Kategorie: Wszystkie | Filmy | Gry | Komiksy | Książki | Magazyn | Muzyka | Varia
RSS
czwartek, 28 lutego 2008
Chapeau bas, respect i szacun!

Od kilku tygodni internauci przesyłają sobie pewien filmik:

Od razu wyjaśniam, że Matt Damon w teledysku jest autentyczny, ale opisywany związek niekoniecznie. Wokalistką i autorką jest Sarah Silverman, satyryczka prawie nieznana w Polsce, ale dość popularna w USA. Zawdzięcza to głównie poruszaniu kontrowersyjnych tematów, obiektem jej żartów często są religia, seks i rozmaite społeczne tabu.

31 stycznia Sarah wystąpiła w talk show swojego narzeczonego Jimmy Kimmel Live! Zapowiedziała, że przedstawi specjalny filmik przygotowany na pięciolecie programu. Okazał się nim ten właśnie teledysk. Nieprzypadkowo pojawił się w nim właśnie Matt Damon. Jest on nie tylko jest przyjacielem Jimmy'ego, ale też częstym obiektem żartów. Prawie każdy program kończy się przeprosinami: kolejnym gościem miał być Matt Damon, ale zabrakło nam czasu. Oczywiście tymi słowami kończy się też teledysk.

Jimmy nie pozostał dłużny - kilka tygodni później przedstawił własny klip:

Chapeau bas, respect i szacun! Ben Affleck w gejowskim związku, Brad Pitt jako dostarczyciel, do tego Harisson Ford, Robbin Williams, Cameron Diaz i kilka innych gwiazd w chórku. Kilkuminutowy żart gomadzi tyle sław, co rozdanie Oscarów albo koncert Live Aid.

Igor Wawrzyniak

00:23, blog_esensja , Filmy
Link Komentarze (9) »
środa, 27 lutego 2008
Zbrodnia pod mikroskopem

Od kilku już ładnych lat obserwuję skuteczność wypierania klasycznych zagranicznych seriali kryminalnych ("Kojak", "Colombo", "Bergerac", "Moloney", "Miami Vice", "Tropical Heat", "Jake and The Fatman", "NYPD"), gdzie wiodącą rolę grają absolwenci "starej szkoły", samotni i twardzi inspektorzy, względnie całe policyjne wydziały, przez produkcje stacji CBS kładące ciężar ścigania przestępców na ekspertów kryminalistycznych. Mamy całą pulę seriali, które można określić zbiorczo skrótem C.S.I. (Crime Scene Investigation). Popularność serii emitowanej w Polsce przez TVP2 pod tytułem "Kryminalne zagadki Las Vegas" (tytuł oryginalny: "C.S.I. Crime Scene Investigation") zaowocowała klonami ("C.S.I. Miami" i "C.S.I. New York"), które obecnie można oglądać na Polsacie (stacja ostatnio dorzuciła kolejny tytuł: "Bones", czyli serial stworzony na kanwie książek Kathy Reichs, mającej zresztą swój udział w jego tworzeniu - nie dam głowy, czy jest producentką, czy raczej pracuje przy scenariuszach). TVN z kolei raz po raz wrzuca na swoją ramówkę mój ulubiony produkt tego gatunku: "N.C.I.S." (Naval Crime Investigative Service).

Z towarzyszącymi kryminologom policjantami czy agentami jest różnie. W "C.S.I" kapitan Jim Brass jest nieco cofnięty, z kolei Horatio Caine w "C.S.I. Miami" czy Leroy Jethro Gibbs z "N.C.I.S." to postacie wiodące. Ale głównym atutem pozwalającym im przygważdżać przestępców nie jest już ich twardy charakter (choć ten element oczywiście nie zanikł), lecz często znalezione na miejscu zbrodni drobinki czy ślady odkryte podczas autopsji - poddane drobiazgowej analizie. Skrzydeł wszystkiemu dodają symulacje komputerowe, niezwykle oryginalne eksperymenty, badania DNA, eksploracje rozbudowanych baz danych, imponujące możliwości infiltracji czy śledzenia, od czasu do czasu jakiś ciekawy gadżet. Oczywiście na potrzeby serialu wszystko to jest odpowiednio przycięte, miejscami zapewne bardzo uproszczone, tym niemniej widać spory kawałek nowoczesnych metod śledczych.

Łyżką dziegciu jest tradycyjnie i niestety chyba już niezmiennie prostacki, urągający inteligencji przeciętnego informatyka sposób pokazywania pracy komputerów. Dla mnie absolutna perełka to scena w jednym z odcinków "NCIS", w którym dochodzi do włamania na laboratoryjny serwer. Wszędzie na ekranach migają rozmaite okienka, coś tam popiskuje, pracowniczka laboratorium klepie w klawiaturę jak oszalała. W pewnym momencie podchodzi do niej kolega, by jej pomóc. Uważnie patrzy na monitor, mówi coś strasznie mądrego o firewallu, stwierdza, że trzeba szybko wyizolować jakiś protokół, a ponieważ dziewczyna zapyla tak, że szybciej już nie da rady, koleś staje tuż obok niej, po czym oboje piszą na jednej klawiaturze, ona na swojej połówce, on - na swojej. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego scenarzysta serialu, który ewidentnie skierowany jest do w miarę inteligentnego widza, traktuje go momentami jak ostatniego imbecyla. To niestety standard, wciąż czekający, by jakaś solidna kompetentna produkcja go przełamała, ustanawiając własny (w ogóle jest to temat godny osobnej notki).

Oczywiście laboratoria kryminalistyczne i stosowne badania były obecne w ukazywanej przez seriale pracy policyjnej od dawna. Jednak pozostawały w cieniu barwnych osobowości policjantów, inspektorów, detektywów, będąc niejako kwiatkiem do kożucha. Rzadko kiedy poznawało się głębiej ich osobowości czy życiowe problemy. Człowiek fotografujący miejsce zbrodni, pobierający próbki krwi, zabezpieczający odciski palców czy ślady podeszew butów był po prostu częścią dekoracji - kamera podążała za facetem ubranym w prochowiec, z kaburą pod pachą. Wspomniane wyżej produkcje oddają z nawiązką, co cesarskie, cesarzowi, pokazując, że ci traktowani dotąd po macoszemu, świetnie wykształceni, niezwykle zdolni i pomysłowi ludzie, to przysłowiowe korzenie pięknych kwiatów.

Ciekawość, czy pojawi się kiedykolwiek film o mechanikach pracujących w zasadzie okrągłą dobę przy samolotach podczas II wojny światowej. To ich wysiłkom, często tytanicznym, na ogarniętym wojną niebie mogły błyszczeć asy przestworzy. Seria C.S.I. udowadnia, że można to zrobić w sposób ciekawy i interesujący.

Marcin Łuczyński

11:46, blog_esensja
Link Komentarze (12) »
wtorek, 26 lutego 2008
Ostrza zemsty, czyli demoniczny golibroda z Fleet Street
O filmach Tima Burtona można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że ogląda się je z czystą przyjemnością. I choć mielenie zwłok czy podrzynanie gardeł w „Sweeneyu Toddzie” to tylko tło dla przyjętej wisielczej i mrocznej stylistyki, to znakomicie oddają one makabrę wrodzoną w filmowe wizje reżysera. Przy czym opowieść o krwawym losie londyńskiego golibrody to klasyczny film-wydmuszka, bo w parze z wymuskaną warstwą wizualną nie idzie przekonująca i dobrze opowiedziana historia, a przerobiony przez Burtona musical to nic więcej jak gotycka papka.
poniedziałek, 25 lutego 2008
Nie płakałem po porażce "Katynia"
Znacie taki film jak "Psychopatyczny golibroda ze Sweeney Street"? Znacie taką aktorkę jak Ellen Wilson (bliźniaczo podobna do Owena Wilsona)? Znacie to uczucie, kiedy zapowiada się facetów, a pojawiają się kobiety i vice versa? Nie? Trzeba było oglądać galę oscarową na Canal Plus! Michał Lonstar z kolegą, którego nazwiska niestety nie pamiętam, jak zwykle byli niezastąpieni.

Nawet bez nich jednak ceremonia nie byłaby specjalnie sztywna, bo Jon Stewart jako prowadzący spisał się bardzo przyzwoicie. W końcówce nieco przysiadł, ale wejście miał świetne i w swoim stylu politycznie niepoprawne (podaję z pamięci, więc na pewno niedokładnie: "Cokolwiek nas teraz czeka, nie będzie wesoło. Czarny prezydent, kobieta prezydent, uderzenie asteroidy..."), a w środku też dawał radę ("Wow, ile dziś mamy na sali pięknych kobiet w ciąży: Cate Blanchett, Jessica Alba, Nicole Kidman... Ale jest z nami też Jack Nicholson, więc do końca gali jeszcze wiele może się zmienić"). Albo inny żart "ciążowy": "Oto nominowane: Jessica Alba, Cate Blanchett, Nicole Kidman. Dziecko wędruje do... Angeliny Jolie! Angelina nie mogła być dziś z nami, ale nie ma się w sumie czemu dziwić - ciężko znaleźć 17 babysitterek"). Oczywiście część żartów ginęła w tłumaczeniu, część Lonstar z kolegą umiejętnie zagłuszali stękaniem, ale generalnie obyła się bez jakichś megawpadek i można było kilka razy się uśmiechnąć.

Podobała mi się też, mocno krytykowana przez gości w studiu, sama oprawa gali – zadziwiająco stonowana jako na jubileuszową 80. odsłonę. Było bez fajerwerków, za to z nadzwyczaj dużą ilością wspomnieniowych montażówek (niezapomniane sceny, wypowiedzi laureatów i wręczających z poprzednich lat, przegląd wszystkich filmów nagrodzonych do tej pory w kategorii Najlepszy Film Roku itd., itp.).

Co mi się natomiast nie podobało, to samo studio oscarowe, w którym tylko Paweł Mossakowski zachowywał jako taką trzeźwość umysłu – reszta przy każdej nadarzającej się okazji biła czołem przed Andrzejem Wajdą; w ogóle odnosiłem wrażenie, że w tym roku do Oscara startuje nie tylko "Katyń" , ale i ponownie "Panny z Wilka", "Człowiek z żelaza", "Ziemia obiecana" – mówiło się o nich więcej niż o "Juno", "Michaelu Claytonie" czy "Pokucie". A kiedy Oscar powędrował do "Fałszerzy" i Wajdę pokazano tylko przez sekundę za plecami austriackiego reżysera, wyniosła i niemiła pani Agnieszka Glińska (grała w "Katyniu" siostrę pilota granego przez Małaszyńskiego), stwierdziła, że w ogóle w tym roku ceremonia jest jakoś dziwnie kadrowana...

No a potem zaczęło się podkreślanie do znudzenia, że sama nominacja jest już przecież wielkim sukcesem i żałoby narodowej mimo wszystko nie będzie. Hmm, patrząc na nastroje zgromadzonych w studiu, wcale nie byłbym tego taki pewien. Ja w każdym razie płakać nie zamierzam. Nie płakałem po papieżu, to i po porażce Wajdy będę twardy. Przepraszam, że jestem taki niepolski.

Piotr Dobry
12:41, blog_esensja , Filmy
Link Komentarze (6) »
piątek, 22 lutego 2008
Panie i Panowie - Mark & The Winettes!

Wszystkim, którzy po lutowym odcinku Oglądając muzykę przebierają niecierpliwie nóżkami w oczekiwaniu na kolejną odsłonę cyklu, proponuje obejrzenie teledysku Marka Ronsona „Valerie”.

Mark Ronson jest brytyjskim producentem muzycznym, współpracuje m.in. z Amy Winehouse (na ostatnim rozdaniu Grammy wyróżniono go gramofonem dla najlepszego producenta). Jest również muzykiem (dostał nagrodę dla najlepszego brytyjskiego artysty solowego na tegorocznym Brit Awards) - w 2007 roku wydał swój drugi album: „Version”, składający się z coverów, m.in. "Just" Radiohead, "Toxic" Britney Spears, "Stop Me If You Think You've Heard This One Before" The Smiths i "Valerie" The Zutons.

W "Valerie" gościnnie pojawia się Amy Winehouse, którą w teledysku zastępują urocze The Winettes:

Karina Murawko-Wiśniewska

09:42, blog_esensja , Muzyka
Link Komentarze (3) »
środa, 20 lutego 2008
Adwentury Sajo i jej beaversów czyli znów o tłumaczeniach

Lubię czytać recenzje książek niezależnie od tego, czy jest szansa, bym po daną pozycję sięgnęła, więc przeglądając najnowszy numer “Polityki”, z zainteresowaniem poczytałam o kolejnej książce polecanej w serii “Cała Polska czyta dzieciom”. Tytuł na skanie okładki (nawiasem mówiąc, bardzo ładnej, zupełnie niepodobnej do typowych pstrokatych i do mdłości wycieniowanych koszmarków, którymi wydawcy z dziwnym upodobaniem zdobią książki dla dzieci) jakoś mi umknął, za to przy pierwszych zdaniach artykułu doznałam uczucia lekkiego błędu w Matriksie. “Przygody Sajo i małych bobrów”. Zaraz zaraz, jaka Sajo, była kiedyś jakaś książeczka dla dzieci o bobrach, ale jako żywo nie było tam żadnej Sajo... W tym momencie w pamięci otworzył się odpowiedni plik, usłużnie podsuwając tytuł: “Sejdżo i jej bobry”. W następnym zdaniu przeczytałam jeszcze o “plemieniu Ojibwayów” i zadumałam się głęboko.

Wychowałam się na książkach o Indianach, w których po ścieżkach wojennych biegali swojsko brzmiący Paunisi, Czirokezi, Czejenowie i Apacze, dzięki temu nikt z czytelników nie miał problemów ani z wymową, ani z odmianą tych nazw. Zdążyły się zakorzenić w języku polskim. A tu nagle dzieci tych, którzy dwadzieścia lat temu czytali o przygodach Odżibwejów, nagle dostają Ojibwayów, małą Sajo i Manitou wie, co jeszcze... Można by ostatecznie zrozumieć, gdyby chodziło o jakieś zupełnie nowe słowa – ale po co robić zamieszanie z nazwami indiańskich plemion, które funkcjonują bodajże od przedwojnia? Już i tak wystarczy bajzel wynikający z tego, że Odżibwejowie funkcjonują też jako Odżibweje, Odżibuajowie oraz Czipewejowie.

A co z Sejdżo?

Na temat tego, czy obce lub fantastyczne imiona/nazwy należy tłumaczyć, spolszczać czy pozostawiać jak są, wypisano już morze atramentu; dyskusje były szczególnie aktywne po słynnym tłumaczeniu “Władcy Pierścieni”, w którym Jerzy Łoziński wprowadził między innymi Radostka Gorzalenia w miejsce Meriadoka Brandybucka. Kiedy zaczęły się ukazywać nowe – a nie oparte na wersjach przedwojennych – tłumaczenia książek Lucy Maud Montgomery, czytelnicy nagle ze zdumieniem przekonali się, że niektóre postaci mają inne imiona – i nie chodzi tu o polskie wersje w rodzaju Sue – Zuzia, co jest raczej oczywiste, szczególnie w powieściach dla dzieci i młodzieży (choć z drugiej strony, w takiej na przykład “Księdze dżungli” Kiplinga wszystkie imiona pozostawiono w pisowni oryginalnej), ale o zupełnie inne imiona, na przykład bohaterka “Błękitnego zamku” w starszym tłumaczeniu nazywała się Joanna, w nowym – Valancy; jej ukochanemu, Barneyowi, też zmieniono imię, choć nie pomnę już, na jakie.

Oczywiście spolszczenia w rodzaju Dżon czy Dżim wyglądałyby idiotycznie, ale trochę inaczej jest w przypadku imienia indiańskiego, a więc dla nas funkcjonującego de facto na prawach Arweny czy innej Galadrieli – w dodatku takiego, które od ładnych kilkudziesięciu lat istnieje właśnie w tej spolszczonej wersji. Dziwna praktyka tłumacza (lub wydawcy trudno powiedzieć, do kogo należała decyzja).

 

Ostatnio epidemia spolszczeń szerzy się w komiksach. Miesiąc temu pisałam o nieco na siłę wprowadzanych “polskich akcentach” w komiksie “Jeremi”, niedawno wspominał też o tym Konrad w recenzji komiksu “Lou!” – mimo że na obrazkach widzimy realia amerykańskie lub francuskie, tłumacze kazali postaciom m.in. płacić złotówkami...

Dla odmiany w przypadku niektórych kreskówek czy komiksów, gdzie tytuł jest zarejestrowanym znakiem handlowym, dzieją się rzeczy odwrotne, czyli nietłumaczenie słów, które po polsku tłumaczone być powinny. Skutkiem tego są hybrydy w rodzaju “Witch – czarodziejki” lub wypowiedź mojego sąsiada, że jego wnuk bardzo lubi “tych turtlesów”.

A w ramach anegdoty wspomnę jeszcze, że mam koleżankę, dla której bohaterowie “Sagi o wiedźminie” to Dżeralt, Dżenifer i Kiri. Ot, ciekawostka.

Agnieszka “Achika” Szady
18:19, blog_esensja , Komiksy
Link Komentarze (1) »
sobota, 16 lutego 2008
Indiana Jones i Królestwo Geriatrii

Z okazji Walentynek twórcy czwartej części przygód Indiany Jonesa („Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki” ) wypuścili pierwszy oficjalny trailer filmu. Szczerze? Moim zdaniem poszli na łatwiznę – połowa zwiastuna to fragmenty wcześniejszych części upstrzone świecącymi sloganami w stylu „Zbawca ludzkości powraca”. Chwilami zastanawiałem się nawet, czy nie oglądam produkcji fanów zlepionej z dostępnych materiałów. Autentyczność trailera potwierdza tylko Harrison Ford , który – co tu wiele gadać – wygląda po prostu staro, a zachowuje się jak nastolatek. Czy w wieku emerytalnym można jeszcze uganiać się za nazistami (pardon, tym razem „złych” będą odgrywać komuniści)?

Niezadowolonym z oficjalnej produkcji proponuję świetną parodię „Poszukiwaczy zaginionej arki” autorstwa Weird Ala Yankovica. Uwaga na toczące się kamienne kule!

W związku z zaawansowanym wiekiem Forda Steven Spielberg postanowił nakręcić alternatywną wersję filmu, gdzie w postać słynnego archeologa wcielają się... klocki Lego.

Na koniec zaś połączenie największych produkcji George'a Lucasa - „Indiana Jones and the Return of the Sith”. Kto zwycięży? Ciemna strona mocy czy prawda historyczna? Premiera „Królestwa Kryształowej Czaszki” w maju.

Michał Foerster
14:52, blog_esensja , Filmy
Link Komentarze (1) »
czwartek, 14 lutego 2008
Buzi-Buzi

W walentynki nagle się wszystkim przypomina, że są bardzo zakochani, a ich miłość należy odpowiednio uczcić za pomocą jakiejś uparcie podsuwanej przez świat zewnętrzny formy masowej celebracji kulturowej. Czyli mówiąc po ludzku na przykład skoczyć do kina wcześniej uszczęśliwiając wybrankę pomiętą różą, a wybranka – promiennym uśmiechem wybielonych zębów. Czasem para woli pobyć w domu i obejrzeć sobie coś na sprzęcie domowym, ale tak czy siak kończy się na komedii romantycznej. I żeby nie było: mimo zgryźliwego tonu zawistnej singielki bardzo lubię owe komedie romantyczne. Nie ma nic fajniejszego jak dać sobie na wstrzymanie, zapomnieć o swoim wrodzonym krytykanctwie i oddać się przyjemnościom nieskomplikowanej rozrywki z happy endem. Ten gatunek, choć eksploatuje cały czas te same motywy, potrafi czasem zaskoczyć inteligentnym humorem, sympatycznymi rolami bądź lekkością narracji. I właśnie takie filmy, mimo że dalekie od oryginalności, potrafią wprawić nas w błogi nastrój rozmarzenia. I takie filmy umieściłam w walentynkowym rankingu komedii romantycznych, totalnie subiektywnym i czasem zupełnie sprzecznym z generalną opinią szacownej krytyki. A co tam!

  • Notting Hill

Jak do tej pory film Rogera Michella nie ma sobie równych. Oczywiście, frakcja popierająca równie brytyjskie i również uświetnione osobą Hugh Granta „Cztery wesela i pogrzeb” zacznie się zaraz krzywić, że jej sztandarowy film jest najlepszy. A jednak pozostanę nieprzejednana: choć „Notting Hill” powtarza schemat z „Czterech wesel” czyli styka ze sobą nieśmiałego Brytyjczyka i wyzwoloną Amerykankę, film Michella wydaje się mieć dużo więcej uroku. Inteligentny humor słowny, niewymuszony romantyzm, fantastyczne postaci drugoplanowe i krytyka show-biznesu – to istota „Notting Hill”, które przy każdym seansie jest równie sympatyczne i niegłupie. Plus znakomity soundtrack!

  • Holiday

Gdyby nie wspaniała obsada i wprowadzenie dwóch głównych wątków zamiast jednego, „Holiday” nie byłoby już tak dobrą pozycją gatunku. Ale jak można nie polubić filmu, który łączy brytyjski humor z amerykańskimi skłonnościami do słodzenia, pozwala pooglądać Kate Winslet, Jude’a Law, Jacka Blacka i Cameron Diaz na jednym ekranie, a w dodatku mimo zupełnej przewidywalności zostawia duży uśmiech na twarzy widza? Jasne, bywa zbyt stereotypowo i patetycznie, ale jako przyjemna historia o Brytyjce i Amerykance, które szukają miłości, sprawdza się idealnie.

  • Układ idealny

Francuska komedia pomyłek, niby klasyczna, ale jednak wyjątkowa. Może dzięki dziewczęcej Charlotte Gainsbourg, może dzięki dowcipnemu Alainowi Chabatowi. A może dzięki winu, melodii języka francuskiego i wieży Eiffla w tle. Najważniejsze, że „Układ idealny” ma to, czym musi czarować każda udana komedia romantyczna: bohaterów, którym można kibicować. Są tacy? Są. Francuski humor jest? Jest! A jako pikantny dodatek przezabawna scena z Gainsbourg i Chabatem w skórzanych strojach à la SM:).

  • Okrucieństwo nie do przyjęcia

Film Coenów teoretycznie ma wszystko, co kojarzy się z kinem gatunku: pięknych bohaterów, przeszkody na drodze do ich szczęścia i happy end. Ale to wszystko zostało podane w sposób ironiczny, prześmiewczy i złośliwy. Dlatego na pierwszym planie mamy specjalistę od rozwodów, narcystycznego prawnika o twarzy zdystansowanego do samego siebie George’a Clooneya oraz zawodową uwodzicielkę, cyniczną i znudzoną blichtrem Catherine Zeta-Jones. Z takimi postaciami i czarnym humorem Coenów nie sposób oczekiwać klasycznego schematu. To komedia antyromantyczna, którą ogląda się tym lepiej, jeśli znajome są nam wszystkie sentymentalne chwyty gatunku. Ale pamiętajcie, po tym filmie zastanowicie się poważnie nad intercyzą.

  • Salaam Namaste

Zwesternizowane Bollywood i komedia romantyczna w jednym. Film Siddhartha Ananda ma tę zaletę, że opowiada historię pary ograniczając temat zauroczenia i zakochania do potrzebnego minimum i błyskawicznie przechodząc do tego, co jest potem, już po „a później żyli długo i szczęśliwie”. Nie, nie, nie. Jakie „szczęśliwie”? A denerwujące nawyki partnera? Albo różnice w opinii na tematy fundamentalne takie jak dziecko? A egoizm i wygodnictwo? W związku z drugim człowiekiem dopiero trzeba nauczyć się żyć szczęśliwie. I o tym właśnie jest „Salaam Namaste”. Trochę do pośmiania się, trochę do wzruszenia, trochę romantycznie.

Oczywiście nie wszyscy lubią komedie romantyczne. Dlatego ci, którzy wolą nieco mniej rozrywkowe, niekoniecznie uwieńczone happy endem filmy o miłości, powinni zajrzeć tu: http://esensja.pl/film/publicystyka/tekst.html?id=4953

Ewa Drab

08:25, blog_esensja , Filmy
Link Komentarze (9) »
wtorek, 12 lutego 2008
Czarne brzmienie Grammy

W niedzielę w Los Angeles wręczono Złote Gramofony, czyli nagrodę Grammy za rok 2007. Przeglądając listę zwycięzców w oczy rzuca się jedno: króluje czarna muzyka. I nie chodzi tylko o tytuł płyty Amy Winehouse ("Back to Black"), która jest największą triumfatorką imprezy (pięć nagród: nowa twarz roku, najlepsza płyta pop, najlepsza wokalistka pop, najlepsze nagranie roku i najlepsza piosenka roku). Rzecz w tym, że wszystkie główne nagrody zdobyli artyści sięgający do nagrań soulowych z lat 60. Motown, funk, jazz - te słowa klucze stanowiły o sukcesie. Przykładem jest nie tylko nawiązujący do Arethy Franklin kawałek "Rehab" - za który Amy zgarnęła nagrodę, ale i sukces Herbiego Hancocka.

To właśnie on kształtował w latach 70. charakter jazzu łącząc go z funkiem i groovem. Hancock otrzymał najważniejszą nagrodę Grammy za najlepszą płytę roku. Jego "River: The Joni Letters", nagrana  m. in. z Leonardem Cohenem i Tiną Turner pokonało takich "pewniaków". jak "Graduation" Kanyego Westa, czy "Echoes, Silence, Patience & Grace" Foo Fighters.

Esensyjną recenzję albumu możecie przeczytać tutaj

Nie bez znaczenia jest też nagroda Best Male Pop Vocal Performance dla Justina Timberlake'a. Było nie było: Timberlake podpiera się soulem na każdym kroku, a już na pewno w nagrodzonym "What Goes Around...Comes Around".

Poparciem tezy o popularności czarnego brzmienia jest również nagroda dla Maroon 5 w kategorii "najlepszy wokalny utwór grupowy", oraz nagroda dla najlepszego producenta. Maroon 5 nie ukrywa inspiracji stylem Steviego Wondera - jednej z gwiazd wspomnianego wydawnictwa Motown. Z kolei najlepszym producentem został Mark Ronson, który zatroszczył się o brzmienie obsypanego Złotymi Gramofonami "Back to Black" Winehouse.

 Herbie Hancock

Paweł Franczak

16:17, blog_esensja , Muzyka
Link Dodaj komentarz »
Oglądając muzykę (luty 2008)

Zapraszamy do naszego comiesięcznego przeglądu wybranych wideoklipów.

Najpierw - przeczytaj opis wybranych teledysków TUTAJ .

Potem - wróć do blogu i obejrzyj teledyski.

Albo odwrotnie.

FAMIJLEN - "DET SNURRAR I MIN SKALLE"

ERYKAH BADU - "HONEY"

M.I.A. - "PAPER PLANES"

BRITNEY SPEARS - "PIECE OF ME"

ROISIN MURPHY - "YOU KNOW ME BETTER"

Wybór i opis: Jacek Sobczyński

08:22, blog_esensja , Muzyka
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2
Magazyn Esensja