jak ta bomba atomowa...) dziś uruchomiliśmy kolejną zabawę - Wielki Plebiscyt na Kanon Kina Grozy.

Znajdziecie go tutaj:

http://esensja.pl/film/konkursy/konkurs.html?id=39 

W konkursie znajdziecie szczegółowe zasady zabawy. Tu dodam tylko, że głównym celem jest wybranie 10 najważniejszych filmów grozy (nie piszę "horrorów", bo uważam, że określenie "kino grozy" ma większą pojemność) spośród naszych 200 propozycji.

A tu, właśnie tu, na blogu, w komentarzach do tego wpisu jest miejsce na to, aby nie zostawić suchej nitki na naszym wyborze i wytknąć nam, że na przykład zapomieliśmy o "Dzieciach Kukurydzy IV", wstawiając nikomu nieznanego "Nosferatu". Czy jakoś tak.

Zapraszam do dyskusji - i głosowania, rzecz jasna.

Konrad Wągrowski 

13:08, esensja1 , Filmy
Link Komentarze (12) »
piątek, 16 listopada 2007
Popkuriozum wreszcie!

O ile tego jeszcze nie zauważyliście, dziś pojawiły się wyniki październikowego Popkuriozum. Przepraszamy za opóźnienie, wynikło z zaawansowanych prac redakcji nad blokiem horrorowym (podoba się?) i braku czasu na pozbieranie tych kilku znanczących bzdur, jakie pojawiły się w mediach w październiku. Ale sądzimy, że tradycyjnie nasza lista zadowoli wszystkich miłośników prasowych wpadek.

Szczegóły znajdziecie tu:

http://esensja.pl/film/publicystyka/tekst.html?id=4693

Swoją drogą ciekawe czy nasza krucjata kiedykolwiek odniesie jakikolwiek wymierny sukces? Na przykład ktoś zastanowi się w poważnej prasie, czy na pewno chce puszczać recenzję autora, który nie widział filmu? Albo ktoś zada sobie trud, aby zweryfikować kilka prostych faktów podanych przez autora w tekście?

E tam, mrzonki. Miejmy więc choć z tego trochę zabawy.

Konrad Wągrowski

 

23:17, esensja1 , Magazyn
Link Komentarze (1) »
sobota, 10 listopada 2007
Czytając CJC (6): Zbroja umysłu

Rozkoszuję się obecnie ponowną lekturą powieści Caroline Janice Cherry, jednej z największych pisarek speculative fiction.

Defender

„Defender”, piąty tom cyklu o atevich. Bren Cameron musi się udać na uroczystą kolację, na której będzie mediował pomiędzy dwoma żelaznymi kobietami – kapitan Sabin, reprezentującą ludzki statek, i Azji-wdową Ilisidi, mówiącą w imieniu atevich. Z przyczyn, których wolałbym nie wyłuszczać, wszystkie bagaże Camerona są w stanie skrajnego bałaganu, dlatego też zbędnym wydają mu się starania służby walczącej o to, aby ich pan poszedł w jak najlepszym ubraniu.

Kiedy jednak rozpocznie się walka na słowa, paidhi Bren pojmie, że odpowiedni ubiór to nie fanaberia i pusty rytuał; nawet nie oznaka szacunku. To przede wszystkim zgłoszenie akcesu do pojedynku myśli i akceptacja jego reguł. Protokoły dyplomatyczne, właściwe maniery i garnitury to nie czcze wymysły, ale wejście do gry o wielkie stawki, których samce meta raczej nigdy w życiu nie powąchają.

Eryk Remiezowicz

09:25, blog_esensja , Książki
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 08 listopada 2007
Esensjopedia

Jako że aktualnie brak nam funduszy na wypasioną reklamę telewizyjną, zaszła konieczność skromnego zareklamowania się na blogu Esensji. Otóż chciałbym zachęcić do korzystania z esensyjnych zapowiedzi premier kinowych, które znajdziecie pod tym adresem:

http://esensja.pl/film/filmy/index.html?rodzaj=zapowiedzi

Dlaczego warto korzystać akurat z esensyjnych zapowiedzi, skoro są serwisy, jak Stopklatka czy Filmweb, które zajmują się konkretnie filmem i również zamieszczają takie zapowiedzi?

Otóż dlatego, drodzy kinomani, że w Esensjopedii znajdziecie najbardziej aktualne zapowiedzi w całej Sieci. Sam nie wiem, dlaczego tak jest, ale możecie to sprawdzić, nie ściemniam.

Jeśli więc chcecie dowiedzieć się o planach dystrybutorów do roku 2009 (na ten rok ustalona jest już na przykład premiera nowego filmu Petera Jacksona), serdecznie zapraszam.

Zaś jeśli kogoś interesują plakaty filmowe, również powinien jak najczęściej zaglądać właśnie do Esensjopedii. Często jako pierwsi w Internecie zamieszczamy polskie plakaty filmów kinowych, tyle że nie zwykliśmy się tym chwalić na stronie głównej (może powinniśmy zacząć?), więc z łatwością mogliście ten fakt przeoczyć. Obecnie jako pierwsi prezentujemy plakat do filmu „Hania” Janusza Kamińskiego, jak również polskie plakaty do styczniowych premier: „Don Chichota” i „Zaczarowanej”. I na tym na pewno się nie skończy.  

To tyle.

Piotr Dobry

01:22, blog_esensja
Link Komentarze (81) »
poniedziałek, 05 listopada 2007
„Przybywamy w pokoju...”

Jeden mój znajomy, podobnie jak ja miłośnik pełnometrażowych kreskówek Disneya, powiedział, że „Atlantyda” ma marny scenariusz. Nie rozumiem tego zarzutu. To w końcu film dla dzieci, a nie jakieś dzieło filozoficzne.

Atlantyda


Akcja w ogólnym zarysie przypominała mi przygody Indiany Jonesa: odczytywanie wskazówek ze średniowiecznych rękopisów, bijatyki na frunącym balonie i tak dalej. Główny bohater, Milo Thatch, też jest naukowcem, ale Indy’emu nie dorównuje: to chudzinka, w życiu nie rozłoży dwóch bandziorów jednym ciosem. Film również dlatego przypomina mi dzieła Spielberga, że to typowa przygodówka – nie ma piosenek ani “komediowego elementu” w postaci śmiesznego zwierzątka (tak jak Mulan miała smoka, Mała Syrenka rybkę, a Pocahontas szopa), za to akcja pędzi naprzód niczym lokomotywa. Trochę o to mam pretensje do twórców, bo nie mamy czasu ponapawać się scenerią ani bliżej zapoznać z ekipą, która towarzyszy bohaterowi, a składa się z rozmaitych oryginałów. W przeciwieństwie do questowego stereotypu, nie są oni pozbierani ad hoc – z wyjątkiem dziewczyny-mechanika wszyscy brali już razem udział w poprzednich wyprawach z dziadkiem Mila. Są to: Cookie – olbrzymi lekarz murzyńsko-indiańskiego pochodzenia (“Studiowałem medycynę na uniwersytecie. Mam też amulet od Pędzącego Konia!”); stary kucharz-kowboj, gotujący obrzydliwe paciagi, starsza pani o uroczo przepitym głosie, nie wypuszczająca papierosa z ust i gawędząca przez telefon z koleżanką, kiedy trzeba ogłaszać alarm; pirotechnik Wołodia, mówiący po rosyjsku do tego stopnia, że nie wiem, czy dzieciaki zrozumieją (ale za to jak to pięknie brzmi!), oraz szalony geolog Molier zwany Molem, co zapewne po angielsku miało się kojarzyć z kretem, a wiadomo, z czym, a raczej z kim kojarzy się nieuleczalnej gwiezdnowojennej maniaczce. Do tego mamy jeszcze dwójkę dowodzących, o których od razu wiadomo, że są wrednymi typami. Wiadomo – facet z kwadratową szczęką i manierami wojskowego oraz femme fatale o germańskim imieniu i pasującej do niego urodzie w tego typu filmie nie mogą być porządnymi postaciami.
Wbrew temu, co można by sądzić na podstawie innych filmów Disneya, zaprzyjaźniona ze sobą ekipa wcale nie pali się, by przyjąć do swego grona wnuka dawnego szefa: na początku go ignorują albo robią głupie dowcipy, potem jakby robi im się go żal i zapraszają do ogniska, ale na paru łzawych historyjkach z dzieciństwa się kończy. Dlatego fakt, że w przełomowym momencie stają po jego stronie (skazując się tym na przegraną, a być może na śmierć) jest kompletnie niezrozumiały, acz zgodny z logiką tego typu opowieści. Ja nie wymagam w kreskówkach jakichś strasznych głębi psychologicznych, ale niech to chociaż ma pozory realności!
I ten zadziwiający zwrot nie tyle akcji ile psychiki bohaterów był jedyną rzeczą, która mi się w tym filmie nie spodobała. Fajny był i humor, i scenografia i język Atlantów, w którym każdy z bohaterów odnajdywał brzmienie swojego rodzimego języka. Czemu ten film zrobił – ponoć – spektakularną klapę po wypuszczeniu do kin...?

Achika

22:02, blog_esensja , Filmy
Link Komentarze (1) »
Magazyn Esensja