Kategorie: Wszystkie | Filmy | Gry | Komiksy | Książki | Magazyn | Muzyka | Varia
RSS
sobota, 28 lutego 2009
Geralt i złoty smok

Tak się złożyło, że pracując nad kolejnym felietonem z cyklu “Przy herbacie” odświeżyłam znajomość z opowiadaniem Andrzeja Sapkowskiego “Granica możliwości”. I po latach po raz kolejny zadumałam się nad przyczyną nagłej i niezrozumiałej zmiany decyzji wiedźmina.

 

Przypomnijmy: po tym, jak złoty smok (znany w innej postaci jako Borch Trzy Kawki) połamał kości błędnemu rycerzowi, Yennefer poprosiła Geralta, żeby zabił gada (“jest za szybki, by mógł z nim walczyć człowiek”), co pozwoliłoby jej zdobyć fundusze na leczenie bezpłodności. Geralt odmawia, ale trzy strony dalej pyta Jaskra: “A ty co o tym myślisz?”. Poeta informuje, że choć generalnie gadów nie znosi i brzydzi się ich, jego zdaniem ten konkretny smok jest ładny. Na co wiedźmin dziękuje mu, po czym... skraca pas od miecza, sprawdza, czy rękojeść gładko wchodzi do dłoni i ewidentnie ma zamiar ruszyć na smoka, informując obecnych, że jest granica możliwości, a on ma tego wszystkiego dość (nie precyzuje, czego wszystkiego – obławy na smoka, ohydy ludzkich i krasnoludzkich charakterów, czy może kłótni z Yennefer, z którą niełatwa relacja jest drugim, ważniejszym zresztą od smoka, wątkiem tego opowiadania).

 

No i zagadka. Geralt zamierza zabić smoka, bo zwierz podoba się Jaskrowi? Nie, to bez sensu. Szczególnie, że jeszcze mu obiecuje, że postara się NIE zabić (smoka? smoczątka? wyjątkowo dużo niedopowiedzeń jak na jedno opowiadanie). Uważa, że “ładny” złoty smok da Yennefer większe możliwości medyczne niż po prostu złoty smok? Też dziwne. O co więc w tej scenie chodzi?

 

Agnieszka “Achika” Szady

19:04, blog_esensja , Książki
Link Komentarze (2) »
wtorek, 24 lutego 2009
Powiedział, co wiedział

Jacek Bromski o "Slumdogu": To film bardzo miły i przyjemny, dobrze się go ogląda. Jednak jest to melodramat zrobiony z przymrużeniem oka. Moim zdaniem, on nie ma "odpowiedniego ciężaru". Dziwię się, że taki film dostał Oscara.

 Piotr Dobry

08:27, blog_esensja , Filmy
Link Dodaj komentarz »
sobota, 14 lutego 2009
Reklamy prezerwatyw, które dobrze obejrzeć w Walentynki

Walentynki stały się już popkulturowym faktem, więc dobrze wiedzieć co nieco na ich temat. Statystyki podają, że w okolicach święta zakochanych sprzedaż prezerwatyw wzrasta średnio o 47%. Jednak nie zawsze było tak różowo – w starożytnych Chinach kobiety chroniły się przed zajściem w ciąże pijąc napoje z zawartością ołowiu i miedzi. Z kolei Greczynki podobno korzystały z tamponów namoczonych w miodzie, oliwie i żywicy cedrowej, a w Mezopotamii tampony ugniatano z miodu i kruszonych migdałów...

Przed erą lateksowych prezerwatyw mężczyźni też musieli kombinować, więc już w starożytnym Egipcie, około 1000 r. p.n.e., używali płóciennych nakładek. Używania pierwszych prezerwatyw dowodzą malowidła w Comberelles we Francji, pochodzące z okresu 100-200 r. n.e. Tymczasem pierwszy opis w literaturze fachowej tego środka zapobiegania ciąży pojawił się we Włoszech, w XV wieku. Jakieś 200 lat później w powszechnym użyciu były już prezerwatywy ze zwierzęcych wnętrzności, które z powodu wysokiej ceny używane były kilkakrotnie. Ponoć nasi przodkowie nazywali je „rynsztunkiem przeciwko uciechom i siecią przeciwko infekcji”. Sam Casanowa często z nich korzystał, określając prezerwatywy jako „płaszcze angielskiej kawalerii”.

W roku 1844 miał miejsce prawdziwy przełom – kondomy zaczęto produkować z gumy wulkanizowanej, co dało początek niezwykle dochodowej gałęzi przemysłu. Już w roku 1861 w amerykańskiej gazecie pojawiła się pierwsza reklama prezerwatyw, a w 1880 roku wyprodukowano pierwszego lateksowego kondoma.

Jak widać, prezerwatywy towarzysza człowiekowi od dawna i ciągle ewoluują. Poniżej znajduje się jedenaście reklam prezerwatyw, które pochodzą z różnych części świata. Wiele z nich nie zostało pokazanych w państwowych stacjach telewizyjnych, a niektóre można było zobaczyć wyłącznie w Internecie. Jednak wszystkie są dość pouczające.

1. Francja
Nasze zestawienie zaczynamy mocnym uderzeniem – reklama pochodząca z Francji demonstruje w sposób dość dobitny, jakie są skutki nieprzemyślanych decyzji. W Polsce może ona nieco bulwersować, ale czasami trzeba użyć mocnego środka, by dotrzeć do odbiorcy.



2. Kenia
Boska reklama z Kenii przedstawia kreatywny pomysł na zastąpienie pokrowca z parasola. Aluzje może nie są zbyt subtelne, ale czytelne i mają szanse dotrzeć do każdego odbiorcy. Pogratulować twórcom poczucia humoru i doboru aktorów do tego klipu.



3. Wielka Brytania
Reklama z Anglii subtelnością nie dorównuje pozostałym nagraniom z naszego zestawienia, ale jest dobrą wizualizacją hormonalnej burzy, jaką przechodzą nastolatki. Niewątpliwie koszt nagrania tego klipu był dość duży – spora liczba statystów i oryginalne stroje z pewnością pochłonęły lwią część budżetu.



4. Australia

Trzeba przyznać, że propozycja Australijczyków jest dość inspirująca. Sama reklama swoją stylistyką nawiązuje do opowieści grozy, a proste użycie środków artystycznych ciekawie buduje nastrój opowieści. Co prawda, nie fabuła jest tu najważniejsza, ale miłośnicy historii z dreszczykiem z pewnością znajdą tu coś dla siebie.
 


5. USA

Reklama z USA nie grzeszy subtelnością i jest tym, czego statystyczny Polak spodziewałby się po statystycznym Amerykaninie. Klip zdecydowanie przegrywa z innymi w naszym zestawieniu, ale dla kolorytu został uwzględniony w tym spisie.



6. Belgia
Historia sympatycznego mleczarza ma w sobie mnóstwo romantyzmu: jest ciekawy bohater, dobra ścieżka dźwiękowa, świetny scenariusz i zaskakująca pointa, która po chwili okazuje się jeszcze bardziej zaskakująca. Zdecydowanie, jedna z najlepszych reklam w tym zestawieniu.



7. Republika Południowej Afryki
Stylistyka reklamy z Republiki Południowej Afryki może być nieco zadziwiająca dla widza z Europy: za pomocą (bardzo) skromnych środków, główna bohaterka przekazała najważniejszą myśl klipu i potrzebowała na to jedynie 18 sekund. Warto obejrzeć, bo rzecz jest piękna w swej zwięzłości.



8. Indie
Znawcy kina z Bollywood z pewnością będą ukontentowani klipem prosto z Indii. Trwa aż 7 minut i jest wyśpiewany i wytańczony aż po same brzegi. Jak widać, nawet reklamy prezerwatyw z Indii muszą zawierać żelazne elementy tamtejszej kinematografii. Śmiało można je puszczać w kinie przed filmami z Bollywood.



9. Szwecja
Reklama ze Szwecji jest dość oszczędna w środkach, ale dobitnie pokazuje, w jaki sposób wśród ludzi rozprzestrzeniają się choroby weneryczne. Warta zapamiętania jest zwłaszcza ostatnia scena w kawiarni, gdzie główny bohater zasłuchanym znajomym wyłuszcza swój problem.



10. Zimbabwe
Reklama z Zimbabwe jest wyjątkowo dziwaczna i przypomina raczej pilota jakiegoś serialu z dolnej półki, niż reklamę prezerwatyw. Na uwagę zasługuje zwłaszcza drewniane aktorstwo i kwestie recytowane jak na szkolnej akademii. W tym zestawieniu klip ten znalazł się w charakterze ciekawostki.



11. Chiny
Chińska reklama to wielki ukłon w stronę europejskiej popkultury: została wykonana wyłącznie przy użyciu technik cyfrowych i nawiązuje do bardzo znanej serii o dość znanym agencie, który nosi raczej rozpoznawalny numer. W najnowszym odcinku wciela się w niego aktor o żółtym kolorze skóry, co podkreśla jego wschodnie korzenie.



Czytaj inne teksty na Walentynki:

 

10 największych podbojów miłosnych wiedźmina Geralta 

50 najpiękniejszych polskich piosenek o miłości

Najdziwniejsze filmowe pary

Paweł Sasko

10:41, blog_esensja , Varia
Link Komentarze (8) »
czwartek, 12 lutego 2009
10 najlepszych okładek płyt 2008

Jak już wspomniałem w tekście „10 naj… Najgorsze okładki płyt 2008” w tym roku producenci odpuścili sobie inwestowanie w stronę graficzną albumów. Stąd też bardzo ciężko było mi wybrać chociaż 10 okładek, które naprawdę by mi się podobały. Ale spróbujmy:

10. „Viva la Vida or Death and All His Friends” Coldplay
Uwielbiam obraz “Wolność wiodąca lud na barykady” Delacroix. Podobał mi się na długo przed wykorzystaniem go przez Coldplay. Okładka byłaby idealna gdyby tylko ktoś nie namazał białą farbą durnego napisu na środku.

9. „Among Beggars and Thieves” Falconer
Gdybym schodząc do piwnicy spotkał tego klienta siedzącego na schodach, chyba bym z miejsca dostał zawału. Okładka jest w starym, dobrym, ponurym stylu. Znacznie wyróżnia się, kiedy stoi w sklepie na półce między The Killers a Madonną.

8. „The Age of Understatement” The Last Shadow Puppets
Zazdroszczę chłopakom z zespołu, jeśli takie dziewczyny jeżdżą z nimi w trasy. Zdjęcie przywołuje klimat lat 70., kiedy każda dziewczyna chciała być kochanką rockmana.

7. „Consolers of the Lonely” The Raconteurs
Jak widać na załączonym obrazku, Jack White postanowił porzucić karierę dobrze zapowiadającej się gwiazdy rocka na rzecz obwoźnego handlu rupieciami. Cóż, można i tak.

6. „Kasia i Wojtek” Kasia i Wojtek
Biorąc pod uwagę tę i dwie poprzednie pozycje, odnoszę wrażenie, że powróciła moda na okładki czarno-białe. No dobra, tu nie do końca jest biało. Pomysł graficzny prosty i skuteczny. Brawo za odwagę!

5. „Indestructible” Disturbed
To teraz coś kolorowego. I to bardzo. Okładka, która bez wątpienia ucieszy każdego fana komiksów o superbohaterach. Hmmm… Właśnie przypomniało mi się, że dawno nie czytałem „Ghost Ridera”, chyba czas odświeżyć sobie tę pozycję.

4. „Með suð í eyrum við spilum endalaust” Sigur Rós
Dla mnie przesłanie tej grafiki jest jasne: kupujcie oryginalne płyty, inaczej pójdziemy z torbami. Proszę zwrócić uwagę na drobny szczegół, że chłopaki biegną tyłem. Jest w tym pewien pomysł marketingowy – Islandia w tropikach nie leży, a niektóre rzeczy kurczą się na zimnie…

3. „Death Magnetic” Metallica
Sam rysunek specjalnie porywający nie jest. Polecam edycję w kartonowym pudełeczku, z robiącym wrażenie zagłębieniem w miejscu grobu. A już najbardziej oszałamiające jest wydanie winylowe, ukryte w futerale przypominającym trumnę.

2. „The Bees Made Honey in the Lion’s Skull” Earth
Rewelacyjny rysunek, dla którego warto nabyć tę płytę. Może pomyślicie, że jestem zboczony, ale naprawdę spróbowałbym miodu z tej czaszki.

1. „Soft Machine” Teddybears
I mamy zwycięzcę. I to w kilku kategoriach na raz: najlepsza okładka roku, najbardziej psychodeliczna okładka roku, najbardziej twórcze wykorzystanie głowy niedźwiedzia w muzyce roku i oczywiście najseksowniejsze nogi roku.

Piotr „Pi” Gołębiewski

10:35, blog_esensja , Muzyka
Link Komentarze (4) »
środa, 11 lutego 2009
"Ja mam dziecko z księdzem. A Ty?"
Jest taka nowa akcja medialno-społeczna. Jeśli jesteś kobietą i przypadkiem zaszłaś z czarnym wrogiem kondomów (a nie był to Simon Mol), koniecznie zadzwoń do Ewy.
Jeśli masz dziecko z księdzem, zadzwoń

Zresztą jeśli jesteś facetem i zrobiłeś bękarta zakonnicy, też nie zaszkodzi przekręcić. Sława kosztuje tak niewiele.

Piotr Dobry
10:11, blog_esensja , Varia
Link Komentarze (2) »
wtorek, 10 lutego 2009
Wydawcy nie podskoczysz

Tuż przed ukazaniem się w Esensji mojego  felietonu o krytyce w Internecie  miałam okazję rozmawiać z kilkoma kolegami zaangażowanymi w działalność portalu o tematyce fantastycznej. Kiedy zeszliśmy na temat pisania recenzji, jeden z nich otwarcie stwierdził, że “przecież wiadomo, że nikt nie oceni źle gratisa, bo na drugi raz wydawca żadnego nie przyśle. Albo nie da portalowi patronatu nad następną książką.”

Mając doświadczenia redakcyjne rodem z Esensji wybałuszyłam oczy – od kiedy to otrzymanie gratisa zobowiązuje moralnie do wychwalania go? Akurat mieliśmy wtedy na warsztacie recenzję Eddingsa,  w której Anna Kańtoch dała gratisowi najniższą możliwą ocenę. Chwalenie gratisów może wynikać wyłącznie z preferencji danego recenzenta – przecież na ogół wybiera się książki, które CHCE się przeczytać, a nie jakieś badziewie dla umartwienia. Inna sprawa, że w Esensji gratisy faktycznie się WYBIERA, w przeciwieństwie do sytuacji z innych stron internetowych – wiele razy byłam naocznym świadkiem błagania członków klubu, żeby raczyli wziąć do zrecenzowania książki nie mające z fantastyką nic wspólnego oprócz wydawcy. Oczywiście, lęk przed narażeniem się wydawnictwu charakteryzuje raczej “młode” portale, które nie mogą sobie pozwolić na fochy – jak to słusznie zauważył Maciej Majewski w swojej notatce  “Czy internetowe recenzje są opłacone”. Gorzej, że przedstawiciele młodych portali traktują takie postępowanie jako oczywistą oczywistość.

Agnieszka “Achika” Szady
00:00, blog_esensja , Książki
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 09 lutego 2009
Akwaforta - ale kwas

Nie podobała mi się "Akwaforta".

Tak, wiem, to jedna z najlepszych powieści fantastycznych zeszłego roku, jeden z najgorętszych debiutów ostatnich lat, nazwisko K. J. Bishop wymieniane jest jednym tchem z Mievillem, MacLeodem, Duncanem i innymi tuzami New Weird, a książkę wydano w prestiżowej serii "Uczta wyobraźni". Ba, więcej nawet: "Akwafortę" bardzo gorąco polecaliśmy w Esensji. Najpierw zapowiadaliśmy ją w "Do księgarni marsz", później była entuzjastyczna recenzja Anny Kańtoch, następnie podium wiosennych "Książek Kwartału", a wreszcie umieszczenie na liście 50 książek polecanych w ciemno pod choinkę

Ale prawdę napisała Ania puentując recenzję: "Wymieniłam mnóstwo zalet, a na koniec przydałoby się parę słów ostrzeżenia: otóż „Akwaforta” nie jest książką, którą można polecić każdemu. Z pewnością znajdą się tacy, którym przeszkadzać będzie leniwa i zagmatwana akcja". Ja zagmatwania po 100 stronach lektury nie zauważyłem, wręcz przeciwnie: nadmierną prostotę. Za to lenistwa jest aż nadto - powieść jest tak leniwa, że przez tą setkę stron na dobrą sprawę nic się nie zdarzyło: ani emocjonującego, ani wciągającego, ani intrygującego, ani inteligentnie frapującego. Ot, obrazek rodzajowy. Może dalej rzeczywiście jest lepiej, może układa się w to jakiś wzór, może gdzieś kryje się głębsze przesłanie, może jest jakiś klucz do tej powieści... ale ja do niego nie dotarłem i już raczej nie dotrę, bo rzuciłem książkę w kąt. I nawet ten "piękny" ponoć język i narracja mnie nie urzekła. Może książka doczeka lepszych czasów, może kiedyś trafi na mój lepszy nastrój i większą cierpliwość. 

Pocieszam się tym, że uczestniczy naszego plebiscytu na najlepszą książkę 2008 roku, też podeszli do "Akwaforty" z dużym dystansem...

Jakub Gałka

12:47, blog_esensja , Książki
Link Komentarze (2) »
piątek, 06 lutego 2009
Między "Hobbitem" a "Władcą Pierścieni"

...wciąż zieje dziura wielkiej niewiadomej. Pewne jest, że w latach 2010-2011 wejdą na ekrany dwa filmy o Śródziemiu, ale co będzie ich podstawą - jedynie "Hobbit" rozciągnięty na dwa filmy, "Hobbit" plus wątki z "Historii Śródziemia" czy "Hobbit" plus drugi film całkowicie oparty o inwencję scenarzystów - na dobrą sprawę nie wiadomo.

Zamieszanie powiększają i atmosferę podgrzewają wypowiedzi takie jak ostatnio Viggo Mortensena. Aktor stwierdził, że wolałby sam zagrać Aragorna niż powierzać tę rolę komuś innemu - i to racja. Powiedział też, że uważa iż od drugiej części filmowego "Władcy..." zaczęły nadmiernie dominować efekty, a pierwsza była najlepsza pod względem konstrukcji postaci, związków między nimi itp. - z tym też się osobiście zgadzam. Natomiast konkluzja jest już trochę dziwna. Otóż Viggo ma nadzieję, że "Hobbit" będzie wierny oryginałowi a nie przeładowany efektami, a do tego chciałby w nim zagrać. Każdy chyba pamięta, że w przygodach Bilba Aragorna nie było, a co bardziej dociekliwi rzucą okiem do tolkienowskich kalendariów i metryk i stwierdzą, że w momencie odnalezienie Pierścienia przez hobbita Obieżyświat miał... zaledwie 10 lat.

No ale od czego pomysłowość scenarzystów...

Jakub Gałka

13:48, blog_esensja , Filmy
Link Komentarze (5) »
środa, 04 lutego 2009
Sssskarb mój podwodny

Chyba każdy potrafi wymienić przynajmniej jednego filmowego poszukiwacza skarbów: kultowy i jedyny w swoim rodzaju Indiana Jones, biuściasta Lara Croft o twarzy Angeliny Jolie, zmarnowany przez Matthew McConaugheya Dirk Pitt, równie zaradny co fajtłapowaty i pechowy Rick O'Conell, nieudany Ben Gates grany przez zmanierowanego Nicolasa Cage'a czy przerysowana serialowa Sydney Fox o twarzy Tii Carrere. Szukali przeróżnych artefaktów, skarbów, czasem w celach szczytno-naukowych, rzadziej dla osobistej korzyści majątkowej. I rozpalali wyobraźnię odwołując się do, zdawałoby się, umarłego już mitu odkrywcy, który ma do czynienia z białymi plamami, tajemnicą, czymś czego nie można znaleźć w encyklopedii.

Tymczasem, choć białych plam na mapach już nie ma, skarbów ci u nas dostatek. Jasne, nie bądą to artefakty o magicznej mocy, zwykle nawet nie skarby błyszczące dzięki metalom szlachetnym, ale po prostu poszerzające znacznie naszą wiedzę o przeszłych wydarzeniach i/lub jakiejś epoce historycznej. Znamienne jest, że współcześnie lwia część "treasure huntingu" odbywa się pod wodą. Niedawno głośno było o kolejnej już wyprawie w poszukiwaniu wraku słynnego ORP "Orzeł", a zupełnie niedawno gruchnęła wieść o odkryciu - jak chcą jego znalazcy - "najcenniejszego wraku na świecie" - zatopionego w czasie II wojny brytyjskiego statku przewożącego diamenty, złoto, platynę, którego cały ładunek wart jest ponoć ponad 2,5 miliarda funtów. Ba, nawet jeśli chodzi o białe plamy to jedyną opcją są oceany - pamiętamy przecież rosyjski wyścig na/pod biegun, teoretycznie naukowy, a de facto o podtekstach terytorialnych związanych z naturalnymi złożami.

Biorą te tendencje pod uwagę i przypominając sobie kultową grę komputerową sprzed ponad półtorej dekady, można podejrzewać, że piąta odsłona przygód Indiany Jonesa bez słówka "Atlantyda" w tytule się nie obejdzie...

Jakub Gałka

09:25, blog_esensja , Filmy
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 03 lutego 2009
Krwawy sport 5 i 1/5

Rambo IV, Szklana pułapka IV, Indiana Jones IV... Starzy gwiazdorzy kina akcji powracają z wykopem, nic dziwnego, że i Jean Claude "Robię Szpagat Na Stołkach" Van Damme zapragnął powrócić do szczytowego momentu swojej kariery i ogłosił prace nad kontynuacją "Krwawego sportu". Co prawda spóźnił się trochę bo czwarta część już powstała (z podtytułem "Mroczne Kumite" - zresztą to ostatnie to słowo klucz: część druga nazywała się "Następne Kumite"). No ale to nic strasznego, wiadomo, że te trzy sequele w których JCVD nie grał właściwie się nie liczą. A propos JCVD - po "JCVD" Muscles from Brussels nie może zrobić zwykłej nawalanki, tylko mroczny dramat o podstarzałym mężczyźnie ewentualnie z drobnymi elementami kopania. Co prawda taki Stallone też zdawał się próbować zmieniać emploi po "Coplandzie", najnowsze odsłony "Rambo" i "Rocky" miały być w mniejszym stopniu filmami akcji - ale jak wyszło wszyscy wiemy, szczególnie w przypadku "Johna Rambo". Czy JCVD uda się to co zaplanował, film o wypalonym, upadłym mistrzu, który zamienił się w takiego drania, że nawet wykorzystuje własnego syna, skoro sam przyznaje, że producenci wyśmiali go za to? Fajnie byłoby zobaczyć jednak klasyczną, dobrą nawalnkę... ale z drugiej strony w tym wieku szpagat Belga, podejrzewam, będzie wyglądał raczej kuriozalnie. Chyba jednak trzeba się nastawiać na "Krwawy Sport V: Pedofilskie kumite"...

Jakub Gałka

08:37, blog_esensja , Filmy
Link Dodaj komentarz »
Magazyn Esensja